Generała Polko usłyszymy w Polskich Siłach Specjalnych

(pij)
Gen. dyw. Roman Polko w swej karierze dowodził 6 Batalionem Desantowo-Szturmowym, 18 Bielskim Batalionem Desantowo-Szturmowym oraz Wojskową Formacją Specjalną GROM. Brał udział w misjach UNPROFOR w byłej Jugosławii (1992-1993) i w Kosowie (1999-2000), w II wojnie w Zatoce Perskiej oraz w misji stabilizacyjnej w Iraku. Został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi oraz licznymi odznaczeniami polskimi i amerykańskimi.
Gen. dyw. Roman Polko w swej karierze dowodził 6 Batalionem Desantowo-Szturmowym, 18 Bielskim Batalionem Desantowo-Szturmowym oraz Wojskową Formacją Specjalną GROM. Brał udział w misjach UNPROFOR w byłej Jugosławii (1992-1993) i w Kosowie (1999-2000), w II wojnie w Zatoce Perskiej oraz w misji stabilizacyjnej w Iraku. Został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi oraz licznymi odznaczeniami polskimi i amerykańskimi. Sony Computer Entertainment Polska
W SOCOM: Polskie Siły Specjalne gen. Roman Polko podłożył głos dowódcy oddziału oraz był konsultantem merytorycznym. Dzięki niemu w grze można usłyszeć język bardzo zbliżony do żargonu wojskowego stosowanego w akcji.

Sony Computer Entertainment Polska (SCEE) ma przyjemność poinformować, że gen. Roman Polko użyczył głosu głównemu bohaterowi gry Polskie Siły Specjalne - dowódcy oddziału specjalnego i konsultował sposób, w jaki wypowiadają się wirtualni żołnierze.
- Do końca nie wiedzieliśmy, w jakim dziele uczestniczymy, bo prace nad dubbingiem gry toczyły się równolegle z jej tworzeniem. Mimo to pracę wspominam bardzo miło. Po pierwsze było to nowe wyzwanie. Po drugie zespół, z którym współpracowałem, składał się z sympatycznych profesjonalistów - mówi gen. Roman Polko.

Teoretycznie gen. Roman Polko podczas nagrań mógł być sobą - dowódcą sił specjalnych. W końcu w tej roli w swej karierze występował wielokrotnie. Jednak tym razem znalazł się w nowej sytuacji, bo to nie przeciwnik sprawiał największe problemy. - Nie jestem w stanie równać się z aktorami. Czerpałem z tej pracy dużą przyjemność, ale to są jednak profesjonaliści w swoim zawodzie. Żebym wiarygodnie zagrał ból, musiałbym chyba sobie cegłę na nogę spuścić. Bo jedną scenę należało niekiedy zagrać na cztery różne sposoby. Najwięcej trudności sprawiło mi nagrywanie scen bycia trafionym. A z drugiej strony widziałem w akcji profesjonalnych aktorów. Podziwiałem sposób, w jaki operowali swoimi głosami. I od razu przekornie chciałem powiedzieć: może spotkajmy się w realu na moim polu - podczas dynamicznego strzelania - opowiada Polko.

Jednak zdarzały się momenty, gdy doświadczenie gen. Polko i znajomość realiów pozwalały na zbliżenie gry do rzeczywistych warunków panujących podczas akcji. Wtedy stawał się on mimowolnie konsultantem merytorycznym. - Problemów było kilka. Tłumaczenie, które dostawaliśmy, czasem kompletnie nie pasowało do języka wojskowego. Nie mogliśmy zostawić kwestii "Chłopaki, chodźcie za mną", bo w wojsku nikt tak nie mówi. Samo znalezienie lepszej wersji nie stanowiło problemu. Trudność pojawiała się, gdy trzeba było ją zmieścić w miejsce tekstu angielskiego, który jest znacznie bardziej zwartym językiem. Do tego mieliśmy w ostatnich czasach wiele operacji z Amerykanami i amerykańska terminologia zaczęła wchodzić do naszej armii. Tępiłem to, ale nie da się tego powstrzymać. A Amerykanie używają mnóstwa skrótowców. Kiedy pisałem pracę w Akademii Obrony Narodowej na temat procesu decyzyjnego armiach NATO, dostałem ich dwa opasłe słowniki. Gracze by tego nie przyswoili. Musieliśmy znaleźć złoty środek między realizmem a komunikatywnością i długością tekstu - mówi gen. Polko.

Komunikacja w Polskich Siłach Specjalnych różni się jednak nieco od rzeczywistości. - Uważaliśmy na wulgaryzmy - mówi gen. Roman Polko. - Dostaliśmy od tłumacza coś w rodzaju "Ojejku, jejku", prawie "motyla noga", a sytuacja była taka, że na usta się cisnęło się dosadne słowo. A trzeba przyznać, że Amerykanie przeklinają znacznie bardziej niż Polacy. Jednak najczęściej w czasie działań w dobrym, zgranym zespole nie mówi się nic. Wystarczają gesty.

Mimo to na wirtualnym polu bitwy gen. Polko czuł się niemal jak na rzeczywistym. - Gra jest zrobiona profesjonalnie i bardzo mi się podoba. Można powiedzieć, że ma wymiar edukacyjny. W Arizonie testowałem system Land Warrior, system skomputeryzowanego żołnierza. Trzeba mieć świadomość, że współczesna technika jest tak bliska żołnierzowi, że może on czuć się w niektórych momentach, jak w grze. Bez elektroniki nie istnieje. Postęp techniczny pozwala osiągnąć przewagę nad przeciwnikiem i w miarę bezpiecznie realizować misje - wspomina generał.

W grze gen. Roman Polko wcielił się w dowódcę prowadzącego grupę specjalną złożoną z dwóch żołnierzy. Ostatnio dowodził tak małym oddziałem w ubiegłym wieku. Był wtedy dowódcą kompanii na misji w byłej Jugosławii. Miał pod sobą 175 ludzi, czyli sześć plutonów. Dostali zadanie znalezienia stanowisk rakietowych, z których Serbowie ostrzeliwali Karlovac. I tę misję, mimo tylu podkomendnych, wykonał jako żołnierz sił specjalnych z zaledwie kilkoma żołnierzami. - Podczas akcji daliśmy się zaskoczyć przez ludzi kpt. Dragana. Pomalowani, wyskoczyli z zarośli i dostałem karabin maszynowy w brzuch. Trzeba było lawirować, żeby z tego wyjść. Stanowisko dowódcy kompanii było ostatnim szczeblem kariery, na którym mogłem być zarówno organizatorem, jak i uczestnikiem akcji - wspomina gen. Polko.

Jednym z jego wirtualnych podkomendnych jest czarnoskóry żołnierz. Czy to możliwe by obcokrajowiec służył w polskich siłach specjalnych? - Legalnie to niemożliwe. Jednak rzeczywistość niekiedy różni się od regulaminu. Podczas misji w Kosowie pewien amerykański kapitan bardzo utożsamiał się z naszą jednostką i chodził w mundurze, w którym z jednej strony miał naszywki amerykańskie, a z drugiej polskie. Był z nami tak zżyty, że po zakończeniu misji za jego wstawiennictwem wybito w podziękowaniu dla nas polsko-amerykański medal - mówi Polko. Na awersie wybite było 18 Poland’s First NATO Deployment Unit, z drugiej polskie tłumaczenie amerykańskiego skrótowca ODA, czyli Siły specjalne. To jednak przykład ekstremalny. Jednak w Iraku i Afganistanie miejscowi tłumacze chodzą w polskich mundurach, dzięki czemu nie różnią się od naszych żołnierzy i nie są tak wystawieni na ataki snajperów. - W końcu działania specjalne muszą być niekonwencjonalne. Poza tym wyobrażam sobie jeszcze inną sytuację. W Polsce jest coraz więcej mieszanych małżeństw. I to najbardziej naturalna droga do polskiego munduru dla osoby o innym kolorze skóry - pointuje generał.

Zaplanuj wolny czas - koncerty, kluby, kino, wystawy, sport

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie