Niedawno świętowali otwarcie hurtowni kwiatów we własnej siedzibie. To przełomowe wydarzenie w małej firmie. Decyzję o budowie podjęli szybko, tak jak większość innych.

Wioletta Kutrowska to niespokojny duch. - Teraz jestem zmęczona i szczęśliwa - mówiła w dwa dni po otwarciu hurtowni. - Ale pewnie mi to wystarczy na chwilę, zaraz będę myśleć nad czymś jeszcze. Na firmę wykorzystamy teraz parter budynku, a górę chcemy wynająć.



Gdy rozmawiamy, mąż Dariusz Kutrowski jest w trasie. Niewiele śpi w ciągu doby, nocami jeździ po towar.

Mimo że razem prowadzą biznes, często spotykają się dopiero w domu po zamknięciu hurtowni, po godz. 18.00. - Po pracy też rozmawiamy o kwiatach - przyznaje pani Wioletta. - Trudno się od tego oderwać, bo to taki interes. W soboty mamy zawsze ruch, dostarczamy bukiety i klienci odbierają je od nas, a w niedzielę zamawiamy kolejne dostawy.



Przez kilka ostatnich lat byli razem na urlopie najwyżej tydzień w ciągu roku. Starają się wtedy chociaż wyłączać komórki. W tym roku może wyskoczą gdzieś zimą.

Czy tak było zawsze?

 

Na etacie trochę nudno

 

Obydwoje są nauczycielami z wykształcenia, ale nigdy w zawodzie nie pracowali. Po studiach na pięć lat wyjechali do Niemiec. To były lata 80. Dorabiali się w ten sposób życiowego startu - mieszkania, samochodu, oszczędności, aby założyć rodzinę. Po powrocie szukali pracy. Pani Wioletta zaczęła od firmy handlowej, mąż też. Potem żona miała przerwę w karierze zawodowej, urodziła i wychowywała syna. Gdy mały poszedł do przedszkola, zaczęła pracę w firmie spedycyjnej. Ale... Czuła, że to nie to. W weekendy zaczęła przygotowywać sztuczne stroiki ślubne do kościołów. Był rok 1999. Nie miała konkurencji. Pomysł chwycił. Sama kupowała materiały na giełdzie w Poznaniu. Okleiła prywatny samochód reklamą. Każde gotowe zlecenie fotografowała, aby mieć potem co pokazać kolejnym klientom.



Dziś album ze zdjęciami prac jest gruby jak encyklopedia. Odeszła z pracy etatowej i założyła własną firmę "Ślub twoich marzeń”. Początkowo klientów przyjmowała w domu lub umawiała się na mieście. W końcu wynajęła małe biuro w centrum miasta i otworzyła tam kwiaciarnię.

Skok na głębszą wodę

 

Kolejnym pomysłem było wydawanie bezpłatnej gazety dla nowożeńców. - Młodzi zamawiając wystrój w kościele, pytali mnie o fryzjera, kosmetyczkę, inne usługi ślubne. Pomyślałam, że dam im te informacje w jednym wydawnictwie - wspomina pani Wioletta.



Pismo wydaje do dziś. Rozdaje je na kursach przedmałżeńskich, w urzędach stanu cywilnego.



- Korciło mnie, żeby jeszcze rozwinąć interes - mówi właścicielka firmy. - Dlatego zdecydowaliśmy się na otwarcie hurtowni w wynajętych pomieszczeniach. Nie mieliśmy jeszcze wtedy specjalistycznych samochodów i takiej wiedzy o tej branży jak teraz, ale bardzo chcieliśmy się rozwijać.



Mąż wtedy już pracował tylko w firmie. Obydwoje intensywnie dokształcali się z fachowych pism. Dziś pan Dariusz poznaje gatunki róż bez problemu. Do pracy podchodzą z pasją i to się opłaca, bo łatwiej w życie wprowadzają nowe pomysły. Po kolejnych przenosinach hurtowni i wypowiedzeniu umowy najmu, postanowili - trzeba budować coś własnego. I dopięli swego w rok. Stanęła pierwsza ich własna siedziba firmy.

Dwa lata odpocznę

 

- Nie mogłabym już pracować u kogoś - przyznaje pani Wioletta. - Własna firma daje nam niesamowitą satysfakcję, a podziękowania zadowolonych klientów po ślubie są najmilszą chwilą.



O kontakty handlowe dbają cały czas. I to siła w tym biznesie. Mają już dwa własne samochody, specjalistyczne chłodnie do kwiatów. Dojeżdżają do kwiaciarni, które już przyzwyczaiły się, że mają dostawy na miejsce. Wewnątrz aut kwiaty poukładane są specjalnych pojemnikach, na półkach leżą dodatki, zieleń i gadżety. Specjalne zamówienia są zgłaszane wcześniej przez telefon.

- Teraz może odpocznę z nowymi pomysłami - śmieje się właścicielka. Czuje się spełniona i szczęśliwa.