Australian Open. Idze Świątek będzie w Melbourne trudniej, niż w Paryżu, aczkolwiek to nie znaczy, że nie może pokusić się o dobre wyniki

Hubert Zdankiewicz
Hubert Zdankiewicz
Iga Świątek
Iga Świątek AP/Associated Press/East News
- Uważam, że Idze należy dać jeszcze trochę czasu, żeby okrzepła w roli, w której coraz częściej będzie. Roli faworytki. Jestem przekonany, że nie podzieli losów Jeleny Ostapenko, czy Eugenie Bouchard, ale dajmy jej czas i nie oczekujmy, że będzie już teraz zawsze grać tak dobrze, jak w Paryżu - mówi Tomasz Wiktorowski o szansach Igi Świątek, przed jej startem w tegorocznym Australian Open. Z byłym trenerem Agnieszki Radwańskiej, dziś tenisowym ekspertem Canal+ Sport (gościnnie w Eurosporcie), rozmawiamy również m.in. o Hubercie Hurkaczu, najlepszych meczach jego podopiecznej w Melbourne, o tym dlaczego tenisiści tak bardzo lubią turniej w Melbourne, a także o... smażeniu jajek na korcie.

Gdy pyta się tenisistów i ich trenerów o największy i najbardziej prestiżowy Wielki Szlem, to najczęściej pada nazwa Wimbledon. Za to gdy pyta się o Australian Open, to prawie zawsze słyszy się: najsympatyczniejszy, najlepiej zorganizowany… Jak Pan wspomina turniej w Melbourne?
Zdecydowanie zgadzam się z opinią zawartą w pytaniu. Z wielu powodów – przede wszystkim dlatego, że w Australii zjawialiśmy się wszyscy po dłuższej przerwie w rozgrywkach. Normalnie to były dwa miesiące, w tym roku jeszcze więcej. Ludzie związani z tourem spędzają ze sobą dziesięć miesięcy, podróżując po różnych częściach świata. Potem jest ta przerwa, po której bardzo fajnie jest znów zobaczyć tych, których się lubi i ceni. Pierwsze zdanie, jakie się zawsze słyszało, to „Happy New Year”. Potem było wiele ciekawych rozmów i myślę, że to są te elementy odróżniający ten turniej od innych Szlemów. Wiele osób przylatuje ponadto prosto z Europy, albo z Ameryki Północnej, gdzie jest wtedy zima i trafia w sam środek australijskiego lata. Taki przeskok też podnosi poziom endorfin. Co do organizacji, to faktycznie jest na najwyższym poziomie. Australijczycy zawsze stawali na wysokości zadania, a korty Melbourne Park to moim zdaniem najnowocześniejszy i najbardziej przyjazny tenisistom obiekt na świecie. Samo miasto też jest piękne, podobnie jak Sydney, gdzie przez wiele lat odbywał się turniej poprzedzający Australian Open. To wszystko składa się na taki pozytywny obraz. Turniejom australijskim dorównuje pod tym względem tylko ten w Indian Wells.

Wiele razy słyszałem również, że Australijczycy to najmilsza i najbardziej wyluzowana nacja ze wszystkich anglojęzycznych…
Coś w tym faktycznie jest. W ogóle atmosfera podczas Australian Open jest wyjątkowa. Bardzo miła, aczkolwiek Australijczycy potrafią swoim dopingiem wpływać niekorzystnie na niektórych tenisistów.

To znaczy?
Tamtejsi kibice lepiej znają się na tenisowej etykiecie, niż na przykład ci w Nowym Jorku. Nie chodzą po trybunach w trakcie wymian i td. Potrafią być jednak bardzo żywiołowi, kiedy dopingują swoich. Aczkolwiek to nie dotyczy tylko ich, bo głośne potrafią być również inne nacje, w tym Polacy. To się chyba wiąże z naturą kibicowania ludzi mieszkających w Australii.

W którym roku po raz pierwszy przyleciał Pan do Australii?
W 2009. To było gdy byłem jeszcze kapitanem naszej reprezentacji FedCup.

Czyli korty były już niebieskie. Chodzi mi o to, że w 2008 roku organizatorzy wymienili nawierzchnię. Ta stara, koloru zielonego, tak się ponoć nagrzewała, że można było jajka na niej smażyć.
Nie miałem do czynienia ze starą nawierzchnią, ale numer z jajkiem z przećwiczyliśmy dla zabawy na nowej. Choć akurat nie w Melbourne, tylko w Perth, podczas Pucharu Hopmana. Korty są tam takie same. Faktycznie białko się ścinało, co można jednak zrozumieć przy ponad 40-stopniowym upale.

Wyniki sugerują, że Australian Open był po Wimbledonie drugim ulubionym Wielkim Szlemem Agnieszki.
To prawda, choć dodałbym, że ona w ogóle najlepsze wyniki osiągała zazwyczaj na początku roku. Albo na końcu. Dobrze radziła sobie nie tylko w Melbourne, ale również w Sydney, w Auckland, czy Shenzhen. Wygrywała tam turnieje, dochodziła do półfinałów i finałów. Dobrze radziła sobie również po Australian Open – w Dubaju, Doha, Indian Wells i Miami. Patrząc jednak tylko na Wielkie Szlemy to faktycznie – radziła sobie w Melbourne bardzo dobrze. Rozegrała tam wiele znakomitych spotkań.

Które było najlepsze?
Zdecydowanie ćwierćfinał z Wiktorią Azarenką w 2014 roku. To był jeden z najlepszych meczów w całej karierze Agnieszki. Białorusinka była wtedy w Melbourne niepokonana od dwóch lat. Wygrała dwie poprzednie edycje Australian Open i dotarła do ćwierćfinału w kolejnej – w sumie 18 zwycięstw z rzędu. A Agnieszka przerwała jej serię, wygrywając trzeciego seta do zera.

Agnieszka przyznała później, że tamto zwycięstwo tyle ją kosztowało, że „spuchła” w półfinale z Dominiką Cibulkovą.
Złożyło się wtedy kilka kwestii. Pierwsza była taka, że Słowaczka miała dzień przerwy pomiędzy ćwierćfinałem a półfinałem, a Agnieszka musiała grać dzień po dniu – tak była skonstruowana turniejowa drabinka. Zabrakło czasu na regenerację. Nie tylko fizyczną, bo bardziej zmęczona była w 2015 roku w Singapurze, kiedy wygrywała Mastersa. Po prostu ona przegrała wcześniej z Azarenką pięć spotkań, nie zdobywając w nich nawet seta. Kiedy wreszcie wygrała, a w dodatku po raz pierwszy awansowała w Melbourne do półfinału – wszystko to wygenerowało taki bagaż emocji, że po prostu nie dało się tego „ogarnąć” w tak krótkim czasie. Z Cibulkovą była cieniem samej siebie, a wiadomo, że nie zapomniała z dnia na dzień jak się gra w tenisa.

Mówił Pan, że organizatorzy Australian Open zawsze stawali na wysokości zadania. Stanęli i tym razem? Bo zanosi się na to, że czeka nas najbardziej zwariowany i pełen niespodzianek Wielki Szlem w historii...
Zdecydowanie tak. Czasy są zwariowane i nie da się w nich inaczej funkcjonować. Nie było łatwo pospinać w tym roku cały cykl australijski, przy wszystkich obostrzeniach nakładanych przez tamtejszy rząd, a były twardsze od tych w Europie. Tennis Australia mogło po prostu iść w ślady organizatorów Wimbledonu i wszystko odwołać, tymczasem dokonało niemal niemożliwego, przeprowadzając sześć turniejów w jednym czasie i na jednym obiekcie. W tym dodatkowe dla tych tenisistów, którzy byli w jednym samolocie z ludźmi, u których wykryto później COVID-19 i wylądowali na tzw. twardej kwarantannie. Organizacja turnieju rangi 500 trwa co najmniej kilka miesięcy, a oni to zrobili w dwa tygodnie. Rozumiem oczywiście narzekania na trudne warunki, ale nie było innego wyjścia przy takiej liczbie zawodników i tylu potencjalnych szansach na to, że coś pójdzie nie tak. Najważniejsze, że dostali szansę na to, żeby grać i zarabiać, bo przecież to ich zawód. Z tego żyją.

Czy w gronie faworytek Australian Open można umieścić Igę Świątek?
Jeżeli jakaś tenisistka wygrywa turniej wielkoszlemowy, tak jak Iga, to automatycznie jest umieszczana w kolejnym w gronie faworytek. Szerokim gronie, bo jest jeszcze wąskie. W tym drugim są takie tenisistki jak Naomi Osaka, Ashleigh Barty, Simona Halep – to oczywisty wybór, gdy się patrzy na ich dokonania w ostatnich latach i formę, którą tutaj prezentują. Nie można zapomnieć o Serenie Williams, która fizycznie obecnie jest w najlepszej dyspozycji od kilku lat. Byłem pod wrażeniem tego, co widziałem w jej meczach z Cwetaną Pironkową i Danielle Collins. Z kolei w szerszym gronie znajdują się te dziewczyny, które wygrywały w ostatnim czasie Wielkie Szlemy, jak Sofia Kenin, Bianca Andreescu czy właśnie Iga.

Jak ocenia Pan aktualną formę Igi?
Komentowałem jej pierwszy mecz z Melbourne, z Kają Juvan. Szczerze mówiąc Iga mnie w nim nie zachwyciła, przynajmniej w porównaniu do tego jak prezentowała się w ubiegłym roku podczas Roland Garros. Aczkolwiek trzeba podkreślić, że tak jak nie wyszedł jej pierwszy set – popełniła w nim naprawdę sporo błędów – to mimo wszystko była w stanie wygrać mecz. To już jest cecha mistrzowska i to było bardzo ważne. Natomiast w kontekście poziomu sportowego jestem daleki w tej chwili od oceniania po jednym meczu. Z tego przegranego z Jekatieriną Aleksandrową też nie wyciągałbym pochopnych wniosków. Uważam, że na niekorzyść Igi wypadło to, że wygrała swój ostatni turniej w sezonie i nie mogła na tej fali sukcesu grać kolejnych. Poza tym w Australii są kompletnie inne warunki, niż panowały wtedy w Paryżu. Zaczynając od temperatury, a kończąc na kortach. Podczas Roland Garros Iga mogła polegać na swoich atutach, związanych z umiejętnością wygenerowania prędkości piłek, jak również z poruszaniem się. Na kortach w Melbourne łatwiej jest wytworzyć dobrą prędkość piłki i na tej nawierzchni – jednej z najszybszych w całym sezonie, jeśli chodzi o korty twarde – Idze będzie się grało trudniej, aczkolwiek to nie znaczy, że nie może pokusić się o dobre wyniki. Czy to w tym roku, czy w kolejnych. Dobry rezultat odnotowała już w ubiegłym roku, kiedy doszła w Melbourne do 1/8 finału. Pokazała, że potrafi tutaj grać. Oczywiście dochodzi wiele czynników związanych ze zmianą perspektywy, statusu, bo teraz jest inaczej postrzegana przez rywalki, niż przed French Open. Iga bardzo dojrzale się wypowiada, podoba mi się sposób, w jakim opowiada o tym co wydarzyło się w ostatnim czasie w jej życiu. To co się mówi, a to co się ma w głowie to jednak dwie zupełnie inne kwestie. Uważam, że Idze należy dać jeszcze trochę czasu, żeby okrzepła w roli, w której coraz częściej będzie.

Roli faworytki.
Zgadza się. A z ocenami należy poczekać przynajmniej do połowy sezonu. Jeśli chodzi o styl gry i sposób poruszania się można porównać Igę do Naomi Osaki, a jeżeli przejrzymy wyniki Japonki, to u niej po spektakularnych sukcesach również zdarzały się słabsze występy i porażki z niżej notowanymi rywalkami. I nikt z tego powodu nie dramatyzował, bo to nie jest tak, że jak młoda zawodniczka wygrywa duży turniej, to potem nie ma prawa przegrać meczu. Jestem przekonany, że Iga nie podzieli losów Jeleny Ostapenko, czy Eugenie Bouchard, ale dajmy jej czas i nie oczekujmy, że będzie już teraz zawsze grać tak dobrze, jak w Paryżu.

Na co stać w Melbourne Huberta Hurkacza?
Dobrze zaczął rok od wygranej w Delray Beach. W Melbourne, w meczu ze Stefano Travaglią, wróciły jednak jego problemy z ubiegłego roku. Prowadził z przełamaniem w trzecim secie i przy swoim potencjale serwisowym nie udało mu się tego seta zamknąć. Po raz kolejny nie wyserwował sobie meczu – u tenisisty o parametrach Huberta to się nie powinno tak często zdarzać.

Tak jak Rafael Nadal jest królem Paryża, tak Melbourne to teren Novaka Djokovicia. Sądzi Pan, że w tym roku Serb znów pokaże plecy konkurencji?
Każda seria kiedyś się kończy i kiedyś musi nastąpić zmiana na tym tronie. Niemniej w tym roku ewentualną porażkę Djokovicia nadal będzie trzeba uznać za ogromną niespodziankę.

Rozmawiał Hubert Zdankiewicz

Transmisje z Australian Open w Eurosporcie 1, Eurosporcie 2 i w Eurosport Playerze

Iga Świątek przygotowuje się do Australian Open w hotelowych warunkach. Jak sobie radzi?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie