"Gazeta" zawsze w rodzinie

Eugeniusz Kurzawa 68 324 88 54 [email protected]
Jolanta Taberska, żona Marka, wespół z którym idzie przez życie. Razem prowadzą Karczmę Taberską i mają wiele pomysłów na życie. Ponadto mają syna Łukasza  i córkę Sylwię oraz  i wnuka Kacperka i mnóstwo przyjaciół.
Jolanta Taberska, żona Marka, wespół z którym idzie przez życie. Razem prowadzą Karczmę Taberską i mają wiele pomysłów na życie. Ponadto mają syna Łukasza i córkę Sylwię oraz i wnuka Kacperka i mnóstwo przyjaciół. Mariusz Kapała
- "Gazeta Lubuska" zawsze za mną szła, jak chleb, który piekł mój tata - mówi Jolanta Taberska z Karczmy Taberskiej w Janowcu.

- Od kiedy czyta pani "Gazetę Lubuską"?
- Tak co do dnia nie powiem, ale może inaczej... W naszym domu w Nowym Kramsku prasa była "od zawsze". Mówię o latach, gdy "Lubuskiej" jeszcze nie było na świecie, ale to "bycie prasy od zawsze" jest tu ogromnie ważne, gdyż tworzyło rodzinny nawyk czytania. Mój dziadek, Franciszek Reimann, czytał prasę przed wojną, a zaraz po wojnie kupował "Katolika". Potem pojawił się u nas ludowy "Zielony Sztandar", no i wreszcie, gdy się zaczęła ukazywać "Gazeta Zielonogórska", potem "Lubuska" też znalazła się w rodzinie.

- Widzę, że przygotowała pani całą teczkę rozmaitych wycinków. Dlaczego?
- To jest dowód w sprawie, o której mówimy. Że w naszej rodzinie zawsze czytało się prasę. Ba, można powiedzieć, kultywowało się czytanie. No bo, po co dziadek, a potem ojciec, prowadzili specjalną teczkę wycinków prasowych?!

- Co w nich możemy przeczytać?
- Przeglądając te wycinki widzę, czym interesowali się moi przodkowie. To proste - zawsze na pierwszym miejscu był region, najbliższa okolica. To, co nas dotyczy. Proszę bardzo, tu cała strona zatytułowana "Obertasy na grzebieniu" z sześcioma zdjęciami Bronisława Bugla. O, na tej fotce Wojciech Piwecki, nasz krajan, widzę też coś o Nowym Kramsku. Popatrzymy dalej, to są wycinki zbierane przez tatę, czyli Alfonsa Reimanna. "Ostatnia droga Jana Cichego", "Zmarł Jan Cichy - król Polaków", czyli tata wyciął tematy dotykające bezpośrednio naszej wsi i ludzi stąd. A tu coś ciekawego, fotka z odwiedzin na Babimojszczyźnie przedwojennej nauczycielki i pisarki Marii Zientary-Malewskiej, a na pierwszym planie mój dziadek...

- Słowem na pierwszym miejscu zawsze lokalny patriotyzm i, jak dziś mówimy, mała ojczyzna, prawda?
- Oczywiście, ale nie tylko to. Proszę tu rzucić okiem: "Przed meczem Polska - ZSRR". Który to był rok? Nie wiem. Ale dla taty bardzo mocno liczył się sport, sport, sport i... Stronnictwo Ludowe. Nie dziw, był prezesem klubu sportowego Polonia Nowe Kramsko.

- Pani też podjęła się z czasem wycinania z "Gazety" co ciekawszych tekstów?
- Tak, przejęłam wycinanie. Prowadzę też teczkę, choć korzystam również ze stron internetowych. Nie powiem, że bardzo namiętnie surfuję po internecie, ale jak znajdę w papierowej "Lubuskiej" odsyłacz: więcej na www.gazetalubuska.pl, to czasem zajrzę, czemu nie... "Gazetę" śledzę na bieżąco, codziennie muszę do niej zajrzeć. Mam to chyba po ojcu. Pamiętam, że tata nie zaczynał inaczej dnia niż od śniadania z "Gazetą". To znaczy zaczynał dzień pracy niemal w nocy, bo był piekarzem, ale jak załatwił w piekarni co trzeba, to gdzieś tak na godzinę 9.00 przychodził do domu i prasa musiała czekać. A jak nie, to leciałam do kiosku. Kiosk był niedaleko domu, stoi zresztą tam do dziś.

- I "Gazeta" zawsze była w kiosku?
- Oczywiście, najnowsze wiadomości musiały być rano. Nie to, co teraz, że niekiedy prenumerata dostarcza mi egzemplarz po południu. Wkurzam się, ale biorę, bo jak mówię, dzień bez "Lubuskiej" jest stracony.
- Kiosk "Ruchu" w tamtych czasach to była porządna instytucja. Nie do podrobienia.
- Jak najbardziej! U nas - niemal centrum kulturalne wsi. Pamiętam panią Gertrudę Stachecką, chyba pierwszą sprzedawczynię w kiosku, potem Anię Jungowską, po mężu Tomczak. Do ich okienka przychodził ksiądz, weterynarz, nauczyciel, solidny gospodarz, cała wiejska elita. Bo wypadało czytać. Ale kiosk był też ważnym miejscem z powodu "siejdy krumskiej", mówiąc gwarowo.

- Jak to przełożyć na polski?
- No może ogródkami powiem, że było to takie nasze Radio Wolna Europa. W każdym razie kobitki z kiosku zawsze wiedziały co się dzieje we wsi.

- A co pani najbardziej utkwiło w pamięci z naszych łamów w ciągu tych lat czytania "Gazety"?
- Oj, zdarzyło się coś takiego, choć byłam wtedy jeszcze dzieckiem. "Gazeta" miała fajną i poczytną rubryczkę - szkoda, że już nie istnieje - "Kredą po płocie". Pisano tam różne, często złośliwe, opinie, w tym nadsyłane przez czytelników. I któryś z nich napisał, że w chlebie Reimanna był sznurek. To się ukazało. Zaraz po tym ktoś wykleił nam drzwi piekarni tymi wycinkami "Kredą po płocie". Przeżyliśmy horror. A wieś miała ubaw.

- Mimo to rodzina nadal czytała "Lubuską"?
- Trudno mi dziś dochodzić, o co wtedy szło. Wiadomo, że walczono wówczas z prywatną inicjatywą, a ojciec piekł dobre chleby. Może komuś to się nie podobało? Myśmy po tym fakcie nadal czytali "Gazetę", a ja dziś wykupuję od razu całą prenumeratę roczną. "Gazeta" zawsze szła ze mną, jak chleb, który piekł tata.

- Zatem wciąż obowiązują te wycinki...
- Wciąż obowiązują wycinki, bo jednak nie dowierzam internetowi. "Gazeta" przetrwa, internet może się zawalić...

Dziękuję.

Baza firm z Twojego regionu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie