MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Fikcja za pieniądze

ANDRZEJ WŁODARCZAK
Najbliżsi Jerzego P. nie przyszli na jego pogrzeb, bo nikt ich o nim nie powiadomił. Przez prawie miesiąc policja szukała w Warszawie jego wietnamskiej żony. Wszyscy wiedzieli, że było to fikcyjne małżeństwo i że prawdziwą rodzinę ma w Gorzowie.

Cmentarz w Strzelcach Krajeńskich. Daleko za kaplicą świeży grób z wieńcami i kwiatami. Na tablicy przybitej do drewnianego krzyża najważniejsze daty z życia świętej pamięci Jerzego P. Urodził się w 1956 r., zmarł 10 grudnia 2003 r. Jego pogrzeb odbył się dopiero 7 stycznia tego roku. Nie było nikogo z rodziny zmarłego, tylko dwóch pracowników zakładu pogrzebowego i ksiądz przywieziony z Gorzowa.

Fikcja za pieniądze

Jerzy P. od kilkunastu lat był narkomanem. Z tego powodu rozpadło się jego pierwsze małżeństwo. Z Martą (imię zmienione) miał dwie córki. Sześć lat temu ożenił się drugi raz, z przebywającą od kilku lat w Warszawie obywatelką Wietnamu. Szybko uznał za swoje jej małe dziecko. Sąsiadom z budynku na Zawarciu opowiadał, że za fikcyjny ślub dostał 3 tys. zł. Wietnamkę zameldował w swoim mieszkaniu.
- Wietnamka w Gorzowie nigdy nie mieszkała - mówią zgodnie sąsiedzi Jerzego P. i mieszkający w pobliżu jego brat. - Ten ślub to była fikcja, wszyscy o tym wiedzieli, dzielnicowy też. Dzięki opłaconemu ślubowi z Jurkiem, Wietnamka mogła legalnie przebywać w naszym kraju. Dostała też alimenty na dziecko, choć jego naturalnym ojcem jest Wietnamczyk.
Na uznaniu za swoje wietnamskiego dziecka straciła pierwsza żona Jerzego. Na swoje naturalne córki płacił mniejsze alimenty, bo - jak tłumaczył - musiał łożyć również na nowe wietnamskie dziecko. Urodzone zresztą znacznie wcześniej niż poznał Azjatkę.

Sam sobie pomógł

10 grudnia zeszłego roku w mieszkaniu w Strzelcach Krajeńskich policja znalazła jego zwłoki. Sekcja wykazała, że zmarł z przedawkowania środków odurzających i jednoczesnego zawału serca. - Postępowanie w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci Jerzego P. zostało umorzone, gdyż nie stwierdzono, by ktoś trzeci przyczynił się do tego zgonu - informuje Ewa Augustyn, prokurator w Prokuraturze Rejonowej w Strzelcach Krajeńskich.
Przy zmarłym znaleziono legitymację rencisty, ale prokuratura długo nie wydawała zgody na pochowanie zwłok. Czekała aż ktoś z rodziny potwierdzi tożsamość zmarłego. Dopiero niemal po miesiącu do Strzelec przyjechała wietnamska żona Jerzego P. W pogrzebie nie uczestniczyła.

Ksiądz trochę inny

- Zrobiłem, co mogłem - wspomina Kazimierz Gołębiowski, właściciel zakładu pogrzebowego w Strzelcach. - Dałem trumnę i odzież, zamówiłem mszę, sprowadziłem księdza z Gorzowa, uczestniczyłem w pochówku, bo nikt z rodziny zmarłego się nie zjawił. Mam nadzieję, że gorzowski ZUS zapłaci mi za to wszystko z zasiłku pogrzebowego.
Uroczystość pogrzebową celebrował ksiądz Józef Bryza, proboszcz Parafii Kościoła Polsko - katolickiego w Gorzowie. - Prawda, zmarły nie należał do mojego Kościoła - przyznaje ksiądz J. Bryza. - Nawet nie wiem, czy był katolikiem. Skoro jednak poproszono mnie o udzielenie kościelnego pogrzebu, to się zgodziłem. Jestem katolikiem i nikomu nie mogę odmówić katolickiego pogrzebu.

Zabrał połowę renty

Pierwsza gorzowska żona o śmierci byłego męża dowiedziała się przypadkowo, dopiero po miesiącu. Jeszcze później ustaliła, gdzie został on pochowany. - Mam wielkie pretensje do policji - mówi Marta. - Przez miesiąc szukała w Warszawie wietnamskiej żony, a nie raczyła powiadomić matki i brata Jurka ani mnie. Policja dobrze wie, że wszyscy mieszkamy w Gorzowie, zna nasze adresy, wystarczyło zapytać dzielnicowego.
- To był błąd policji - przyznaje Grzegorz Pogodziński z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie. - Nie ma procedur, kogo z rodziny i w jakiej kolejności należy powiadamiać o śmierci krewnego. Policja obowiązana jest poinformować osoby bliskie zmarłego.
Brat Michał (imię na jego prośbę zmienione) wspomina, że na początku stycznia zgłosił policji zaginięcie Jurka. Policja nie zareagowała, choć powinna wiedzieć, że gorzowianin od prawie miesiąca nie żyje. - Jurek rozrabiał za życia, po śmierci też mi namieszał - przyznaje pierwsza żona. - Moja córka dostanie po nim tylko połowę renty, bo druga połowa przypadnie wietnamskiemu dziecku, które uznał za swoje. Zgłaszałam parę lat temu w gorzowskiej prokuraturze ten fikcyjny ślub Jurka z Wietnamką. Teraz na dodatek moim kosztem będzie wyłudzana renta na wietnamskie dziecko. Może jeszcze raz pójdę do prokuratury.

Prawie nas spalił

Kazimierz Kruk z ul. Fabrycznej dopiero od dziennikarza dowiedział się o śmierci sąsiada. Jerzego P. ostatni raz widział w listopadzie zeszłego roku w sądzie. Zakutego w kajdanki przywiozła tam policja. Sąd skazał go na rok w zawieszeniu za nieumyślne spowodowanie pożaru budynku we wrześniu 2002 roku. Od zapalonej świeczki w mieszkaniu narkomana zajął się cały budynek. Trzeba było wymieniać cały dach, lokatorzy przez rok tułali się po hotelach opłacanych przez miasto.
- Mieliśmy wszyscy do niego pretensje o spowodowanie tego pożaru - przyznaje K. Kruk. - Ja przez rok musiałem z rodziną mieszkać w hotelu Metalowiec. ADM wyremontował nam mieszkania, pana Jurka stąd wymeldował. Cóż, marnie żył i młodo skończył.
Mieszkający w pobliżu brat Michał myśli o sprowadzeniu zwłok Jurka ze Strzelec do Gorzowa, do rodzinnego grobowca: - W końcu to był człowiek, mój brat, jakby nie było...

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na gazetalubuska.pl Gazeta Lubuska