Lekarze przerzucają nas jak worki ziemniaków

Lucyna Makowska, (kurz)
43-letnia Danuta Grzegorczyk z Lubska cierpi na zespół Downa. - O mało nie straciła życia przez lekarzy z Żar - twierdzi jej siostra Urszula Głowacka. W piątek zgłosiła sprawę w żarskiej prokuraturze.
43-letnia Danuta Grzegorczyk z Lubska cierpi na zespół Downa. - O mało nie straciła życia przez lekarzy z Żar - twierdzi jej siostra Urszula Głowacka. W piątek zgłosiła sprawę w żarskiej prokuraturze. Lucyna Makowska
Lekarze z Bytomia wycięli Danucie Grzegorczyk krwiaka mózgu, choć w Żarach leczono ją wcześniej z... bólu gardła. Tętniaka Jolanty Józefowicz wykryto we Frankfurcie, dwa dni po wypisie w Słubicach. Przez dwa lata lekarze nie znaleźli nowotworu u pacjentki z Sulechowa.

- Co się dzieje z tą służbą zdrowia? Przerzucają nas jak worki ziemniaków, od jednego fachowca do drugiego, odsuwając od siebie odpowiedzialność - skarżą się pacjenci. Oto kilka bulwersujących przypadków tylko z tego roku. Danuta Grzegorczyk cierpi na zespół Downa, od dzieciństwa ma wadę serca, a od stycznia zaczęła się skarżyć się na bóle głowy.

- Lekarz rodzinny twierdził, że to przeziębienie, a ona dostawała przykurczy, wymiotowała, miała drgawki, mdlała, nie jadła, nie przyjmowała płynów. Kilka razy wzywaliśmy pogotowie. Lekarze podawali silne leki przeciwbólowe, które niewiele pomagały - wspomina jej siostra Urszula Głowacka. Po kolejnym zasłabnięciu 21 stycznia panią Danutę odwieziono na szpitalny oddział ratunkowy 105. Szpitala Wojskowego w Żarach.

- Liczyłam, że kompleksowo zbadają Danusię - opowiada Głowacka - Gdy zasugerowałam zrobienie tomografu, lekarz spojrzał na nas z politowaniem i stwierdził, że jego też czasem boli głowa.

Kobietę wypisano ze szpitala jeszcze tego samego dnia. W rozpoznaniu wpisano infekcję górnych dróg oddechowych. Dwa tygodnie później Danuta przeszła zabieg wycięcia krwiaka mózgu! Wykryli go lekarze ze szpitala w Bytomiu. - Oni od razu zrobili prześwietlenie. Tłumaczyli nam, że krwiak był "przenoszony" - mówi Urszula Głowacka.

Dziś Danuta czuje się świetnie: mówi, samodzielnie chodzi i nabiera sił. - Jeśli w danym dniu podczas badania nie stwierdzono objawów krwiaka podtwardówkowego, to z pewnością go tam nie było. Wykrycie go po kilkunastu dniach przemawia raczej za późniejszym urazem głowy - twierdzi Justyna Wróbel, rzeczniczka żarskiego szpitala. Rodziny Danuty to nie przekonuje: w piątek złożyła doniesienie w prokuraturze.

W Magazynie "GL" z 16 -17 lutego opisaliśmy niemal identyczny przypadek Jolanty Józefowicz. W szpitalu w Słubicach nie zrobiono jej nawet tomografii głowy, choć po zasłabnięciu przywiozło ją pogotowie. Dostała leki na zbicie ciśnienia, a nazajutrz wypisano ją do domu. Po dwóch dniach zasłabła ponownie - tyle że we Frankfurcie.

W niemieckim szpitalu lekarze rozpoznali tętniaka mózgu. Od razu trafiła na stół, operacja się udała. Mimo to szef słubickiego szpitala Zygmunt Baś utrzymuje, że nie było podstaw do tomografii, a pacjentka była w dobrym stanie...

Pacjentom puszczają nerwy

Krzysztof Skaskiewicz z Sulechowa od dwóch lat usiłuje pomóc ciężko chorej 66-letniej kuzynce. Twierdzi, że sulechowscy lekarze nie potrafili postawić jej celnej diagnozy, mimo że miała 50 wyników badań z różnych miejsc.

- W gorzowskim szpitalu po jednej wizycie znaleziono szpiczaka, nowotwór układu krwionośnego. Powiedziano nam, że z tymi wynikami w ręku diagnozę postawiłby student pierwszego roku medycyny - mówi Skaskiewicz.

Mariusz Witczak, ordynator oddziału wewnętrznego sulechowskiej lecznicy, informuje jedynie, że pacjentka w szpitalu była tylko raz, od 28 grudnia do 2 stycznia 2013 r. i "została wyprowadzona z trudnej sytuacji zdrowotnej".

Pacjentom i ich rodzinom puszczają nerwy. Efektem tego są skargi do Narodowego Funduszu Zdrowia, izb lekarskich, a nawet donosy do prokuratur. Co na to przedstawiciele służby zdrowia? Piotr Dorocki, po. rzecznika odpowiedzialności zawodowej przy Okręgowej Izbie lekarskiej w Zielonej Górze, przyznaje, że w ubiegłym roku trafiło tam 66 skarg.

- Ich spektrum jest szerokie, bo chodzi np. o śmierć w wyniku zaniedbań w diagnostyce, ale też o niewłaściwe odezwania się do chorego - mówi. Pięć spraw znalazło finał w sądzie, wiele jeszcze jest w toku. Sylwia Malcher - Nowak z NFZ wyjaśnia, że fundusz rozpatruje wyłącznie roszczenia dotyczące łamania umowy między funduszem a świadczeniodawcą.

Lekarze rodzinni zasłaniają się brakiem dostępności do podstawowych badań, długim czasem oczekiwań na diagnostykę i "dla dobra chorych" kierują ich do szpitali. Ewa Supek, pielęgniarka ze szpitalnego oddziału ratunkowego w Zielonej Górze uważa, że system wymaga reformy.

- SOR-y są przeładowane pacjentami, których lekarze rodzinni odsyłają np. z zaparciami. Pamiętam przypadek skierowania pacjenta z rozpoznaniem złamania kręgosłupa, który... przyszedł na oddział pieszo. U nas pierwszeństwo mają pacjenci z nagłymi zachorowaniami, zagrażającymi życiu. To zaledwie co trzeci pacjent, który do nas trafia. Pozostałymi powinni zajmować się lekarze rodzinni - mówi Supek.

J. Wróbel twierdzi, że połowa pacjentów trafiających na szpitalny oddział ratunkowy w Żarach kwalifikowała się do leczenia ambulatoryjnego. - System wymaga reformy - mówi E. Supek, pielęgniarka oddziałowa.

Oferty pracy z Twojego regionu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie