Kloss ze Zbąszynia

    Kloss ze Zbąszynia

    Alina Bok teren@gazetalubuska.pl 0 68 324 88 54

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    W tym domu w Nądni, w którym ongiś zamieszkiwał Stanisław Marciniec, od 1981 r. mieszka Stanisław Konior. - Kiedyś sąsiadka pokazywała artykuł w gazecie

    W tym domu w Nądni, w którym ongiś zamieszkiwał Stanisław Marciniec, od 1981 r. mieszka Stanisław Konior. - Kiedyś sąsiadka pokazywała artykuł w gazecie opisujący urodzonego tu Marcińca – wspomina pan Stanisław. ©fot. Alina Bok

    To nieprawdopodobna wręcz historia. Na dodatek wydarzyła się w naszym regionie. Dzieje jej bohatera, Stanisława Marcińca z podzbąszyńskiej Nądni, mogłyby posłużyć jako scenariusz do filmu. Może zresztą kiedyś taki powstanie?
    W tym domu w Nądni, w którym ongiś zamieszkiwał Stanisław Marciniec, od 1981 r. mieszka Stanisław Konior. - Kiedyś sąsiadka pokazywała artykuł w gazecie

    W tym domu w Nądni, w którym ongiś zamieszkiwał Stanisław Marciniec, od 1981 r. mieszka Stanisław Konior. - Kiedyś sąsiadka pokazywała artykuł w gazecie opisujący urodzonego tu Marcińca – wspomina pan Stanisław. ©fot. Alina Bok

    Bartosz Pielichowski, gimnazjalista z 2b, jeden z młodych mieszkańców stosunkowo nowego osiedla domków jednorodzinnych Przysiółki, gdzie znajduje się ulica poświęcona bohaterskiemu Klosowi ze Zbąszynia, nic nie słyszał o tej postaci
    fot. Alina Bok

    Bartosz Pielichowski, gimnazjalista z 2b, jeden z młodych mieszkańców stosunkowo nowego osiedla domków jednorodzinnych Przysiółki, gdzie znajduje się ulica poświęcona bohaterskiemu Klosowi ze Zbąszynia, nic nie słyszał o tej postaci

    (fot. fot. Alina Bok)

    Marciniec urodził się 20 września 1898 we wsi Nądnia przyklejonej do Zbąszynia. W końcowym okresie I wojny światowej został zmobilizowany jako19-letni młodzieniec do armii niemieckiej. Ranny na froncie, otrzymał za odwagę wysokie odznaczenie bojowe - Krzyż Żelazny II klasy.

    Potem, jak wielu mężczyzn w Wielkopolsce, Marciniec z początkiem 1919 r. wstąpił w szeregi powstańców. Trafił do kompanii opalenickiej na froncie zachodnim, pod rozkazy ppor. Edmunda Klemczaka. Brał udział w próbach zdobycia Zbąszynia, walczył o Nowy Dwór, Nową Wieś Zbąską, bił się też pod Perzynami, Nądnią i folwarkiem w Nowej Wsi Zamek. Podczas jednej z takich potyczek został wzięty do niemieckiej niewoli. Osadzony w Brandenburgu, wkrótce uciekł z więzienia i wrócił do Polski.


    Został podwójnym agentem

    Stanisław Marciniec - cichy bohater II wojny światowej zwany Klosem ze Zbąszynia repr. Alina Bok

    Stanisław Marciniec - cichy bohater II wojny światowej zwany Klosem ze Zbąszynia
    (fot. repr. Alina Bok)

    W okresie międzywojennym Marciniec otworzył w Zbąszyniu prywatne biuro porad prawnych. Załatwiał sprawy Polaków, a także obywateli niemieckich, którzy pozostali w naszym kraju. Z tego powodu bardzo często legalnie przekraczał granicę leżącą tuż za Zbąszyniem.

    Z racji zawodu i możliwości przekraczania granicy już w 1925 r. podjął współpracę z polskim wywiadem. Natomiast w 1927 r. został zmuszony do wyrażenia zgody na współpracę z wywiadem niemieckim. Jak do tego doszło? Czy musiał się zgodzić?
    Otóż stało się to podczas aresztowania Marcińca za rzekome wykroczenie popełnione na terenie Reichu. Wywiad niemiecki prawdopodobnie już wcześniej przygotowywał się do zwerbowania mieszkańca Zbąszynia i po prostu zastawił pułapkę. Marciniec mógł odrzucić propozycję, ale tak nie uczynił. Dlaczego? O tym dalej.

    W niemieckim wywiadzie otrzymał pseudonim "Mueller". Informacje, których żądała od niego III Rzesza, miały dotyczyć lokalizacji polskich wojsk oraz tajnych dokumentów militarnych. Dostał też polecenie znalezienia w naszym kraju chętnych do szpiegowania na rzecz Niemiec.

    Marciniec, który oczywiście był agentem polskiego wywiadu, od razu przekazał próbę werbunku przez Niemców tzw. posterunkowi oficerskiemu nr 6 w Poznaniu. Placówka podlegała ekspozyturze wywiadu w Bydgoszczy. Kierownik posterunku przyjął meldunek i polecił Marcińcowi, żeby podjął i kontynuował tzw. grę z wywiadem niemieckim. Po tym zdarzeniu, dla symbolicznego uwypuklenia sytuacji, zbąszynianin otrzymał w polskim wywiadzie pseudonim "Kellermann", co również miało wymowę ironiczną (keller - piwnica, Kellermann - Piwniczny?).
    Tak oto zbąszynianin podjął się bardzo trudnej roli podwójnego agenta.

    Niebezpieczna gra

    Od tej chwili Marciniec przekazywał stronie polskiej zadania jakie otrzymywał od Niemców, co oczywiście pozwalało naszym wojskowym zorientować się jaką wiedzą na temat II RP dysponuje niemiecki wywiad. Kontaktował się też z innymi agentami na terenie Polski, a odebrane od nich meldunki, zanim trafiły w niemieckie ręce, były przeglądane przez polskie władze. Dzięki tym kontaktom wielu zagranicznych szpiegów w Polsce zostało wyeliminowanych. Marciniec miał też możliwość ostrzegania te osoby, które Niemcy podejrzewali o szpiegostwo. W wielu przypadkach owych ludzi zawczasu udawało się wycofywać z działalności.
    Ponadto nasz przyszły "Kloss ze Zbąszynia" dekonspirował nazwiska niemieckich oficerów wywiadowczych, ich adresy, skrzynki pocztowe lub tajne telefony używane do poufnych celów.

    Niemiecki wywiad płacąc Marcińcowi markami (które agent oddawał polskim przełożonym) wymagał informacji z Polski. Dlatego też wywiad polski zaopatrywał "Kelermanna" w tzw. materiał inspiracyjny, czyli informacje częściowo prawdziwe wymieszane z wymyślonymi, co dawało Niemcom zmyślony, ale prawdopodobny obraz sytuacji w Polsce.

    Współpraca Stanisław Marcińca z niemieckim wywiadem trwała pięć lat, kontakt zerwany został dopiero w 1933 roku.

    Podwójna gra wymagała od zbąszynianina niezwykłej odwagi i przebiegłości. Aby spotykać się z oficerami wywiadu Marciniec przekraczał tuż za Zbąszyniem granicę polsko-niemiecką około 60 razy.

    Dlaczego zginął?

    We wrześniu 1939 r., po rozpoczęciu II wojny światowej i wkroczeniu Niemców do Polski, w ręce ich służb kontrwywiadowczych wpadły archiwa przedwojennego polskiego wywiadu. Sytuacja znana z literatury historycznej, a nawet z polskich filmów.

    Po zdobyciu Warszawy, wskutek karygodnych zaniedbań naszych wojskowych i służb wywiadowczych, hitlerowcy znaleźli w stolicy stosy najtajniejszych dokumentów wywiadu. Było ich tak wiele, że aż sześć ciężarówek wywoziło je do Rzeszy. Dokładna analiza materiałów przyczyniła się m.in. do wyroku śmierci wydanego na Stanisława Marcińca.

    We wrześniu 1940 roku został aresztowany przez gestapo i przez następne dwa lata przesłuchiwano go w więzieniach w Łodzi, Poznaniu, Frankfurcie i Berlinie. W świetle dowodów, które, niestety, "dostarczyła" strona polska, Marciniec nie miał żadnych szans na ocalenie. Został stracony 1 września 1942 roku o godz. 4.59. Losy wojenne zbąszyńskiego podwójnego agenta, zakończyły się o wiele tragiczniej niż znanego nam wszystkim z telewizyjnego ekranu kapitana Hansa Klossa.

    Czytaj treści premium w Gazecie Lubuskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (3)

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GazetaLubuska.pl poleca:

    Wideo