Mądry: - Trzeba nie mieć wyobraźni, żeby jeździć na torze

Katarzyna Borek 68 324 88 37 kborek@gazetalubuska.pl
Lek. med. Lesław Mądry jest specjalistą chirurgii urazowej i ortopedii. Od lat szefuje oddziałowi ortopedyczno-urazowemu szpitala wojewódzkiego w Zielonej Górze. W przyszłym roku będzie obchodził 30-lecie pracy z Falubazem.
Lek. med. Lesław Mądry jest specjalistą chirurgii urazowej i ortopedii. Od lat szefuje oddziałowi ortopedyczno-urazowemu szpitala wojewódzkiego w Zielonej Górze. W przyszłym roku będzie obchodził 30-lecie pracy z Falubazem. Tomasz Gawałkiewicz
- Próbowałem kiedyś wsiąść na motocykl żużlowy i przejechać kilka kółek. Stwierdziłem, że trzeba nie mieć wyobraźni, żeby jeździć na torze - mówi dr Lesław Mądry, który od 29 lat "obsługuje" mecze Falubazu Zielona Góra.

- Jak ogląda się żużel z perspektywy lekarza zawodów?
- W moim przypadku to się zmieniało. Z Falubazem współpracuję nieprzerwanie już prawie 30 lat. Śmieję się, że obok Andrzeja Huszczy jestem najstarszym człowiekiem funkcjonującym w tym klubie. Teraz na pewno bardziej patrzę na bezpieczeństwo tych chłopaków niż na sam wynik. Gdybym powiedział, że mnie on nie interesuje, że nie jestem kibicem, oczywiście skłamałbym, natomiast z pewnością to spojrzenie po iluś tych latach jest takie, że jednak nabrałem pewnego dystansu. Do tego wszystkiego, do rezultatu. Bo przeżyłem i widziałem na torze wiele. W Bydgoszczy wypadek Darka Michalaka - złamany kręgosłup z porażeniem kończyn dolnych, inwalidztwo i do końca życia już tylko jazda na wózku. W Zielonej Górze byłem przy trzech, śmiertelnych w efekcie, wypadkach: Wiesia Pawlaka, Artura Pawlaka i Andrzeja Zarzeckiego.

- Jak działa lekarz, gdy widzi zawodnika leżącego na torze?
- Zawsze z dużym zaangażowaniem i obawą. Jednak dla medyka bez doświadczenia w tym sporcie, który widzi takie zdarzenie po raz pierwszy albo nieznany mu wcześnie rodzaj upadku, każdy jest stresem i ogromnym przeżyciem. Gdy lekarz spędził na żużlu już ileś tam lat, to po charakterze wypadku jest mniej więcej w stanie przewidzieć, z jakimi obrażeniami będzie mógł mieć do czynienia. Czasami jest taki, że na oko oceniam, że zawodnik wstanie, otrzepie się i sam zejdzie albo zjedzie z toru na motocyklu. Zresztą dziś tych groźnych zdarzeń jest zdecydowanie mniej odkąd wprowadzono dmuchane bandy. Wyeliminowały lub mocno ograniczyły wiele niebezpiecznych sytuacji. Dawniej spotkanie na łuku z siatką albo płotem niosło ze sobą bardzo wiele negatywnych dla zdrowia skutków. Wydaje mi się, że gdyby Artur Pawlak czy Andrzej Zarzecki mieli te wypadki przy dmuchanym bandach, pewnie by je przeżyli. Bo dziś najbardziej niebezpieczne są kolizje zawodnika z motocyklem swoim lub kolegi, który na niego najedzie.

- Czy to prawda, że lekarz zawodów musi wiedzieć choćby to, jak się ściąga żużlowcowi kask z głowy po wypadku?
- Oczywiście, że tak. Kask do pewnego stopnia jest elastyczny. Trzeba go w umiejętny sposób złapać i zdjąć tak, by nie spowodować dodatkowego urazu. Bo nigdy nie wiemy, czy nie ma na przykład złamania kręgosłupa szyjnego.

- Od początku wiadomo, że z takim zawodnikiem może być bardzo źle?
- Największa obawa jest wtedy, gdy powiedzmy leży nieprzytomny, ma zaburzenia oddechowo-krążeniowe, zgłasza objawy niedowładu. Na bieżąco, na "ostro" trudno jednak ocenić rodzaj odniesionych obrażeń. Zaopatruje je się wstępnie. Jeśli jest zagrożenie życia, gdy pacjent nie oddycha czy nie ma krążenia, jest reanimacja. Tyle że w przypadku Wiesia Pawlaka, Artura Pawlaka i Andrzeja Zarzeckiego tego typu zaburzeń nie było. Ale ich obrażenia były na tyle poważne, że po przywiezieniu do szpitala stan zdrowia na tyle się pogorszył, że niestety, odeszli.

- Czy żużlowiec po wypadku ma takie same obrażenia jak motocyklista na drodze?
- Podobne. Z tym, że na torze żużlowym jest jednak trochę bezpieczniej, dlatego że są te dmuchane bandy, a nie ma drzew, słupów, samochodów. Jak mówiłem, głównym zagrożeniem są koledzy jeżdżący obok. Jeżeli zawodnik jest na danym odcinku sam, to musiałoby dojść do niesamowitego, pechowego zbiegu okoliczności, żeby - przy dzisiejszych zabezpieczeniach stosowanych w tym sporcie - doznał poważnego obrażenia, które doprowadziłoby do jego śmierci.

- Przy okazji dmuchanych band nie mogę nie zapytać o wypadek Rafała Dobruckiego.
- Ukazuje jedyny minus tego rodzaju zabezpieczenia. Zresztą ludzie, którzy zajmują się bezpieczeństwem na stadionach żużlowych, podnoszą kwestię łączenia na prostej ogrodzenia z dmuchaną bandą. To są miejsca bardzo newralgiczne, niebezpieczne. Gdyby Rafał wylądował 20 metrów dalej, gdzie już nie było tej "poduchy", prawdopodobnie hakiem otarłby się o płot czy rykoszetem od niego odbił i nic złego by się nie stało. Natomiast niestety, nieszczęście Rafała polegało na tym, że zahaczył motocyklem o dmuchaną bandę i ta zadziałała jak silny stoper. Zaczął młynkować i wyrzuciło go do góry.

- Doktor Poźniak, pana kolega z oddziału, był lekarzem Falubazu na tych derbach w Gorzowie. Mieliście już okazję porozmawiać o wypadku Dobruckiego?
- Doktor Poźniak to bardzo doświadczony lekarz, który na żużlu spędził pewnie prawie 20 lat. Oczywiście, że rozmawialiśmy. Ale nie tyle o mechanizmie zdarzenia, a o sposobie dalszego leczenia Rafała, charakterze jego bezpośrednich obrażeń.

- Rzeczywiście są takie, że mogą zakończyć jego karierę?
- Możliwe, i to jest najbardziej prawdopodobne, że wykluczą go na sezon. A czy potem będzie on kiedykolwiek zdolny do dalszej jazdy na żużlu? Trudno dziś to powiedzieć. Nieszczęście jego polega na tym, że miał już wcześniej złamany kręgosłup w kilku miejscach - poniżej i powyżej obecnego urazu.

- Lekarze zawodów znają historie urazów poszczególnych żużlowców?
- Zawodników z czołówki krajowej, tych znanych, bo wszystkich nie sposób. Ale poprzednie schorzenia w przypadku akurat złamania kręgosłupa nie mają takiego znaczenia w postępowaniu z chorym. Bo w dzisiejszych czasach najczęściej wymaga leczenia operacyjnego, czasami zachowawczego. To oczywiście zależy od charakteru obrażeń, ale większość złamań operuje się - z bardzo dobrymi efektami. Medycyna w neurochirurgii czy ortopedii kręgosłupa tak poszła do przodu, że jest o wiele skuteczniejsza niż kilkanaście czy nawet jeszcze kilka lat temu.

- Ale mówił mi pan kiedyś, że swojego syna by pan na tor nie puścił.
- Wie pani co? Ja sam kiedyś próbowałem wsiąść na motocykl i przejechać kilka kółek. I stwierdzam, że trzeba nie mieć wyobraźni, żeby jeździć na żużlu.

- To co tam pcha zawodników?
- To są ludzie mający specyficzną psychikę. Potrzebują tego. Chcą się w ten sposób spełniać. I wolno im.

- Jeżdżą ze złamaniami, poobijani, zaliczają makabryczne upadki, a mimo to kłócą się z panem, że chcą wsiąść na motor?
- Nieraz były sytuacje, że zabraniałem tego jako lekarz zawodów, a żużlowcy się upierali, że chcą i mogą. Najbardziej gorąco jest wtedy, gdy o zdolności do dalszej jazdy orzekam w czasie zawodów. Bardzo często rodzą się na tym tle konflikty, bo wycofanie się niekoniecznie jest w interesie żużlowca czy nawet klubu.

- Ktoś może podważyć pana decyzję jako lekarza zawodów?
- Jeżeli obsługuję turnieje czy mistrzostwa indywidualne, to moje opinie są absolutnie niepodważalne. Jednak na zawody ligowe z reguły przejeżdża z ekipą gości ich lekarz. On opiniuje swoich zawodników, ja moich. Miałem jednak raz czy dwa takie przypadki, gdy to ja byłem pierwszy przy leżącym na torze "obcym" żużlowcu i stwierdziłem u niego chwilową utratę przytomności, wstrząśnienie mózgu. Ale kilka minut później był już na chodzie i jego lekarz zgodził się na dalszą jazdę. Zmienił swoją decyzję dopiero po rozmowie ze mną i sugestii, że z uwagi na okoliczności osobiście to odradzam. To kwestia rozsądku. Choć czasami wśród doktorów też zdarzają się ludzie, którzy w tym momencie są bardziej kibicami niż medykami. Co jest w pewnym stopniu zrozumiałe, bo jeżeli tak bardzo emocjonalnie jest związany z klubem, to te decyzje mogą być skażone właśnie takim zaangażowaniem. Z reguły są jednak prawidłowe, a protestują sami zawodnicy. Buzują w nich ogromne emocje. Miałem kiedyś takiego, któremu zabroniłem dalszej jazdy - z połamanymi kośćmi śródręcza, bezwładną ręką. W parkingu rozpętał wielką awanturę. Dobrze, że było przy mnie kilku kolegów w pobliżu, bo kto wie, jak by się skończyła.

- Jeden zawodnik powiedział mi, że tyle trenuje, że jego organizm jest ulepiony z innej gliny.
- Zdecydowanie tak jest. Bo uprawianie sportu żużlowego to nie tylko jazda na motocyklu, ale też kwestia przygotowania, wysokiej sprawności, wytrzymałości, siły i mentalności. Zawodnicy to młodzi, sprawni ludzie, którzy w miarę zbierania doświadczeń na torze uczą się, jak się na nim przewracać, jak pozbyć się motocykla, by nie ciągnął ciała swoją masą, a poleciał obok. Dla przeciętnego śmiertelnika, który nie jest tak przygotowany, tego typu uraz skończyłby się poważną kontuzją. Podczas gdy sprawny i wyćwiczony żużlowiec wstanie, otrzepie się, wsiądzie na motocykl i pojedzie dalej. Ale mimo wszystko to nie są nadludzie. To są współcześni gladiatorzy.

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

g
gizbern

ciekaw jestem kto odpowiada za smierc andrzeja zarzeckiego bo geyby niedbalstwo lekarzy to zylby do dzisiaj

J
J

Całkowicie się zgadzam z Pańskimi spostrzeżeniami, są one trafne i odpowiadają moim odczuciom w kwestii bezpieczeństwa na żużlu. Co do upadku Dobruckiego zabrakło dosłownie kilkadziesiąt cm do pełni szczęścia. Gdyby banda dołem była usztywniana- hak nie spowodował by rotacji pionowej zawodnika, co przy jego wzroście ma też istotne znaczenie Pozdrowienia od ekipy med. z Gorzowa

w
widz

Może to i szalony sport ale póki są śmiałkowie to i widzowie.

K
KoSSa

Heja heja Rycerze Speedwaya

Dodaj ogłoszenie