Bitwa warszawska 1920 roku ocaliła niepodległość Polski

Krzysztof Ogiolda
Krzysztof Ogiolda
Marszałek Józef Piłsudski w rozmowie z oficerami. Drugi z prawej Tadeusz Rozwadowski.
Marszałek Józef Piłsudski w rozmowie z oficerami. Drugi z prawej Tadeusz Rozwadowski. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Rozmowa z doktorem habilitowanym Mariuszem Patelskim, profesorem Uniwersytetu Opolskiego, pracownikiem Instytutu Historii UO, autorem książki „Generał broni Tadeusz Jordan Rozwadowski. Żołnierz i dyplomata”.

Bitwę warszawską 1920 roku lubimy w Polsce przedstawiać jako to wydarzenie, które uchroniło Europę przed zalewem bolszewizmu. Coś jest na rzeczy, skoro Tuchaczewski zapowiadał przeniesienie komunizmu na Zachód po trupie Polski?
Sukces, jakim bitwa warszawska była, przede wszystkim uchronił przed nową niewolą i utratą niepodległości nas, Polaków. Prawdopodobnie był to też ratunek dla krajów leżących w Europie Środkowej. Myślę o Czechosłowacji i Węgrzech. Także o Rumunii. Nie sądzę natomiast, by bolszewicy byli w stanie zagrozić Niemcom.

Tym bardziej Francuzom, Hiszpanom?
Siły bolszewickie nie były aż tak wielkie, by byli oni w stanie pokonać samych Niemców. Tym bardziej, że gdyby do agresji na Berlin doszło, wszelkie ograniczenia, jakie narzucono Niemcom w Wersalu, zniknęłyby natychmiast i bardzo szybko ich armia byłaby zmobilizowana.

Jakie znaczenie mogły mieć panujące wtedy w Niemczech rewolucyjne nastroje?
Te ogniska wprawdzie cały czas wybuchały, a inne wygasały, ale obok niemieckich organizacji komunistycznych działały też w Niemczech silne grupy nacjonalistyczne, które rozruchy komunistyczne tłumiły. Toteż bym komunistów niemieckich i ich siły nie przeceniał.

Przypomnijmy, jaka była skala wydarzenia, które Rosjanie nazywali operacją warszawską 1920 roku?
Trzeba pamiętać, że bolszewicy dysponowali ogromną armią, rzędu 6-7 mln żołnierzy, czyli znacznie większą niż mogła zmobilizować strona polska (około 1 mln). Na szczęście Rosja sowiecka tylko część swoich wojsk mogła wykorzystać na kierunku warszawskim. Wciąż tliła się tam wojna domowa i trwały walki z oddziałami „białych” generała Wrangla. Rosjanie bali się też Japończyków. W efekcie pod Warszawą biło się po obu stronach - w przybliżeniu - po 100 tysięcy żołnierzy. Te siły były nierówno rozłożone. Polacy największe oddziały zgromadzili nad Wieprzem, skąd potem ruszyła kontrofensywa pod wodzą samego marszałka Piłsudskiego. Pod Warszawą siły były wyrównane, a na froncie północnym generał Sikorski miał do dyspozycji jedną armię przeciw trzem armiom sowieckim. Plan bolszewicki zakładał obejście Warszawy od północy tzw. szlakiem Paskiewicza - znanym jeszcze z powstania listopadowego - i jej okrążenie od zachodu.

Dlaczego się nie udało?
Dowództwo polskie to przewidziało. Tym łatwiej, że mieliśmy znakomity wywiad, w tym radiowy i zdawaliśmy sobie sprawę, jak wyglądają plany bolszewickie. Przy czym zdobycie informacji to była jedna rzecz, a niemniej ważna była ich analiza. W decydującym momencie na czele Sztabu Generalnego stał generał Tadeusz Jordan Rozwadowski, który zaproponował śmiałą koncepcję, by decydująca bitwa pod Warszawą miała kształt podobny do klasycznej bitwy pod Kannami. Kazał wzmocnić lewe skrzydło, na którym istotną rolę odegrała V Armia generała Sikorskiego. Była obawa, że bolszewikom uda się tamtędy przebić przez Wisłę i Wkrę, a w efekcie wkroczyć do Wielkopolski i na Pomorze. Myślenie Rozwadowskiego było o tyle śmiałe, że Sikorski nie miał jeszcze wtedy zbyt dużego autorytetu - w I wojnie światowej pełnił głównie funkcje urzędnicze. W tym czasie naczelny wódz przestał dowodzić całością sił zbrojnych. Udał się nad Wieprz, gdzie dowodził grupą uderzeniową. Autorem tego decydującego manewru był - jak wspomniałem - Rozwadowski, choć oczywiście Piłsudski blisko z nim współpracował. Postawa Rozwadowskiego była ważna także z tego powodu, że w tym czasie panowała wśród dowódców po polskiej stronie istna epidemia depresji. Część oficerów, jak Dowbór-Muśnicki, odmawiała przyjmowania stanowisk dowódczych, uważając, że wojna jest przegrana. Rozwadowski pozostał optymistą do końca. Mówił jednoznacznie, że pokonanym jest tylko ten, kto się pokonanym czuje. Docenił to Piłsudski, pisząc w liście pochwalnym po wojnie nie mniej i nie więcej, tylko że „Rozwadowski w nieszczęściu jedyny”.

Pewnie już zawsze Polacy będą się spierać, kto miał pod Warszawą większe zasługi: Weygand, Piłsudski czy Rozwadowski.
Kiedy Maximilian Weygand przybył do Polski, próbowano zrobić z niego kogoś w rodzaju superszefa sztabu. Strona polska zdecydowanie na to się nie zgodziła i poprzestał na roli doradcy. Był w tej roli dobry. Między innymi to on doradzał, jak w walce z bolszewikami użyć broni pancernej. Ważną rolę odegrał generał Sosnkowski. On organizował zaplecze prowadzonych przez Polaków działań. Naczelny wódz, Józef Piłsudski w decydujących momentach był nie pod Warszawą, ale przy grupie operacyjnej nad Wieprzem. Toteż decyzje operacyjne podejmował generał Rozwadowski. On też był autorem rozkazu - pod fikcyjnym numerem 10000 - który zmieniał pierwotną koncepcję bitwy. Początkowo ofensywę Polacy mieli prowadzić tylko z prawej flanki, czyli właśnie znad Wieprza. Rozwadowski zdecydował - jak wspomniałem wyżej - że atak nastąpi i z północy.

Na szczęście siły rosyjskie nie były monolitem…
To był ich największy problem, że nie było u nich jedności w dowodzeniu. Walczyliśmy z dwoma bolszewickimi frontami: Północno-Zachodnim i Południowo-Zachodnim. Każdy z nich miał oddzielnego dowódcę. Tuchaczewski dowodził na północy, Jegorow - przy którym komisarzem politycznym był Stalin - na południu. Te formacje nie zawsze się wspierały. Stalin i Jegorow, widząc podejście Tuchaczewskiego pod Warszawę, pozazdrościli mu tego sukcesu. Chcieli koniecznie zdobyć Lwów, żeby się móc pochwalić własnym osobnym osiągnięciem, czyli zdobyciem dużego i ważnego polskiego miasta. Zwlekali długo, nie wysyłając Tuchaczewskiemu posiłków. Dwa fronty się z tego powodu rozjechały. W środku - między nimi - działała tylko słaba grupa wojsk bolszewickich, tzw. grupa mozyrska, która nie była w stanie powstrzymać kontrofensywy polskiej. Kiedy wojska Piłsudskiego wyszły do ataku, znaczna część armii bolszewickiej już była w odwrocie. Została odepchnięta od Warszawy. Ale niektóre sowieckie oddziały nie wiedziały (Polacy zniszczyli rosyjską radiostację), że padł rozkaz odwrotu. I one wciąż próbowały iść do przodu. Sukces Polski byłby jeszcze większy, ale Niemcy i Litwini przepuszczali oddziały bolszewickie. Rosjanom udało się wycofać. Do ostatecznego rozstrzygnięcia doszło dopiero w bitwie nad Niemnem.

Przypomnijmy, kiedy się odbyła?
Od 20 do 26 września 1920 roku. I to polskie zwycięstwo - nie ma wątpliwości - było zasługą samego Piłsudskiego. Siły bolszewickie zostały ostatecznie złamane. Wkrótce nastąpiło zawieszenie broni. A w kolejnym roku podpisano traktat w Rydze.

Słusznie się podkreśla, że nie był on polskim sukcesem?
Ostrożnie z takimi sądami. Pamiętajmy, wojna toczy się od 1914 roku. Polska jest szczególnie zniszczona, a społeczeństwo potwornie zmęczone. Stąd wziął się nacisk polityków, nie tylko Narodowej Demokracji, także socjalistów, by tę wojnę jak najszybciej zakończyć. Piłsudski i Rozwadowski chcieli kontynuować działania i przyłączyć do Polski co najmniej Mińsk (mieszkało tam dużo Polaków z dziada pradziada) oraz okręgi kamieniecki i płoskirowski. Do przyłączenia nie doszło, a w latach 30. właśnie tam NKWD przeprowadziło tzw. operację polską. Szacuje się, że w latach wielkiego terroru (1937-1938) zamordowano tam lub uprowadzono do Kazachstanu około 200 tysięcy naszych rodaków.

Wróćmy pod Warszawę i przypomnijmy, dlaczego los Rozwadowskiego - przy wszystkich jego zasługach i lojalności wobec Piłsudskiego podczas bitwy warszawskiej - okazał się ostatecznie gorzki?
Tadeusz Rozwadowski był żołnierzem z krwi i kości. Jego przodkowie brali udział już w odsieczy wiedeńskiej. Ojciec bił się w powstaniu styczniowym, dziadek w listopadowym, a pradziad, Kazimierz Rozwadowski zasłynął podczas kampanii napoleońskiej jako dowódca zasłużonego dla Polski 8. Pułku Ułanów w wojnie polsko-austriackiej 1809 roku. W rodzinie Rozwadowskich kilkanaście osób otrzymało order Virtuti Militari. On sam dwukrotnie.

Co go poróżniło z Piłsudskim?
Po bitwie warszawskiej zaczęły się spory i tarcia o zasługi. Podkreślano wkład Hallera w to zwycięstwo, dorobek Weyganda itd. Rozwadowski milczał o swoich zasługach. Nie mówił, że to on jest autorem planów bitwy. Nie chciał - jak pisał w liście do ministra spraw wojskowych - zaogniać konfliktu wewnętrznego ani spierać się z Francją. Polska miała podpisać z Francuzami układ sojuszniczy. Wyjawianie wszystkich szczegółów tego, co działo się między Piłsudskim i Rozwadowskim a Weygandem nie byłoby dyplomatyczne.

Ostatecznie obu dowódców podzielił spór o rolę Piłsudskiego w państwie i o zamach majowy 1926 roku…
Rozwadowski był dowódcą wojsk rządowych w Warszawie. Po przeciwnej stronie dowodził generał Gustaw Orlicz-Dreszer. Rozwadowski popełnił parę błędów. M.in. nie zajął w odpowiednim czasie centrali telefoniczno-telegraficznej. Utracił możność komunikowania się z krajem. Piłsudczycy bardzo szybko otrzymali posiłki ze wschodu. Pomoc dla wojsk rządowych z Wielkopolski przyszła z opóźnieniem, już po kapitulacji. Rozwadowskiego dotknęła zemsta, wbrew obietnicy Piłsudskiego, że represji dla przeciwników zamachu nie będzie. Został aresztowany i zamknięty pod kryminalnymi zarzutami w więzieniu na Antokolu w Wilnie. Spędził tam rok. Po wyjściu ciężko zachorował. Był przekonany, że podtruwano go w więzieniu, malując ściany celi roztworem arszeniku. Zmarł w 1928.

Z bitwą warszawską wiąże się często pojęcie „cud nad Wisłą”. Ma ono nie tylko religijne znaczenie…
Nawiązuje ono do tzw. cudu nad Marną. Na początku I wojny światowej Niemcy mieli wobec Francuzów podobny plan jak Rosjanie w 1920 wobec Polaków. Chcieli zająć Paryż. Główną linią oporu była rzeka Marna. W decydującym momencie francuski głównodowodzący rzucił ostatnie odwody na front. Do historii przeszły paryskie taksówki, które woziły żołnierzy. Wojska niemieckie zostały odparte. Termin „cud nad Marną” szybko się spopularyzował. Znał go z pewnością Stanisław Stroński, publicysta i profesor romanistyki, autor pojęcia „cud nad Wisłą”. Chciał podkreślić, że bitwa warszawska jest nie mniej doniosła niż ta nad Marną i dla dziejów Polski przełomowa. Z czasem dorobiono do tego tezę, że endecy (Stroński też był z Narodową Demokracją związany) żeby pognębić Piłsudskiego wskazali, że autorką sukcesu pod Warszawą była Matka Boska. Nie to było intencją Strońskiego.

Wiara społeczeństwa polskiego miała dla wyniku bitwy znaczenie?
Ówczesne podzielone - po okresie zaborów - społeczeństwo łączyła z pewnością właśnie wiara. Na prowincji ksiądz i nauczyciel to były największe autorytety. Oni w wielu miejscach mobilizowali do podjęcia militarnego wysiłku mieszkańców. Gromadzili ludzi na mszach, na adoracjach i zachęcali do udziału w obronie Polski. Pobożność ówczesnych Polaków, wzmocniona jeszcze świadomością, że bitwa toczyła się z bezbożnymi bolszewikami, z komunistami, z pewnością miała swoje znaczenie.

Autorytet Kościoła wzmocnił nuncjusz w Warszawie…
Nuncjusz Achille Ratti (późniejszy papież Pius XI), który jako jedyny dyplomata nie opuścił latem 1920 roku Warszawy, zachował się świetnie. A przekonanie, że Matka Boża ich wspiera, mieli nie tylko obrońcy stolicy, także obrońcy Lwowa atakowani przez Stalina i Jegorowa. W tym lwowskim kontekście pojawia się zresztą pewien wątek opolski. Kiedy wojska bolszewickie zbliżały się do Lwowa, do armii zgłosili się - za zgodą abpa Bilczewskiego - wszyscy lwowscy klerycy, a wśród nich znany po wojnie w Opolu, w latach 50. wikariusz generalny - ks. Michał Banach. Trafił zresztą do kancelarii duszpasterstwa wojskowego, pod opiekę słynnego ks. Panasia - kapłana i legionisty. Ci klerycy prawdopodobnie za wiele się nie nawojowali, bo polska kontrofensywa najszybciej wyparła bolszewików właśnie z południa.

Jednym z symboli walk 1920 roku stał się ks. Ignacy Skorupka. Poglądy na temat jego śmierci są podzielone. Część historyków twierdzi, że zginął z krzyżem w ręku, biegnąc na czele młodych żołnierzy (tak pokazał go w swoim filmie Jerzy Hoffman), inni uważają, że zginął, udzielając sakramentu chorych rannemu żołnierzowi. Jakkolwiek było, taka śmierć przynosi mu zaszczyt…
To był młody, odważny człowiek i ksiądz. Jego obecność, to że nie uległ panice, nie stracił zimnej krwi, że sam się do posługi kapelana zgłosił, miały dla żołnierzy charakter mobilizujący. Trzeba o jego zasługach pamiętać, ale i mieć świadomość, że takich duchownych i świeckich było o wiele więcej.

Słusznie mamy poczucie, że Polska opierała się bolszewikom osamotniona?
Nie do końca. Sojusznikami Polski byli Francuzi. Z Francji docierała też broń. I to się bardzo przydało. Choć nie było tej pomocy tyle, ile otrzymywali tzw. biali generałowie w Rosji, to miała istotne znaczenie. Tuż przed rozpoczęciem operacji warszawskiej Węgrzy dostarczyli nam olbrzymi transport amunicji. Oni mieli już za sobą pierwsze doświadczenia z komunizmem. Na ich terenie przez jakiś czas działała Węgierska Republika Rad. Do polskich żołnierzy przyłączały się też formacje wschodnie, Kozacy, Rosjanie, Ukraińcy. Po naszej stronie biła się amerykańska eskadra lotnicza. Słowem, nawet jeśli nie było tej pomocy dużo, to i osamotnieni nie pozostaliśmy. Ten konflikt miał wymiar międzynarodowy, choć niewątpliwie właśnie Polska poniosła największy ciężar.

3 polskie organizacje na czarnej liście Facebooka

Wideo

Materiał oryginalny: Bitwa warszawska 1920 roku ocaliła niepodległość Polski - Plus Nowa Trybuna Opolska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie