sportowy24
    Gdy wsiadam na motor, zamieniam się w czorta

    Gdy wsiadam na motor, zamieniam się w czorta

    Notował Szymon Kozica

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Józef Jarmuła ,rocznik 1941. Urodził się w Esztergom na Węgrzech. Bronił barw Śląska Świętochłowice (1966-72, 1984-85) i Włókniarza Częstochowa (1974-81).

    Józef Jarmuła ,rocznik 1941. Urodził się w Esztergom na Węgrzech. Bronił barw Śląska Świętochłowice (1966-72, 1984-85) i Włókniarza Częstochowa (1974-81). Kibice go uwielbiali, działacze i sędziowie - przeciwnie. W Częstochowie wywalczył złoto (1974), srebro (1969-70, 1975-76) i brąz (1972, 1978-79) DMP. ©fot. Mariusz Sochacki

    Rozmowa z Józefem Jarmułą, najbardziej popularnym polskim żużlowcem w latach 70. i 80.
    Józef Jarmuła ,rocznik 1941. Urodził się w Esztergom na Węgrzech. Bronił barw Śląska Świętochłowice (1966-72, 1984-85) i Włókniarza Częstochowa (1974-81).

    Józef Jarmuła ,rocznik 1941. Urodził się w Esztergom na Węgrzech. Bronił barw Śląska Świętochłowice (1966-72, 1984-85) i Włókniarza Częstochowa (1974-81). Kibice go uwielbiali, działacze i sędziowie - przeciwnie. W Częstochowie wywalczył złoto (1974), srebro (1969-70, 1975-76) i brąz (1972, 1978-79) DMP. ©fot. Mariusz Sochacki

    - Śmiało można powiedzieć, że na turnieju z okazji 15-lecia startów Adama Skórnickiego to pan cieszył się największą popularnością.
    - Tak, ale tego się najbardziej bałem, bo dla jubilata jest to przykre. Chciałem tego unikać. No ale co ja mogę zrobić, jeżeli publika do mnie kiwa? Co ja im pokażę? Pocałujcie mnie gdzieś? Jestem smuciara? No muszę im odpowiedzieć. I takim oto sposobem może przebijam... Nie, przykro mi o tym mówić.

    - Ale przecież tak było zawsze!
    - Na każdym meczu. A ten w Zielonej Górze pamiętam jak dziś, bo ja zawsze późno przyjeżdżałem na zawody, prezes się denerwował, i ostatni wyjeżdżałem. Już nikogo nie było, to spokojnie szedłem do łaźni, kąpałem się. I tak czekałem, żeby wszyscy poszli, żebym miał czas, żeby mi nikt nie przeszkadzał. Nikt, nikt, nikt.

    - I co w tej Zielonej Górze?



    - Dobrze tam pojechałem, najlepiej z Częstochowy. I, kurde, kąpię się, ostatni już... A pod łaźnią tyyyle ludzi! Se myślę: O kurde, chyba mi wpier... A tu się okazało, że nie! Wyszedłem i słyszę: "Panie Józku! Panie Józku!" Ja mówię: Jezu, już się bałem, że mi chcecie wpieprzyć. A oni: "Panie Józku! Panie Józku!" I tu dowód, że nie dawali mi i nie dają dalej spokoju. Już się pytam Boga, dlaczego tak jest, czy ja na to zasługuję... A kurde, denerwuję już się. Robią ze mnie showmana.

    - Ale przecież pan nadal śmiga po torze jak młodzieniaszek.
    - Ja już wewnątrz przygasłem, moje oczy są spokojniejsze i już nie mam tej energii. Ale jak wsiadam na tego wariata (pan Józef poklepuje swą jawę 898 - dop. S.K.), to zamieniam się... Sam się zastanawiałem nad tym, że w nim jest jakiś duch, są jakieś... Jak to nazwać? Coś z tego promieniuje.

    - Moce piekielne!



    - Są takie, że ja po prostu - znowu powiem wulgarnie - zapier... Mnie to cieszy. Odkręcę, siłuję się z nim, klnę czasami, ujarzmiam go. I ktoś tam kiedyś pisał: "Urodziłem się dla żużla" czy "Za wcześnie się urodziłem" - taki film leciał. Wtedy nie zastanawiałem się nad tym, ale teraz, z perspektywy lat oceniam, czy te tytuły nie są trafione. Urodziłem się dla żużla, bo ja cały czas widzę, że w tym wieku nie ma takiego - znowu muszę użyć słowa wulgarnego - popieprzonego człowieka. 67 lat w tym roku kończę!

    - Nie spotkałem pana rówieśnika, który wciąż miałby taką werwę.
    - Mówię do kolegów o 15 lat młodszych: Słuchajcie, zróbmy show jakiś, poubierajmy się w stare kombinezony, czwórka nas się znajdzie albo piątka. Nie odkręcą już gazu... Pytają: "Józek, jak ty możesz wejść tak do łuku, na pełnej?" A ja mówię: A weź! Wciągnij go pod kolano, tu! Klnij, żeby adrenalina z ciebie wylazła! A on: "Nie mogę, nie mogę..." To mówi człowiek o 15 lat młodszy. No jak to wytłumaczyć? Kurde!

    - Jak to się stało, że pojawił się pan na turnieju w Poznaniu?



    - Boże, kiedy tutaj jechałem, myślałem, jak temu chłopakowi podziękować. Adasiowi... Bo gdyby nie on, mnie by tu nie było. W ogóle już bym niedługo w zapomnieniu umierał pomalutku. Nikt by nie wiedział, że jeszcze Jarmuła jeździ... Chyba że Częstochowa. Tam nowy prezes przyszedł teraz, Mirek Ziębaczewski. Razem z Mirosławem Krawczykiem motor mi zafundowali, zrobili, dbają o mnie i dlatego ja istnieję.

    - Sam Skórnicki mówił, że dziś brakuje takich showmanów, jakim kiedyś był pan, a teraz chyba też on.
    - Jest to fajny chłopczyk! Kiedy jechałem samochodem, mówiłem to do siebie, układałem jemu szczere podziękowania. I tak sobie myślę: Dziękuję ci bardzo, ale w pierwszym rzędzie Bogu, że pozwolił mi jeszcze doczekać tego, że mogę jechać i że ciebie spotkałem w Częstochowie... Bo to przypadek, w tamtym roku, na turnieju w grudniu. Podchodzi do mnie nieznany człowiek w cywilu i mówi, że tam tego, Skórnicki... Aha, to ten! I dlatego tu jestem. Ale nie ma ludzi, którzy zechcieliby wypuścić jakiegoś dżentelmena w tym wieku, co ja. Show trzeba umieć robić. A ja niedługo już pociągnę. Każdy rok to jest dla mnie dużo, człowiek trrraci enerrrgi. Tak, jak powiedziałem - w życiu już stałem się powolny, ale jak siadam na tego wariata, to zamieniam się w jakiegoś czorta!

    - I sylwetka wciąż ta sama. Pan leży, niemal frunie za motocyklem, z zostawioną z tyłu nogą. To pana styl jazdy, czy gdzieś podpatrzony?



    - Trafił pan w dychę - podpatrzyłem. To jest wstrętny styl jazdy Kaisera. W 60. latach jeździł Marian Kaiser w Rybniku. Zobaczyłem, nikt tak nie robił, to mi się spodobało. Nie miałem za bardzo trenerów, bo nie mogę powiedzieć, żeby Waloszek nauczył mnie jeździć czy ktoś. I ja podpatrywałem, podpatrywałem... A to było niedobre! To było początkowo przyczyną moich upadków. Bo trzecie podparcie musi być z przodu, a nie z tyłu. Jak był uślizg, to padałem. Dupa zawsze bolała. Ale później, z biegiem czasu, tak wybalansowałem siebie na motorze, że już ta noga mogła być z tyłu.

    - A skóry, w których wystąpił pan w Poznaniu, pamiętają ligowe czasy?
    - Ta nie, ale tamten kombinezon, który mnie dzisiaj tak zbluzgali... Bo widzi pan, jak dojeżdżałem tutaj, myślę sobie tak: Z Ermolenką chciałbym pojechać. Jankowski jeszcze doszedł. Dobra! I mówię: Adaś, to gdzie oni są, bo chcę się umówić z nimi. Zróbmy próbę przed meczem! A Adaś: "Oni nie chcą z tobą jechać..." Jak to nie chcą? Przecież to jest zabawa, my się nie będziemy ścigać. Zresztą ja jestem stary, nie mam takiego motoru, nie wjadę w nich. To o co się boją? W końcu żeśmy się umówili po dżentelmeńsku: ja idę na dużą staję, pójdę pierwszy, bo najgorzej jeżdżę, a wy jak chcecie. Amerykanin wszedł w środek, a Jankowski tu. No i ja chciałem im dorównać. Start poszedł mi dobrze, w łuku już byłem pierwszy, oni koło mnie. A tu nagle słyszę huk dwóch maszyn: rrru!, rrru! I po kombinezonie: łup!, łup!, ciap!, ciap!, ciap! po okularach. Ćma. No i wkur... się. Nie! Jak tak zabawa ma wyglądać, to ja wam dziękuję.

    - Wróćmy do stroju. Kask też pewnie z dawnych lat.



    - Da. Ale on jest za ciężki, skur... Ile razy strzeliłem w deski, to zrywał mi mięśnie szyi. Jest przemalowany, z początku był biały, potem się potłukł, miał rysy... W Gdańsku wywaliłem przecież dechy. Pod kątem prostym poszedłem, motor mnie poniósł, skręcił i w dechy. I żyję!

    - A jak pan teraz wyjeżdża na tor, to przypominają się migawki z czasów kariery?
    - Przypominają mi się, kiedy jestem w parkingu i kiedy idę na prezentację. Wtedy to wszystko odżywa. Ludzie tak, jakby tylko mnie widzieli, jakbym był tylko ja. A ja wciąż się pytam Boga, czy na to zasługuję, czy to jest prawda, czy oni nie przesadzają. Bo ja sobie też zdaję sprawę, że jak byłem na corridzie, to bykowi się nie udało raz, drugi, pociągnęły go konie, zakrwawionego. To nie... Ale potem w końcu jeden byk podrzucił diabła do góry, torreadora. Ooo! To było to! I tu kojarzę siebie. Ludzie potrzebują kogoś, kto by coś zrobił. Zawsze mówili: "O, dzisiaj Jarmuła jeździ? Idziemy, bo może coś być. Może odrąbać bandy kawałek." A ja tak, waliłem! Jestem cały okrutnie połamany. Kręgosłup - renta inwalidzka. Żebra w tamtym roku cztery złamałem, na tym wariacie. Cztery żebra na asfalcie! "Wujek, jeszcze raz start!" Opony się paliły, a wujek się dał podpuścić i podniósł mnie, pieprznął mnie i cztery żebra poleciały... I tak chodziłem, nie wiedziałem. Po miesiącu idę do lekarza, do prześwietlenia. Lekarz patrzy - sześć żeber złamanych, no te dwa mogą być stare, ale te cztery są świeże.

    - Gdy wraca pan do wspomnień, to uważa, że to były piękne czasy? Żałuje pan trochę, że nie jeździ na żużlu dziś?



    - Kurde, nie myślę o tym, bo chyba bym się rozpłakał. Dlaczego? Dlatego, że czasami płaczę, jak słyszę tę piosenkę tego starszego pana (pan Józef zaczyna nucić znany utwór Krzysztofa Krawczyka i Bohdana Smolenia - dop. S.K.). Jakieś słowa, nie znam...

    - Dziewczyny, które mam na myśli, powychodziły za mąż już.
    - Gdzie to wszystko minęło? Gdzie one są? Tu miałem taką ładną Alicję, w Poznaniu. Ciężko zdobywałem... Sobie myślę: Przyjdzie, nie przyjdzie. Ale ona już będzie miała chyba 50 lat, bo była o 17 lat młodsza wtedy, jak ja miałem 30 parę. Były to czasy... Miałem luksusowe auta, luksusowe dziwki i luksusowe życie.

    - A nie żałuje pan, że ta kariera mogła się toczyć jeszcze fajniej?
    - Jeszcze fajniej, ale to się mogło skończyć i wózkiem inwalidzkim. Ale widzicie, nikt tego nie nagłaśnia. Cokolwiek o mnie piszą, dlaczego nie powiedzą prawdy?

    - Jakiej prawdy?
    - Prasa pisze, że byłem showmanem, ale nie miałem żadnych tam złotych wieńców, jakichś dokonań... W klubie dostałem jedną nową "łesleję" - ja, Marek Cieślak, Andrzej Jurczyński. I od tego momentu miałem wyniki od razu. Rekord toru w Toruniu rąbnąłem, Szczakiela pokonałem u siebie, mistrza świata, bo to było w tych latach, i na lidze zacząłem jeździć. Prasa pisała: "Jarmuła podłapał formę". A ja się wkurzam jeszcze dzisiaj. Jaką formę?! Ja dostałem motor! I co? I powiedziałem w klubie tak: Nie wyjeżdżam na żadne indywidualne zawody, prócz mistrzostw Polski; jeżeli mi dacie drugą "łesleję", to tak. I wycofałem się. A klub na to ręce zacierał. Charaszo, on jest ligowcem! I mieliśmy mistrza Polski, wicemistrza i jeszcze jednego, i trójkę. Ale wycofałem się sam dobrowolnie z wszystkich mistrzostw. I dlatego nie mam wyników. Taka jest prawda, ale tego jeszcze nie napisał nikt.

    - Czego panu życzyć?
    - Kurde, powiem tutaj... Takich rzeczy się nie mówi, nawet w prasie nie podaje... To mówię szczerze, z serca. Żeby - ech, wzruszam się (po policzkach pana Józefa płyną łzy - dop. S.K.) - żeby podana ręka Panu Bogu, żeby on mi jej nie puszczał, bo wtedy robię głupstwa...

    - No to niech nie puszcza! Dziękuję.


    Czytaj treści premium w Gazecie Lubuskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (7)

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    GazetaLubuska.pl poleca:

    Pracuj u nas - Seco Warwick zaprasza!

    Pracuj u nas - Seco Warwick zaprasza!

    Tu znajdziesz kandydatów w wyborach samorządowych 2018

    Tu znajdziesz kandydatów w wyborach samorządowych 2018