Artur "Kornik" Sowiński: To mój czas i nie zamierzam go zmarnować

Tomasz Dębek
Tomasz Dębek
Zaktualizowano 
Artur Sowiński
Artur Sowiński KSW FOTO/konfrontacja.com
W drugiej części wywiadu Arturem "Kornikiem" Sowińskim były mistrz KSW kategorii piórkowej opowiada nam m.in. o swoich pierwszych krokach w MMA, treningach piłki nożnej w Ruchu Radzionków, dorabianiu jako ochroniarz na początku kariery w sportach walki, grze w zespole Loa Karma i ewentualnej karierze filmowej.

Jak zaczęła się Pana pasja do MMA? Zaczynał Pan jako piłkarz Ruchu Radzionków.
Piłkarz to dużo powiedziane. (śmiech) Lubiłem kopać piłkę jak każdy młody chłopak. Ale odstawałem od kolegów umiejętnościami i zacięciem do futbolu. Z zawodnika grającego w polu stałem się bramkarzem. Miałem dobry refleks, nie bałem się przyjąć mocnej piłki nawet na twarz. Na tej pozycji zaczęło mi iść lepiej. Lecz też w końcu odpuściłem. Przeniosłem się w kręgi muzyczne. Zapuściłem długie włosy, założyłem kapelę... Pod koniec liceum wymyśliłem, że pójdę na AWF, bo wydawały mi się to całkiem przyjemne studia. Wtedy znów zwróciłem się w stronę sportu. W tym czasie po raz pierwszy trafiłem na nagrania z walk MMA. Byłem zakochany w Mirko „CroCopie” Filipoviciu. Po wyjeździe na studia do Katowic najpierw zacząłem trenować jiu-jitsu full contact na AZS-ie, a później trafiłem do Silesian Cage Club Tomasza Brondera. Wiedziałem, że to klub dla mnie i to chcę robić w życiu. MMA mnie pochłonęło.

Sentyment do piłki Panu został? Jako chłopak z Radzionkowa pewnie miał Pan plakat Mariana Janoszki nad łóżkiem?
(śmiech) Tak, chyba dla każdej osoby z Radzionkowa to legendarna postać. Ale pasja do piłki mi minęła. Na mecze nie chodzę już w ogóle. Nie wiem nawet, w której lidze gra Ruch Radzionków. Jasne, kiedy gra reprezentacja, z chęcią ją oglądam. Ale spotkania ekstraklasy czy nawet Ligi Mistrzów to dla mnie bardziej pretekst do tego, by spotkać się ze znajomymi. Kiedy nie mam okresu przygotowawczego przed walką, mogę wypić piwko i miło spędzić czas w męskim gronie. Piłka jest wtedy tylko dodatkiem.

>>PIERWSZA CZĘŚĆ WYWIADU Z ARTUREM "KORNIKIEM" SOWIŃSKIM. "ZLEKCEWAŻYŁEM CONORA MCGREGORA"<<

Jak wspomina Pan początki w KSW? Pierwsze walki toczył Pan jeszcze jako student.
Zgadza się. Zadebiutowałem w 2010 roku, a miałem wystąpić dwa lata wcześniej na KSW Extra w Dąbrowie Górniczej. Ale doznałem kontuzji, jednej z gorszych w życiu. Na jednym z ostatnich sparingów dostałem mocno w oko. Oderwał mi się jakiś nerw i choć gałki oczne miałem ustawione pod dobrym kątem, mózg zbierał od nich informację tak, jakbym miał zeza. Okulistka i pani neurolog powiedziały, że to bardzo szybko minie i nie ma co rezygnować z walki. Niestety, było inaczej i zamiast mnie zawalczył klubowy kolega. A mój „zez” zamiast po dwóch dniach przeszedł po ponad miesiącu. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy to naprawdę nie było zabawne. Bałem się, że zostanie mi tak na stałe. Na szczęście z oczami jest już wszystko dobrze, później nigdy nie miałem podobnej sytuacji.

KSW już wtedy miało potencjał na to, by zostać czołową federacją w Europie?
KSW cały czas się rozwija, a włodarze wciąż mnie zaskakują. Nie zawsze zgadzam się z decyzjami Maćka Kawulskiego i Martina Lewandowskiego, ale jestem przekonany, że są one właściwe. Na przykład walka Popka z Pudzianem niekoniecznie wydawała mi się czymś dobrym dla polskiego MMA. Lecz skoro oni zdecydowali się na taki krok, to znaczy że był potrzebny do tego, by pół roku później wypełnić PGE Narodowy. Tam Popek zmierzy się z Burneiką. Znów mam wątpliwości, czy to potrzebne. Powiedzmy wprost, ze sportem będzie to miało niewiele wspólnego. A MMA jest w Polsce na tyle popularne, że moim zdaniem nie trzeba robić aż tak drastycznych ruchów. Ja mogę się z tym nie zgadzać, ale skoro tak doświadczeni biznesmeni jak Maciek i Martin to „klepnęli”, to w głębi duszy wiem, że mają rację. Jestem pewien, że dalej będą mądrze rozwijać KSW i jeszcze nie raz mnie zaskoczą. Koniec końców dzięki „freak fightom” więcej ludzi ogląda też mnie. A w związku z tym mam grubszy portfel.

Na początku kariery był on jednak pewnie sporo chudszy. Do walk dorabiał Pan sobie jako sprzedawca chrzanu, bramkarz na dyskotekach, a nawet ochroniarz w domu publicznym.
Wiadomo, na początku kariery w MMA pieniądze są bardzo, bardzo nikłe. Trzeba sobie jakoś dorabiać. Ja miałem to szczęście, że rodzice nie gonili mnie do pracy. Cieszyli się, że studiuję i trenuję, a nie stoję pod sklepem z piwem w ręku. Ale każdy, a zwłaszcza student, potrzebuje jakiejś kasy. (śmiech) Dlatego prace dorywcze zawsze wchodziły w grę. Od sprzedawania chrzanu na targu, przez prace budowlane z ojcem, po stanie na bramkach. Najwięcej i najdłużej pracowałem jako ochroniarz w dyskotekach. Nie było to zbyt męczące, trochę tylko rozstrajało rytm dobowy. Ale młody organizm nie potrzebuje wiele snu, potrafiłem to pogodzić z treningami. To one były dla mnie priorytetem. Pod treningi ustawiałem cały plan tygodnia.

W takiej pracy można pewnie było podszlifować techniki. Kiedyś wspominał Pan, że musiał dusić nagiego faceta.
(śmiech) Była taka sytuacja. Siły musiałem używać wiele razy, głównie przydawały się właśnie techniki duszeń. Pijany i agresywny gość to wciąż klient lokalu, w którym byłem zatrudniony. Nikomu nie zależało na tym, żebym ich pobił. Dlatego nie uciekałem się to technik uderzanych, sprowadzało się ich do parteru albo dusiło. Pamiętam, że na początku bardzo dziwiło mnie to, jak łatwo ludzie dają się dusić. Nie bronią się, nie chowają brody, zupełnie nic. Wszystko wchodziło mega gładko i delikwent szybko się uspokajał. (śmiech)

Lubi Pan łamać stereotypy? Wiele osób wciąż myśli, że zawodnik MMA to nakoksowany gość rzadko wychodzący z siłowni. Wyluzowany, uśmiechnięty „Kornik”, absolwent AWF-u, to ktoś z zupełnie innej bajki.
Myślę jeszcze o doktoracie. Ale na razie tylko myślę. (śmiech) Nie tylko ja łamię stereotyp fightera. Jakieś 80 proc. zawodników MMA to faceci na poziomie, którzy mają poukładane życie. Skończyli studia lub mają dobrze prosperujące firmy. Nie ograniczają się tylko do przyjmowania ciosów na twarz, potrafią złożyć składne zdanie. Absolutnie nie jestem tu wyjątkiem.

Gra Pan też w kapeli Loa Karma. Jak dzieli Pan czas pomiędzy muzyką i sportem?
Kiedy wchodzę w okres przygotowawczy, koncerty trochę schodzą na drugi plan. A weekendowe wyjazdy zupełnie odpadają. Koncert w Katowicach w sobotę wieczorem nie jest dla mnie żadnym obciążeniem. Ale gdybym miał być w piątek w Poznaniu, w sobotę w Gdańsku i w niedzielę wracać do domu, trudno byłoby mi zrobić dobry jakościowo trening. Dlatego podczas przygotowań trochę się wycofuję. Chłopaki działają jednak mocno. Za kilka tygodni pojawi się nasza pierwsza EP-ka z ośmioma utworami. Już dawno powinniśmy to zrobić. Ale lepiej późno niż wcale.

Po zakończeniu kariery skupi się Pan na muzyce, czy może planuje karierę filmową? Wystąpił Pan choćby w teledysku Rozbójnika Alibaby, był też temat kręcenia filmów z Patrykiem Vegą, a nawet Chuckiem Norrisem...
Niestety, Patryk Vega nadal do mnie nie zadzwonił. (śmiech) Ja jestem otwarty na wszelaką pracę przed kamerą. To dostarcza mi innego rodzaju adrenaliny niż sport. Wystąpiłem w wielu teledyskach, w filmie jeszcze nie miałem przyjemności, ale mam nadzieję że niedługo się to zmieni. Trudno mi powiedzieć, co będę robił po zakończeniu kariery. Teraz skupiam się na tym by wykorzystać czas, który mi jeszcze został. Stuknęła mi trzydziestka, do końca jest bliżej niż dalej. Z drugiej strony nadal trzymam się tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Zawodnik w tym wieku jest najmocniejszy. Nabiera siły fizycznej i odporności psychicznej, korzysta z zebranego wcześniej doświadczenia. To mój czas i nie zamierzam go zmarnować.

Kolejna gala KSW odbędzie się 27 maja na PGE Narodowym. Dla naszych czytelników, którzy nie mają jeszcze biletów na KSW Colosseum przygotowaliśmy specjalny sektor, z którego z bliska będą mogli oglądać popisy Mameda Chalidowa, Borysa Mańkowskiego, Marcina Różalskiego, Mariusza Pudzianowskiego i pozostałych bohaterów majowej gali.

Zakupu biletów można dokonać tylko na stronie eBilet.pl!
Aby zakupić bilety na sektory dla czytelników Sportowy24, należy w lewym menu w ofertach specjalnych kliknąć PlPress – Sportowy24, wybrać miejsce, wpisać kod dostępowy PLPRESS i dokonać zapłaty.

Miejsca dla czytelników Sportowy24 są blisko sceny (widać je po kliknięciu naszej oferty specjalnej), a tak dobre siedzenia w innych sektorach już się praktycznie wyprzedały.

Wideo

Materiał oryginalny: Artur "Kornik" Sowiński: To mój czas i nie zamierzam go zmarnować - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3