17 września 1939 r. - Sowieci przyjechali pod nasz dom z...

    17 września 1939 r. - Sowieci przyjechali pod nasz dom z karabinami

    Małgorzata Sobol

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Jerzy Jozanis

    Jerzy Jozanis ©Małgorzata Sobol

    Jerzy Jozanis urodził się w Wilnie w 1929 roku. Wiosną 1940 roku Sowieci deportowali go do Kazachstanu. Przeżył cudem. Od 1955 roku mieszka w Zielonej Górze.
    Jerzy Jozanis

    Jerzy Jozanis ©Małgorzata Sobol

    Jakie są pana wspomnienia z 17 września 1939 roku?
    Mieszkałem wtedy z rodzicami i młodszym rodzeństwem (siostrą i bratem) w rodzinnym folwarku Paszki w powiecie brasławskim. Pogoda była taka jak teraz, może trochę chłodniej. Nad ranem dwa samoloty przeleciały wysoko. Była niedziela. Ludzie wiedzieli, co się dzieje. Sowieci nie przyszli od razu, bo to jednak było jakieś 60 kilometrów od granicy polsko-sowieckiej. Koło nas była żydowska wieś Bildziugi. Ludzie opowiadali, że Żydzi całowali czołgi Armii Czerwonej i jej dziękowali.

    Kiedy spotkał pan pierwszych sowieckich żołnierzy?
    Zobaczyłem ich 2 października po południu. To też była niedziela. Zaczęły się rabunki i ojciec interweniował u Sowietów. Przyjechali pod nasz dom czerwonoarmiści z karabinami na sznurkach.

    Realia sowieckiej okupacji?
    Najpierw wszyscy musieli oddać radia. Do zimy 1939/1940 roku jeszcze było w miarę spokojnie. Ojciec leżał ciężko chory. W naszym domu mieszkało chyba z 15 osób, bo dokwaterowano nam dużą rodzinę.
    W lutym 1940 roku deportacja nas ominęła, ale i tak wszyscy szykowali się już na wywózkę. My też zbieraliśmy suchary, żywność. W 1940 roku pierwszej niedzieli po Wielkanocy przyszli Sowieci z rewizją. Szukali broni. Ojciec nigdy nie miał w domu broni. Rewizją kierował niejaki Lońka, który u nas pracował przed wojną i ojciec wyreklamował go od mobilizacji w 1939 roku. Lońka nic nie znalazł. Zabrał więc tasak z kuchni i wsunął go pod materac na łóżku ojca. Potem wyjął i pokazał, że broń znalazł. Ojca zabrali do więzienia w Berezweczu i skazali na dwa lata. Dziadka zabrali tego samego dnia i zesłali go pod Irkuck. Potem dziadek dotarł do nas do Kazchstanu.

    Kiedy wywieźli pana rodzinę?
    Przyszli po nas 13 kwietnia 1940 roku. Straszna plucha była. Przyszło ich ze trzech. Zachowywali się dość po ludzku. Utkwiło mi, że mówili, żeby sól zabrać. W bydlęcym wagonie trafiliśmy do Kazachstanu, koło Irtysza. Praca w kopalni złota, w sowchozie, w kołchozie. Zapamiętałem, że trzeba było wynosić obornik i suszyć, a kobiety bardzo się tego brzydziły. Mama nie zdecydowała się wyjść ze Związku Sowieckiego z armią Andersa. Zaczęli naciskać, żeby przyjąć radzieckie obywatelstwo. Mama odmówiła. I wtedy oskarżyli mnie fałszywie o kradzież tytoniu, a mamę skazano na więzienie za to, że źle opiekuje się dziećmi. Gdyby przyjęła obywatelstwo, to żadnej sprawy by nie było.

    Kto z rodziny ocalał?
    Rodzice i dziadkowie nie przeżyli. Nie wiem, gdzie są groby rodziców. Babcia i dziadek zmarli w Kazachstanie, pomagałem kopać ich groby. Ja, brat i siostra zostaliśmy sami. Zaopiekowała się nami pani Zielińska. Potem dom dziecka. Ja i brat zachorowaliśmy na tyfus. W szpitalu dzieci leżały po cztery w łóżku. Pewnego rana budzę się, a dwóch z naszego łóżka nie ma. Śniadanie zmarłych podzielono na tych, co przeżyli. Ja i brat jakoś się wykaraskaliśmy. Potem było zapalenie płuc, malaria, kolejne domy dziecka, szkoła. W 1946 roku ja i rodzeństwo wróciliśmy do Polski z transportem sierot.



    Nieruchomości z Twojego regionu

    Czytaj treści premium w Gazecie Lubuskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    GazetaLubuska.pl poleca:

    Pracuj u nas - Seco Warwick zaprasza!

    Pracuj u nas - Seco Warwick zaprasza!

    Rezolutne przedszkolaki o świętach Bożego Narodzenia

    Rezolutne przedszkolaki o świętach Bożego Narodzenia