Zamknij

Gazeta Lubuska

Lubuskie zbrodnie 20-lecia. O tym mówiła cała Polska. Ludzie przeżywali horror. Mordowali dzieci, rodziny, przypadkowe osoby. Dlaczego?

Do najkrwawszej zbrodni w naszym regionie doszło na przełomie lat 60. i 70. Był sierpień 1972 roku. Wanda P. z Katowic zaniepokoiła się, że jej siostra

Mariusz Kapała

Poprzednie Następne
Przeglądaj również za pomocą strzałek na klawiaturze [2/21] Poprzednie Następne

"Poodcinałem nogi, ręce i głowę"

Do najkrwawszej zbrodni w naszym regionie doszło na przełomie lat 60. i 70. Był sierpień 1972 roku. Wanda P. z Katowic zaniepokoiła się, że jej siostra Zofia B., która razem z 15-letnią córką Elżbietą i 2-letnim synem Ryszardem mieszkała w Żarach, nie daje znaku życia.

Był sierpień 1972 roku. Wanda P. z Katowic zaniepokoiła się, że jej siostra Zofia B., która razem z 15-letnią córką Elżbietą i 2-letnim synem Ryszardem mieszkała w Żarach, nie daje znaku życia. Wprawdzie siostry nie odwiedzały się często, ale pisały do siebie, wysyłały kartki świąteczne. Tymczasem od niemal trzech lat kontakt ustał.

18 sierpnia 1972 roku Wanda P. przyjechała do Żar. W mieszkaniu przy ulicy Konopnickiej nikogo nie zastała. Ale w ADM-ie dowiedziała się, że jej siostra z dziećmi ciągle jest zameldowana pod tym samym adresem. W końcu udało się jej zastać w domu 42-letniego Czesława M., konkubenta siostry. Ten oświadczył, że Zofia B. którejś nocy, jeszcze w 1969 roku, po kłótni, zabrała swoje rzeczy i wraz z dziećmi udała się w nieznanym kierunku. On spał, a kiedy się obudził, ich już nie było. Wanda P. nie miała dobrego zdania o Czesławie M. Siostra skarżyła się jej na swojego konkubenta, pisała i opowiadała, że jest agresywny, szczególnie, kiedy sobie wypije, a zdarzało się to często. Dlatego Wanda P. nie uwierzyła w nagły nocny wyjazd. 24 sierpnia zgłosiła się do Prokuratury Wojewódzkiej w Zielonej Górze, bo podejrzewała, że Czesław M. zabił jej siostrę i dzieci.

Milicja zaczęła sprawdzać. Okazało się, że w tajemniczych okolicznościach „wyjechała” nie tylko Zofia B. z dwojgiem dzieci, ale też kolejna konkubina Czesława M. – 35-letnia Stanisława D. z synem Markiem... Czesław M. został zatrzymany i 28 sierpnia przesłuchany po raz pierwszy. Powiedział to, co od trzech lat mówił znajomym i sąsiadom. W kwietniu 1969 roku, po kłótni, Zofia B. zabrała swoje rzeczy i razem z dziećmi wyjechała w nocy. Zeznał także, że od dawna podejrzewał ją o romans z jakimś mężczyzną z Zielonej Góry, stąd ich udany wcześniej związek zaczął się psuć. Pogodził się ze stratą. Później poznał Stanisławę D., która wraz z synem zamieszkała u niego. Z nią sytuacja była podobna. Po dobrym początkowym okresie pożycia zaczęły się kłótnie, kobieta nie była mu wierna i też nagle wyjechała.

Prokurator nie uwierzył w taki zbieg okoliczności, aresztował Czesława M. na trzy miesiące i zlecił oględziny jego mieszkania. Kiedy do podejrzanego dotarło, że znaleziono tam mnóstwo śladów ludzkiej krwi, 31 sierpnia sam poprosił o rozmowę z prokuratorem. Przyznał się do pięciokrotnego zabójstwa. Protokół z przesłuchania jest wstrząsający. Czesław M. beznamiętnie opisuje, jak doszło do zbrodni. Pierwszej dokonał późnym wieczorem 1 kwietnia 1969 roku. Pokłócił się z Zofią B. Ta nazwała go pijakiem i uderzyła szczotką. Wówczas on rzucił młotkiem. Trafił ją w głowę. Zofia B. padła na progu między kuchnią a pokojem. Kiedy usiłowała się podnieść, uderzył ją jeszcze parę razy. Następnie poszedł do pokoju i kilkoma ciosami pozbawił życia śpiącą Elę, panieńską córkę Zofii B., a później to samo zrobił z ich wspólnym synem Ryszardem.

Postanowił zatrzeć ślady zbrodni. „Ponieważ całych zwłok B. nie mogłem przenieść, więc wziąłem taką małą siekierkę, którą miałem w kuchni – zeznawał Czesław M. – Poodcinałem B. nogi, ręce i głowę. Do tej pracy przyniosłem taką grubą deskę, którą podkładałem pod ciało, aby lepiej było odcinać. Części tych zwłok poprzenosiłem z kuchni, a raczej z pokoju, i poukładałem w ubikacji. Ciało Eli porozcinałem na podłodze w pokoju i podkładałem pod nie tę samą deskę. Nie pamiętam, czy Eli poodcinałem nogi i ręce czy także głowę. Członki zwłok Eli także zaniosłem do ubikacji. Ubikację zamknąłem i przystąpiłem do sprzątania. Rozpaliłem ogień pod kuchnią, nagrzałem wody. Jednocześnie zacząłem palić pokrwawione szmaty, to jest koszulę i sukienkę B. i koszule dzieci, i chyba dwie poduszki, które były pokr-wawione w całości. Mniej pokrwawioną pościel zaraz tego samego wieczoru prałem sam w pralce. Podłogi zmywałem wodą i po kilkukrotnym zmienieniu wody wymyły się do czysta. Po zmyciu podłogi przystąpiłem do czyszczenia tapczanu. Zmywałem go proszkiem i ciepłą wodą. Plamy zostały, ale nie tak wyraźne, że z daleka nie było nic widać. Trochę krwi przeciekło do pudła tapczanu, ale zmyłem ją ciepłą wodą. Tego dnia poszedłem spać o godzinie 23. Cały czas był włączony telewizor. Gdy przyszedłem na drugi dzień z pracy, to zacząłem kopać dół w komórce, gdzie miałem króliki. Między dwiema klatkami na króliki stoi drabina. Wtedy był tam beton, ale ja go skruszyłem młotkiem. Wykopałem tam dół głębokości około 80 cm i szerokości 60 cm. Części zwłok zaniosłem tam dopiero na trzeci dzień i zasypałem ziemią. Zaraz po zasypaniu tego samego dnia miejsce to zalałem cementem”.

---> Czytaj dalej o zbrodni - cz. 2

---> Czytaj dalej o zbrodni - cz. 3

---> Czytaj dalej o zbrodni - cz. 4

---> Czytaj dalej o zbrodni - cz. 5

Najnowsze wiadomości

reklama

Polecamy