Cudowny obraz św. Rozalii. Do Niej przychodziło się modlić,...

    Cudowny obraz św. Rozalii. Do Niej przychodziło się modlić, prosić o wszystko, a czasem tylko zwierzyć się

    Dariusz Chajewski 68 324 88 79 dchajewski@gazetalubuska.pl

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Franciszka i Stanisław Barszczukowie pamiętają świętą Rozalię jeszcze z Kretowców. Sołtys Stanisław Smoluk to już inne pokolenie.

    Franciszka i Stanisław Barszczukowie pamiętają świętą Rozalię jeszcze z Kretowców. Sołtys Stanisław Smoluk to już inne pokolenie. ©fot. Dariusz Chajewski

    Dziś, gdy opowiada, że ze świętą Rozalią jechała w jednym transporcie, młodzi się śmieją. Myślą, że bajdurzy. A przecież Rozalia była przy jej chrzcinach, komunii, weselu... Pewnie to ona ją także pożegna.
    Franciszka i Stanisław Barszczukowie pamiętają świętą Rozalię jeszcze z Kretowców. Sołtys Stanisław Smoluk to już inne pokolenie.

    Franciszka i Stanisław Barszczukowie pamiętają świętą Rozalię jeszcze z Kretowców. Sołtys Stanisław Smoluk to już inne pokolenie. ©fot. Dariusz Chajewski

    Tego kościoła w Kretowcach już nie ma

    Tego kościoła w Kretowcach już nie ma

    - A przed snem często ze trzy razy moje Kretowce oblecę - opowiada Franciszka Barszczuk. I otwiera drzwi do niewielkiego kościółka, który niegdyś był opuszczonym przedwojennym domem. Gdy wchodzimy, natychmiast ją widzimy. Św. Rozalia. Kobieta patrzy na nią nie jak na świętą, z uwielbieniem. Raczej jak na najbliższego człowieka, przyjaciółkę, opiekunkę...
    - Była przy moich chrzcinach, komunii, weselu...
    - kiwa głową pani Franciszka. - I pewnie przy śmierci będzie. I jaka jest piękna, aż blask od niej bije. Przy każdej okazji przybiegnę tutaj, a daleko nie mam, i ze dwa razy szepnę "święta Rozalio, opiekuj się nami". A ona widać to słyszy.

    Święta w polskim getcie

    Kretowce, województwo tarnopolskie, powiat zbaraski. Środkiem płynęła rzeczka Nitycz, równolegle do niej biegły dwie ulice, przy których poutykane stały domy. To była dziwna wieś jak na tamte tereny, mieszkali tu sami Polacy i nawet Ukraińcy i Rosjanie nazywali ją polskim gettem. W czasie krwawych dni, pogromów Lachów, mordów na Wołyniu, polskim oddziałom samoobrony udało się kilkakrotnie odeprzeć ataki UPA.
    Dzwonnica, kościół... I w głównym ołtarzu Ona. Św. Rozalia. Czyż było ważne, że zdaniem fachowców obraz jest raptem XIX-wieczną kopią włoskiego płótna? Tak naprawdę do Niej przychodziło się modlić, prosić o wszystko, a czasem tylko zwierzyć się. Była skuteczną orędowniczką. Gdy okolicę pustoszyła zaraza, obraz wyniesiono przed świątynię. Ludzie mu się pokłonili i choróbsko odpuściło...

    Pod koniec 1945 roku, dom po domu, Kretowce zaczęły pustoszeć. Mieszkańcy całej okolicy ruszyli do pobliskiego Zbaraża, gdzie czekali na transporty. Już zresztą pociągami zwożono nowych gospodarzy - Ukraińców z okolic Przemyśla. Na wagony do załadunku trzeba było czekać w prowizorycznych warunkach. Niektóre rodziny czekały tak nawet trzy miesiące. Na walizkach.
    - My wyjechaliśmy ze Zbaraża w ostatniej turze, to było 8 grudnia - wspomina pani Franciszka. - Z nami jechał kretowiecki proboszcz ksiądz Kazimierz Klle. I jechała Ona.
    W pośpiechu pakowano wyposażenie kościoła. Wcześniej odbyła się pożegnalna msza. Tej chwili nie zapomni żaden z jej uczestników, to było rozstanie rozdzierające serce. Po nim ludzie załadowali ostatnie toboły. Pakowała się i Ona. Trafiła do zbitej z desek skrzyni, opatrzonej szmatami. Jak mówią w Boruszynie, do skrzyni włożyli ją Stasiu i Maryśka. Trzy dzwony z kościoła zakopano. Nigdy ich już nie odnaleziono. Tylko w uszach ludzi z Kretowic czasem słychać, jak dzwonią.

    Wigilia wagonowa

    Nie dla wszystkich wystarczyło krytych wagonów towarowych, a zima była surowa, temperatury spadały do minus 15 stopni. Do jednego wagonu ładowano cztery, pięć rodzin. W czasie tej podróży trzy osoby zamarzły. One znaczyły szlak wędrówki. Jedną pochowano w Tarnopolu, drugą w Krakowie, a trzecie ciało dowieziono do Lipinek. Wigilię spędzili w pociągu, ale już w Żarach. Jaka była? Pełna niepewności. Pierwszy i drugi dzień świąt to Lipinki Łużyckie i nadzieja. Boruszyn był wiosną. A wiosna była piękna i wczesna tego roku...
    - Gdy mój ojciec tutaj przyjechał, nie chciał wcale wysiadać z wagonu, przecież mieliśmy wrócić do siebie, do Kretowic - opowiada Stanisław Smoluk, sołtys Boruszyna.
    - Święta Rozalia nad nami czuwała - dodaje pani Franciszka. - Przywiodła nas tutaj. Bo teraz w Boruszynie jest nasza ojczyzna. Bo tutaj jest Ona i nasi bliscy. Na cmentarzu. Gdy pójdziemy na nasz boruszyński, zobaczymy na grobie mojej stryjenki napis, że była to pierwsza osoba pochowana już tutaj, w naszej nowej wsi.

    Zamieszkali w niemieckim Eckartswalde, przez kilka kolejnych lat obowiązywała nazwa Bronowice, później Boruszyn. Święta Rozalia najpierw znalazła się w Lipinkach, gdzie dostała swój ołtarz, ale kościół dzieliła z przywiezionym również z Kresów, patronem Zbaraża św. Antonim. W zależności od tego, czyj odpust się zbliżał, ten z patronów okupował ołtarz główny. Ale z czasem Antoni zdobywał sobie coraz większe uznanie. W latach 90. zapadła decyzja, że kościół w Lipinkach będzie miał jednego patrona - św. Antoniego. A św. Rozalia miała ruszyć za swoimi - do Boruszyna, gdzie zorganizowano dla niej kaplicę z przerobionej remizy.

    Nie mogliśmy jej opuścić

    - Wyrosłam z nią - mówi pani Franciszka. - Tam, na wschodzie, dla mnie, dla nas wszystkich, nie było ważniejszego świętego, świętej. I tak jak ona nas my nie mogliśmy jej wówczas opuścić. Zostawić.
    Później zadecydowano, że Boruszyn wreszcie zasłużył na kościół. Przerobiono go ze starego, przedwojennego budynku. Jak opowiadają ludzie ówczesny proboszcz, ksiądz Ryszard, upierał się przy wezwaniu Aniołów, a Rozalia miała zostać w remizie. Wówczas w mieszkańcach Boruszyna obudziły się Kretowce, zbuntowali się. Zapytano nawet, kto odważy się przenieść obraz z remizy do kościoła.
    - Nie zastanawialiśmy się, wzięliśmy się za to ja z sąsiadem... - dodaje Stanisław Barszczuk, mąż pani Franciszki. I do dziś nikt nie żałuje tej decyzji. Tak jak nikt nie żałuje, że każdej niedzieli patrzą na dziewczęce oblicze młodziutkiej świętej w mnisiej szacie z bukietem w dłoni. Świętej, której cały życiorys mieści się w godnej serialu legendzie o ślicznej arystokratce, która ślubując Chrystusowi odrzuca kolejnych zalotników, by po ucieczce wieść życie pustelnicy...

    Żywot św. Rozalii z Boryszyna nie jest legendarny. Tam, w Kretowcach, dzięki św. Rozalii wszyscy czuli się bezpieczni. Przetrwali kolejne pomory, wojny i eksplozje nienawiści. I teraz mieli nadzieję, że to spłynie na nich także tutaj, w Boruszynie. Podczas transportu włamano się do wagonu, ogołocono ze wszystkiego co cenne, ale obraz został. I oni zostali.
    - Dziś telewizory zabijają pamięć - dodają Barszczukowie. - Przed laty ludzie się schodzili i opowiadali sobie historie. A dziś... Ilu młodych z Boryszyna zna historię św. Rozalii? A szkoda, że to wszystko umiera. Och, święta Rozalio!

    Czytaj treści premium w Gazecie Lubuskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (3)

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    GazetaLubuska.pl poleca:

    Pracuj u nas - Seco Warwick zaprasza!

    Pracuj u nas - Seco Warwick zaprasza!

    Rezolutne przedszkolaki o świętach Bożego Narodzenia

    Rezolutne przedszkolaki o świętach Bożego Narodzenia