Centrum Leczenia Dzieci i Młodzieży W Zaborze. Szpital na krawędzi

Michał Olszański
Michał Olszański
Anna Malecka, zastępca dyrektora ds. medycznych szpitala w Zaborze
Anna Malecka, zastępca dyrektora ds. medycznych szpitala w Zaborze Mariusz Kapała
Udostępnij:
Placówka w Zaborze jest największym w Polsce szpitalem psychiatrycznym dla dzieci i młodzieży. Od lat zbierają się nad nim czarne chmury, ale teraz sytuacja jest dramatyczna. Rozmawiamy o tym z Anną Malecką, zastępcą dyrektora ds. medycznych.

- Czy to prawda, że Wasz szpital jest w dramatycznej sytuacji?
- Tak.

- Dlaczego?
- Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi…

- Więc może po kolei…
- Przede wszystkim psychiatria dziecięca jest skrajnie niedofinansowana w skali całego kraju. Nie ma u nas pieniędzy. Dodatkowo w naszym regionie cierpimy na potworny brak specjalistów. W całym województwie lubuskim jest CZTERECH psychiatrów dziecięcych. Jeśli dodamy do tego osoby w wieku emerytalnym i dojeżdżające, to wciąż można ich będzie policzyć na palcach obu rąk. W Polsce jest ok. 450 specjalistów. Już na tym tle widać, jak bardzo lubuskie jest w tyle. Dramatycznie brakuje nam fachowców.
Tymczasem mamy tu największy dziecięcy szpital psychiatryczny w Polsce. Jesteśmy jedyną taka placówką w skali kraju. Jesteśmy najwięksi i jednocześnie jednospecjalistyczni, co stwarza dodatkowe problemy – ale o tym może potem. No i umieszczono nas gdzieś na końcu świata. Z dala od ludzi, placówek medycznych, w izolacji.

- Ilu macie pacjentów?
- W tej chwili ok. 70. Są to głównie dzieci i młodzież z zaburzeniami zachowania. Agresywni, autoagresywni, z depresją, po próbach samobójczych. Mamy też osoby chore na schizofrenię, chorobę afektywną dwubiegunową. Są dziewczyny z anoreksją. Naprawdę często to ciężkie przypadki, osoby wymagającej szczególnej uwagi. Nawet dla dorosłych ich historie są często nie do wyobrażenia. A to są młodzi ludzie.

- Dużo jest wokół nas dzieci z problemami psychicznymi?
- Bardzo dużo. Sytuacja pandemiczna jeszcze ten trend nasiliła. Na przykład w lutym, codziennie miałam po 10 telefonów z całej Polski w sprawie przyjęcia pacjenta. Teraz zresztą jest podobnie. Mam cały plik skierowań. Jeśli kogoś przywiezie karetka, np. po próbie samobójczej, to wiadomo że go przyjmę. Inni muszą czekać. Dwa, trzy miesiące. Okres oczekiwania się wydłuża, a te dzieciaki potrzebują terapii natychmiast. Niestety zdarza się że ktoś, kto czeka na przyjęcie do nas z powodu depresji, „omija kolejkę”, bo zanim przychodzi jego termin, trafia do nas w karetce, właśnie po próbie samobójczej.

- Rozumiem, że więcej osób przyjąć nie możecie.
- Nie miałby ich kto ich leczyć, nie miałby ktoś się nimi zaopiekować, zapewnić bezpieczeństwo. Co z tego, że mamy świetnych pedagogów, psychologów, wspaniałe terapie, jak jest nas za mało. W sumie 7 lekarzy (w tym 3 specjalistów, z czego 2 w wieku emerytalnym) na cały szpital. Każdy z nas ma po kilkanaścioro dzieci w leczeniu. A przecież specyfika naszej pracy polega na obserwowaniu i rozmawianiu. Czyli na poświęcaniu czasu, którego w tej sytuacji nie mamy. Jesteśmy na granicy możliwości terapeutycznych. Codziennie modlę się, żeby żadnej z naszych pań emerytek, zresztą cudownych specjalistów, nic się nie stało. Inaczej po prostu leżymy. Nie ma nas. Dlatego mówię, że jesteśmy na krawędzi. Niedługo przyjedzie do nas nowa rezydentka, ale dwójka innych nas opuści.

- Brakuje specjalistów, bo systemowo nie macie dla ich etatów, czy brakuje chętnych?
- Ciągle wysyłam ogłoszenia że szukamy ludzi. W tej chwili na każde 30 dzieci mamy na dyżurze jedną pielęgniarkę i dwóch opiekunów. Gdy nagle zajdzie potrzeba zastosowania przymusu bezpośredniego, to wszyscy oni zajmują się jedną osobą. A co z pozostałymi pacjentami?
Dla lekarza specjalisty psychiatry mój szef przygotował naprawdę ciekawą – na miarę naszych możliwości - ofertę. Jednak nie jest ona na tyle atrakcyjna, by ściągnąć lekarzy z Polski. Po prostu jesteśmy daleko. Sama dojeżdżam do pracy 60 km w jedną stronę.

- Czyli problemem jest lokalizacja? - Mało kto rzuci wszystko i wyjedzie do pracy gdzieś do lasu. No i tu dochodzimy do jeszcze jednej sprawy. Sam pałac jest pięknym obiektem, ładnie wyremontowanym. Wokół park, mnóstwo zieleni. To są dobre warunki do zdrowienia. Ale jednocześnie ten budynek nie odpowiada naszym potrzebom. Co więcej, stwarza zagrożenie dla naszych pacjentów. Jest tu mnóstwo zakamarków, schodów. Jak już mówiłam, nasi podopieczni to często osoby agresywne lub autoagresywne. Niektórzy muszą naprawdę być pilnowani, pozostawać pod kontrolą. Przy niewielkiej ilości personelu o nieszczęście w takich warunkach jest nietrudno.

- Pewnie pałac nie jest też tani w utrzymaniu.
- Przecież to jest oczywiste. Mamy ogromne, wysokie sale. One są ładne, ale już ich ogrzanie generuje wielkie koszty. A my toniemy w długach. W pandemii, gdy nie mogliśmy przyjmować pacjentów, zadłużyliśmy się w NFZ. Do tego każdy remont, zmiana, nawet wymiana szyby, musi być konsultowana z konserwatorem. I nie każdy zamiennik będzie przez niego zaakceptowany. Oszczędne rozwiązania zwykle są nie do przyjęcia. I tak dalej, i tak dalej…

- Czyli to co jest waszą zaletą – zieleń, odosobnienie, klimat, jednocześnie jest największą wadą?
- Odosobnienie, oderwanie od środowiska, rzadko jest zaletą w przypadku naszych pacjentów. Część z nich mogłaby przechodzić terapię w ośrodkach dziennego pobytu. Nie ma ich na razie, ale w myśl planowanej reformy mają powstać.
Inna sprawa to to, że jesteśmy jedyną w kraju placówką jednospecjalistyczną. Czyli mamy oddział psychiatrii dziecięcej. I tyle. Jak mówiłam na wstępie, psychiatria dziecięca jest biedna. Nie mamy pieniędzy. W szpitalach wielospecjalistycznych łatwiej sobie poradzić, gdy część z oddziałów generuje co prawda jakieś straty, ale inne są za to zyskowne.
Są jeszcze inne, dużo poważniejsze z punktu widzenia pacjenta, argumenty za dużymi ośrodkami z wieloma specjalizacjami. Mamy u siebie dzieci, które obok problemów psychicznych, mają też inne choroby. Na przykład cukrzycę. W dużym szpitalu, z wieloma oddziałami, taka osoba byłaby pod stałą kontrolą specjalisty. U nas nie ma na to szans.

- Czyli z jednej strony nie macie pieniędzy. Z drugiej nie macie fachowców. Z trzeciej, jesteście po prostu zlokalizowani w złym miejscu. Zarówno jeśli chodzi o umieszczenie geograficzne, jak i konkretny obiekt.
- Tak.

- Co można w tej sytuacji zrobić?
- Moim marzeniem jest przeniesienie nas do nowoczesnego budynku. Może połączenie z Centrum Zdrowia Dziecka, w którym powinno znaleźć się kilka łóżek psychiatrycznych. Ewentualnie połączenie z jakąś większą placówką, np. Szpitalem Uniwersyteckim. Chcę rozmawiać z panią Marszałek o wykonaniu takiego ruchu. Będziemy wówczas bardziej bezpieczni finansowo, nasi pacjenci będą mieli lepszą opiekę ogólnomedyczną…

- Ale wciąż nie pozbędziecie się największego problemu, czyli braku specjalistów.
- Myślę, że i tu Zielona Góra jest dużo atrakcyjniejszą lokalizacją z punktu widzenia lekarza specjalisty, niż Zabór.

Wideo: Książka "Zamek Rządzi" Marcina Łokciewicza, arteterapeuty z CLDiM w Zaborze robi furorę w całej Polsce

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

S
Stasia Zołza
Młoda pani doktor musi się jeszcze sporo napracować. Ale pomysł połączenia ze szpitalem uniwersyteckim jest naprawdę dobry. Powstał nowoczesny szpital matki i dziecka /nieczynny z powodu covid/ a Zabór byłby pododdziałem tego szpitala. A resztę może dodadzą urzędnicy marszałkowscy.
Dodaj ogłoszenie