Jedzą, co się rusza

Henryka Bednarska 0 95 722 57 72 hbednarska@gazetalubuska.pl
Siostra Danuta z przedszkolakami przed stacją misyjną w Esseng w Kamerunie
Siostra Danuta z przedszkolakami przed stacją misyjną w Esseng w Kamerunie Archiwum s. Danuty
- Serce boli, gdy patrzy się na wydęte brzuszki dzieci, zaokrąglone przez opuchliznę głodową buzie - mówi siostra Danuta. W kameruńskim buszu rodzina je raz dziennie.

Raz była na pogrzebie. Kobieta miała coś ponad 20 lat. Śpiewała w chórze w misyjnym kościele. Zmarła na AIDS, u nich - sidę. - Przepłakałam całą uroczystość - mówi siostra Danuta. Pochodzi ze Świerkocina pod Gorzowem, w Zgromadzeniu Sióstr od Aniołów jest od 26 lat. W Kamerunie była rok, wróciła w styczniu. Na pogrzebie przylgnęła do niej córka zmarłej. To ją przytuliła. Zrobiła błąd, nie można wyróżniać nikogo. Następnego dnia rodzina chciała jej dziecko podarować. Bo obowiązkiem najbliższych jest zatroszczyć się o osierocone dzieci. Biorą je brat, siostra zmarłych rodziców. I zamiast 7-8 dzieci, wychowują 16.

Jedzą, co się rusza

Szczęście mają te, które mieszkają w wioskach w pobliżu stacji misyjnej: mogą pójść do przedszkola lub szkoły. Inne nie mają szans na naukę pisania i czytania. Ale i w misjach miejsc jest niewiele. W Esseng, parafii niemal w środku buszu, siostry od Aniołów do przedszkola zapisują 100 dzieci, do szkoły - 200. - Więcej nie możemy przyjąć - przekonuje siostra Danuta. Wie, bo w Polsce nie tylko opowiada o misjach, ale stara się o pieniądze na ich prowadzenie i na pomoc głodującym.
W buszu kameruńska rodzina je raz dziennie, z reguły maniok bez wartości odżywczych (z czegoś podobnego do buraka cukrowego) albo fasolę. Przysmakiem są larwy, pędraki czy polne szczury. Czasem uda się zjeść ryż, który dostarczą siostry. - Głód jest powszechny. Serce boli, gdy patrzy się na wydęte brzuszki dzieci, zaokrąglone przez opuchliznę głodową buzie - mówi siostra. Dwa razy w tygodniu, bo na tyle je stać, siostry dają przedszkolakom w Esseg benię (mały pączek) i kubek mleka z proszku.

Kobieta rodzi i pracuje

Rodzina żyje dzięki misji i z tego, co matka wypracuje w polu. Uprawia kawę, kakao, orzeszki ziemne. Za 50 kg orzeszków może dostać 30-40 zł (po przeliczeniu z franka franc.). To niewiele, puszka mleka w proszku kosztuje 100 zł. - W polu matce pomagają dzieci, mężczyźni nie robią prawie nic - opowiada siostra. Mają za to po kilka żon, bo w Kamerunie poligamia jest legalna. W Esseng rekordzista włada pięcioma żonami, z którymi ma 30 dzieci. Pewnie dlatego tak szybko w Kamerunie szerzy się AIDS. Dziennie na tę chorobę umiera 600 osób.
Przy panujących w kraju wysokich temperaturach i 80-procentowej wilgotności powszechna jest malaria, wśród dzieci grasuje robaczyca. - Jak ktoś zachoruje, rodzina idzie najpierw do wioskowego czarownika. Ten każe przynieść kozę, zabija ją i stwierdza na przykład, że miała uszkodzone serce, a więc tę samą dolegliwość ma chory. Do naszego ośrodka przychodzą dopiero w zaawansowanej chorobie - mówi siostra. Robaczyca to choroba brudnych rąk. W Kamerunie brakuje wody, trzeba po nią iść czasem 4-5 km. - To obowiązek dzieci. Kilkuletni maluch potrafi przenieść na głowie 10-litrowe wiadro i nie uroni kropli - opowiada s. Danuta. Dzieci chodzą po wodę grupą. To też jedyna okazja, by choć trochę się umyć, może bardziej popluskać w wodzie.

Śpią na klepisku

Przy okropnej biedzie i wszechobecnym kurzu nikt nie dba o czystość. - Pomagającą nam kobietę musiałyśmy nauczyć, jak trzyma się miotłę - wspomina siostra. Ludzie mieszkają w lepiankach z kołków bambusowych oklejonych gliną i liśćmi. Bogatsza rodzina pokrywa lepiankę blachą i szmatami. W środku nie ma nic, niemal wszyscy śpią na klepisku. Jeśli uda się im zdobyć jakiekolwiek pieniądze, kupują trzy najważniejsze w Kamerunie rzeczy: naftę do oświetlenia (noc trwa od 18.00 do 6.00), zapałki i szare mydło, wykorzystywane do mycia i wyszorowania jedynego żeliwnego garnka.
Dzieci cały dzień bawią się przed domem. Nie mają żadnych zabawek, potrafią więc cieszyć się znalezionym kamykiem, kolorowym liściem albo puszką ze śmietniska. - Jeśli taką znajdą. Bo puszki, butelki wykorzystuje się do oznaczenia grobów zmarłych. Tych grzebią przed lepiankami, by duch zmarłej osoby był blisko nich. Tak przynajmniej uważają wyznawcy innych religii niż katolicka. Nieraz przed progiem jest kilka grobów, do niektórych lepianek zdarzyło się mi iść slalomem - opowiada siostra.

Starcy w barłogach

W lepiankach na siostry czekali najstarsi. Jeśli w Kamerunie wyjątkowo silne więzi widać z dziećmi, nikt nie troszczy się starszych. Siostra Danuta przyznaje, że nigdy nie zapomni widoku gnijących za życia: - W każdej lepiance ktoś umiera. W barłogu, aż oczy trzeba przecierać, by kogoś dojrzeć. Wysuszoną, skostniała kobietę, odchodzącą cicho, jeszcze proszącą o jedzenie, często modlącą się z różańcem w dłoni. Brudną, opuszczoną i pytającą, dlaczego siostra przychodzi. Odpowiadałam, że jestem, by pokazać, że jest Ktoś, kto ją kocha.
Po to są misje.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.