Aleksandra Sidorenko: "Boks uczy, że ból trwa chwilę. Oberwiesz i żyjesz dalej". 24 września zawalczy o odzyskanie tytułu mistrzyni Europy

Joanna Rachoń
Aleksandra Sidorenko
Aleksandra Sidorenko Jacek Piątek
Jest piękna i skromna. Drzemie w niej niewyobrażalna siła i duch walki. „Najlepsza polska pięściarka” piszą o niej w mediach. Skromnie odpowiada: to się okaże już wkrótce. 24 września 2021 r. będzie walczyła o odzyskanie tytułu mistrzyni Europy. Nie straciła go w walce - miała przerwę, bo marząc o rodzinie, urodziła synka. W Polsce zaczynała od zera, idzie po mistrzostwo świata. O porażkach, sile do walki, depresji, kobiecości i motywacji do spełniania marzeń rozmawiamy z Aleksandrą „Sashą” Sidorenko.

[b]Zacznijmy od pytania, które mnóst[b]wo ludzi sobie zadaje: po co to pani? Ma pani małe dziecko, ma pani miłość, dom, urodę, własny klub.
[/b][/b]
Mam to wszystko, to prawda, ale mam też sport, który odkąd pamiętam, jest moją największą pasją. Od lat jest też moją pracą. Jedni chodzą do biura, ja staję w ringu.

Co jest tak fascynującego w biciu się?
W boksie nie chodzi o to, aby się bić. To sztuka unikania ciosów, szacunku do przeciwnika i znajomości psychologii. Pięściarstwo to przede wszystkim ogromna koncentracja, szybkość i umiejętność strategicznego myślenia. Na tym najwyższym poziomie nie ma nieistotnych detali, każdy błąd może kosztować zdrowie. Wygrywa ten, kto jest sprytniejszy, kto szybciej myśli i szybciej reaguje.

Aleksandra Sidorenko
Aleksandra Sidorenko Jacek Piątek

Jednak dla wielu ludzi przekroczenie granicy cielesności jest nie do zaakceptowania. A tu ta granica bez przerwy jest przekraczana, i jednak nierzadko krew się leje.
Nie ma obowiązku uprawiania tego akurat sportu. Dla mnie walka jest czymś pięknym. Jako trenerka widzę też wiele - przede wszystkim - kobiet, które przychodzą na trening bez wiary w siebie, bez sprawności, ale z każdym kolejnym spotkaniem odzyskują i uśmiech, i kondycję, i poczucie siły wewnętrznej, i świadomość, że najwięcej zależy od tego, co zrobią, jak się zachowają. Trzeba by z nimi porozmawiać, jakie stany wyzwala w nich doświadczanie, że potrafią mocno uderzyć, uniknąć ciosu i stawać w ringu z rywalką. Sparingi są bezpieczne, bo odbywają się według określonych reguł, ale emocje, które im towarzyszą, dają ogromną siłę na inne życiowe sytuacje. Wiele kobiet dzieli się swoimi spostrzeżeniami na moim Instagramie, bardzo lubię czytać ich komentarze. Boks to bardzo strategiczny sport, trzeba mieć pomysł nie tylko na kolejną akcję, ale i na całą walkę, trzeba umieć oszukiwać i robić uniki, a kiedy warto - uderzyć. Jak w życiu.

Aleksandra Sidorenko

Aleksandra Sidorenko: "Boks uczy, że ból trwa chwilę. Oberwi...

To wolę szachy i pokera. Przecież każdy cios to ból. Specjalnie narażać się na ból?
W życiu też otrzymujemy ciosy i one też bolą. Boks uczy je przyjmować. Przez chwilę boli, ale zaraz widzisz, że w sumie nic się nie stało. Oberwałaś i żyjesz! To buduje i daje siłę! Naturalnym odruchem jest, że się nie cofasz, lecz idziesz do przodu, z coraz większą i większą odwagą. Wiesz już, że się da, a przede wszystkim, że da się pokonać strach.

24 września czeka panią walka o mistrzostwo Europy. Mówiła o niej pani jeszcze oczekując narodzin syna. Co jest tak pociągającego w zdobywaniu tytułów? Kobiety przed narodzinami dziecka zwykle rozmyślają, jak to będzie, kiedy dziecko się urodzi, pani marzyła o odzyskaniu tytułu.
Wydaje mi się, że w każdym zawodzie człowiek pragnie potwierdzać swoje umiejętności - czy to tytułami naukowymi, awansami, czy innego typu symbolami uznania. Ja jestem zawodowym sportowcem, rywalizacja to dla mnie naturalny sprawdzian i wyzwanie. Zmierzyć się z najlepszymi i wygrać, to jest wielka satysfakcja i nagroda za lata wyrzeczeń i bardzo ciężkiej pracy. Wiem, że jestem w świetnej formie, urodzenie dziecka było naturalną przerwą w karierze. Marzyłam o tym, aby zostać mamą, i to marzenie się spełniło. Wracam do pracy. Czas na etap: „pracująca mama”.

Aleksandra Sidorenko
Aleksandra Sidorenko Jacek Piątek

Nie denerwuje pani, że wciąż jest o to pytana, tylko dlatego, że jest pani kobietą? Ma pani tytuły mistrzowskie w kickboxingu i w boksie. Już miała pani mistrzostwo Europy, przed panią walki o odzyskanie tytułu i mistrzostwo świata. To nie jest bułka z masłem.
Nie denerwuje mnie to, ale muszę przyznać, że niezmiennie dziwi. Jestem kobietą, i doskonale czuję się jako kobieta. Nie udaję kogoś innego. Choć, przyznaję, wybrałam dyscyplinę, w której - kiedy zaczynałam - nie było za wiele dziewczyn. Szczerze mówiąc zawsze słyszałam lekceważące uwagi, albo wypowiadane z troską: „za ładna jesteś”, w podtekście: „za ładna, aby coś tu osiągnąć”. To się powoli zmienia.

A jednak osiągnęła pani wszystko. Co panią, jako dziewczynkę, tak zachwyciło w sportach walki, że właściwie zmusiła pani swojego pierwszego trenera w szkole, aby panią przyjął na zajęcia karate dla chłopaków?
W moim domu sport zawsze był obecny. Rodzice wstawali w środku nocy, aby przed pracą jeszcze pojechać na lotnisko i wykonać skok ze spadochronem, uwielbiali to. W małym miasteczku w środkowej Ukrainie nie mieliśmy wielkiego wyboru, kiedy byłam mała. Chciałam grać w siatkówkę, ale mama mówiła, że to nie jest dobra dyscyplina dla dziewczynki - za bardzo rozwija ramiona. Tata nie znosił skarżenia i skarżenia się na cokolwiek. Uważał, że jak ci ktoś dowalił, trzeba oddać, a nie się skarżyć. Oglądaliśmy razem filmy z Bruce’em Lee - czytam teraz książkę napisaną przez jego córkę - i byłam zachwycona. Chciałam taka być. Któregoś razu zobaczyłam chłopaków w białych strojach trenujących karate, był wieczór, to było magiczne. Bez odpowiedniego stroju, w dżinsach i tym, co na sobie miałam, stanęłam w pierwszym szeregu. Miałam wówczas 10 lat. Trener popatrzył na mnie i po zajęciach powiedział: „słuchaj, mała, w pierwszym szeregu stają najlepsi. Idziesz na koniec”. To była moja pierwsza porażka. Zarazem pierwszy raz poczułam, że chcę stać w tym pierwszym, zawsze pierwszym szeregu. Porażka zawsze mnie mobilizuje.

Co na to mama?
Bałam się przyznać, kiedy pierwszy raz wróciłam późno i zapytała: gdzie byłaś? Potrzebowałam czasu. Ale reakcja mamy i taty zresztą też, bardzo mnie zaskoczyła. Kiedy powiedziałam, że to zajęcia płatne, zadeklarowali, że to nie problem. Tata przywoził mnie po nich, bardzo mnie wspierał. Wiedział, że rozkwitam, kiedy się mnie chwali. Trenerzy wciąż narzekali: to nie tak, i to nie tak. A tata obserwował i zawsze umiał znaleźć moje mocne strony. Wieczorami oglądaliśmy w telewizji sporty walki, zawsze wołał mnie, abym z nim oglądała transmisje. Mama ukończyła szkołę muzyczną, ale po jej ukończeniu przestała grać. Szacunek rodziny zdobyła, skacząc ze spadochronem. Wiedziała, że co mam w sercu, to trzeba rozwijać. Tata w każdy weekend zakładał rękawice i walczyliśmy, zrobił mi nawet dwa worki treningowe.

Jak to jest dostać od taty? Bo rozumiem, że pani nie oszczędzał.
Nieraz się popłakałam, ale ruszałam do ataku. Byłam zła na niego i starałam się oddać, a on specjalnie mnie prowokował. Mówił, że jestem zbyt dobra, za łagodna, a powinnam poczuć sportową złość.

Co to jest ta sportowa złość?
To taka emocja, która pcha cię do walki, nie pozwala odpuścić. Masz cel, wiesz, że możesz go osiągnąć, ktoś i próbuje w tym przeszkodzić, ale nie idziesz za emocjami, które mogą cię osłabić, pobocznymi. Widzisz swój cel, nie dajesz się ponieść agresji. W ringu to bardzo ważne: masz chwilę na reakcję, i ona już się nie powtórzy. Jak ją przegapisz, przegrasz walkę.

Aleksandra Sidorenko
Aleksandra Sidorenko Jacek Piątek

Pełna koncentracja i wiara w siebie.
Tak, można to tak powiedzieć. Świadomość tego, co tę wiarę w siebie zbudowało. Że ona wynika z ciężkiej, ogromnej pracy. Godzin samotności, potu i łez, jak to się mówi.

Jak się pani udaje być tak uroczą, spokojną i łagodną, nie dominującą i empatyczną osobą, a w ringu zamieniać się w dziką panterę?
Dziękuję, rzeczywiście, tak o mnie mówią niekiedy. Sport jest moją wielką pasją. Od dziecka trenuję szybkość, myślenie. To są wytrenowane zachowania, lata ciężkiej pracy. Taka skuteczność daje mi ogromną satysfakcję. A po godzinach jestem, jaka jestem.

Ale jak to jest z tak delikatną osobowością nauczyć się oszukiwać - jak pani wcześniej powiedziała - i uderzać wtedy, kiedy druga strona się tego nie spodziewa?
Tak, tego trzeba się nauczyć. Pamiętam, że na początku zupełnie tego nie umiałam, wycofywałam się, widząc, że przeciwniczka w zasadzie jest już bezbronna. Brakowało mi tego myślenia, że właśnie teraz trzeba zaatakować i wygrać.

Aleksandra Sidorenko
Aleksandra Sidorenko Jacek Piątek

Bardzo szybko, bo jako nastolatka, już na pierwszych swoich zawodach zdobyła pani mistrzostwo Ukrainy w karate.
Uważałam, że to dla mnie nieosiągalne. A jednak się udało. Potem znów. Potem była walka o mistrzostwo Europy. Walczyłam w kategorii full contact, sędzia zapowiedział, że ciosy powinny być silne, po to mamy kaski. Tak uderzyłam, że moja przeciwniczka wylądowała pod stolikiem sędziowskim, przerwano walkę i zdyskwalifikowano mnie. Obraziłam się wówczas na karate.

I kilka lat później zdobyła pani Puchar Świata w kickboxingu.
Zwyciężać jest łatwo. Swoją siłę odkrywa się w porażkach.

O porażkach porozmawiamy, ale na razie wróćmy do czasów, gdy ma pani ledwie 20 lat, zarabia mnóstwo pieniędzy, bo na Ukrainie to sport popularny.
Tak, zarabiałam wtedy więcej niż oboje moi rodzice. Pamiętam, jak cieszyłam się, kiedy kupiłam dziadkom lodówkę za swoją pierwszą wygraną w Kijowie. Rodzina była ze mnie dumna. Byłam wielokrotną mistrzynią w kickboxingu, kiedy dostałam łomot w ringu jako pięściarka. Wysłano mnie, abym się sprawdziła w innej dyscyplinie. Wtedy poczułam, że boks to jest to, że to bardziej wymagająca dyscyplina. Pierwszy raz przegrałam walkę, wprawdzie z zawodniczką o 16 lat starszą i znakomitą, ale zapamiętałam, co to znaczy.

Aleksandra Sidorenko
Aleksandra Sidorenko Jacek Piątek

Od porażki w ringu zaczęło się pasmo sukcesów w tej dziedzinie, ale zatrzymajmy się na chwilę. Ukończyła pani studia, zdobywała złoto na Universjadzie, zdobyła mistrzostwo świata. Przyjechała pani do Warszawy na 30. turniej Feliksa Stamma i wróciła na Ukrainę ze złotem na piersi. I z przyszłym polskim mężem.
To był czas moich sukcesów, można powiedzieć, zarówno zawodowych, jak i finansowych. Działacze na Ukrainie powtarzali mi: ty tylko trenuj i wygrywaj, miałam rzeczywiście wspaniałe warunki i znakomite wynagrodzenie. Ale coś było nie tak. W Warszawie poznałam chłopaka, który zakochał się, proponował mi, abym tu została. Jednocześnie, po wygranej w Kazachstanie, dostałam stamtąd propozycję by walczyć w ich barwach. Warunkiem była przeprowadzka do Astany, to taki tamtejszy Dubaj. Miałam wystartować w olimpiadzie, co od lat było moim marzeniem, którego inaczej bym nie spełniła. Chłopakowi powiedziałam, że mam swoje cele, z których nie zrezygnuję, więc jeśli tak mu zależy, niech jedzie ze mną.

Z polskim mężem znalazła się pani w zupełnie innej kulturze.
To była bardzo szybka decyzja. Perspektywa startu w olimpiadzie, znakomite wynagrodzenie, mieszkanie i wszystkie wygody, nie zastanawiałam się długo. Rodzicom powiedziałam, że będę żałowała, jeśli tego nie zrobię. Dwa lata to nie całe życie przecież.

Szybko pani pożałowała jednak tej decyzji.
Zawsze powtarzam, że wolę taką sytuację, niż się wycofać z czegoś, czego pragnę. Rzeczywiście, okazało się, że mój ówczesny mąż bardzo źle znosił pobyt w Kazachstanie. Ja całymi dniami miałam treningi, zawody, zgrupowania, życie na walizkach. On nudził się w domu. Miałam już 27 lat, pomyślałam, że czas pomyśleć o rodzinie, nie jestem już sama i nie tylko moje cele są ważne. Postanowiłam zerwać kontrakt ze wszystkimi tego konsekwencjami i wrócić z mężem do Polski. Zaczynałam tu od zera. Szybko okazało się jednak, że nasz związek nie wytrzymał tej próby.

Spadła pani z wysokiego konia. Na Ukrainie była pani noszona na rękach, mogła żyć jak księżniczka. W Kazachstanie podobnie.
Wiem już, co to jest sportowa depresja, kiedy nagle znajdujesz się sama i bez żadnego wsparcia. Wiesz tylko, co potrafisz, ale nikt inny w nowym kraju, w nowym języku, właściwie o tym nie wie. Kogo obchodziły wtedy kobiece sztuki walki czy kobiecy boks? Wiem, jak trudno się pozbierać, kiedy nie możesz sama siebie odnaleźć po takim ciosie. Ale wiedziałam też, że nie chcę się cofać. To bardzo wciąga, kiedy przez kilka lat przywozi się medale, kiedy walczy się z najlepszymi zawodniczkami Europy, które w dodatku zwyciężają na olimpiadzie… Ciężko nie chcieć więcej, zwłaszcza że to była bardzo trudna i często samotna droga.

Aleksandra Sidorenko
Aleksandra Sidorenko Jacek Piątek

Znów Pani powtarza: wiedziałam, że nie chcę się cofać.
W ringu też to jest ważne, żeby się nie cofać. Świadomie podejmować decyzje, bo jeśli tak je podejmujemy, nie ma co się cofać. Trzeba myśleć kilka kroków do przodu. Nie chciałam wracać na Ukrainę w tej sytuacji, ponieważ wracałabym jako przegrana.

Ale dla wielu sytuacja życiowa, w jakiej się pani znalazła w Polsce, byłaby nokautem.
Ja nie przyjmuję takiej opcji. Musiałam szybko zdecydować i zdecydowałam: zostaję w Polsce. Rozwieszałam ogłoszenia, rozwoziłam CV i zaczęłam prowadzić treningi w różnych klubach.

Nikt tu nie wiedział, że mistrzyni w Warszawie walczy o siebie.
To istotnie był dla mnie czas walki, powiedziałabym życiowej. Poczułam pierwszy raz w życiu, co znaczy nie mieć pieniędzy, jak to jest walczyć o siebie w kraju, w którym nikt cię nie zna, a ty nie znasz języka, by o sobie opowiedzieć. Uczyłam się polskiego, pracowałam w różnych miejscach Warszawy, prowadząc zajęcia od godz. 7 rano do 22. Mogę powiedzieć, że boks mnie uratował. Zaczęłam poznawać ludzi, przekonałam się, że Polacy są bardzo serdeczni, inni niż miałam ich obraz po relacji z mężem.

Aleksandra Sidorenko
Aleksandra Sidorenko Jacek Piątek

Z tej relacji wyszło jednak tyle, że obecnie jest pani w Polsce, ma Pani polskie obywatelstwo i walczy w biało-czerwonych barwach, znalazła pani prawdziwą miłość, ma dom, rodzinę i jest w szczytowej zawodowej formie.
Swojego obecnego męża spotkałam po półtorarocznej depresji. Boksowałam, żeby nie myśleć, to była moja ucieczka, mój odpoczynek, nie chciałam wracać do domu. Nie chciałam też myśleć, że cierpię, bo marnuję swój talent, nie mając czasu na własny trening. Rodzina zawsze była dla mnie priorytetem, wiedziałam i wiem, że sport, praca kiedyś się kończy. Pochodzę z rodziny, gdzie te relacje są najważniejsze. Zazdrościłam mamie, że miała szczęście spotkać mojego tatę, myślałam, że widocznie ja mam inną drogę. Wtedy już pracowałam w klubie w Łomiankach. Jacek przyszedł na trening i chociaż ja wciąż się uśmiechałam, on zobaczył we mnie ten smutek. Któregoś dnia powiedział: Sasza, idziemy na spacer.

I zabrał panią na cmentarz w Palmirach, osobliwa randka.
Tak, to było dziwne, ale bardzo piękne. Zabrał mnie tam motocyklem. Opowiadał o polskiej historii. Chciał, żebym się uśmiechnęła w sercu i żebym poczuła się w Polsce jak w domu. Muszę przyznać, że spotkanie z tym mężczyzną otworzyło mi oczy na świat, jakiego nie znałam wcześniej. Teraz wiem, że nie muszę rezygnować ani ze swoich pasji, ani ze swoich ambicji, aby mieć dom, w którym mieszkają szczęśliwi ludzie.

Domowe syropy

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie