Miała być 300-tysięczna - opowieść Krzysztofa Chmielnika

Krzysztof Chmielnik
Plucie na PRL stało się dosyć irytującym rytuałem uprawianym przez ignorantów różnej maści. Nie mam zamiaru zaprzeczać nonsensowności gospodarki realizującej ekonomiczną iluzję zrodzoną w Moskwie i jak każdy potępiam wszelkie przejawy totalitaryzmu towarzyszące siłowemu wprowadzaniu w życie tej iluzji. Tym niemniej jednak wobec wręcz bałwochwalczego stosunku do niemieckiej gospodarczej spuścizny wypada z prostej przyzwoitości wspomnieć o wielkim cywilizacyjnym wkładzie PRL’u w rozwój Zielonej Góry. Szczególnie w rok 700/800-lecia istnienia miasta.

Zielona Góra nawet w czasach Georga Beuchelta była jednym z kilkudziesięciu dolnośląskich prowincjonalnych miasteczek żyjących z dala od światowej gospodarki. Niezbyt ludna, mimo ambicji władz, przedsiębiorców i mieszkańców wiodła sielski żywot bez szans na większy rozwój. Tak długo jak niemiecką gospodarkę żywiły pieniądze z francuskiej kontrybucji, Grünberg awansował na cywilizacyjnej drabinie. Kolej, gaz, elektryczność, stały się codziennością, ale w żaden szczególny sposób nie czyniły z miasta przemysłowego centrum. Zielona Góra była miastem ogrodem, w którym każdemu z mieszkańców zapewniono niewielki chociaż ogródek. Rozwój miasta jako metropolii to zasługa centralnych planistów czasów PRL-u i pracy dwóch pokoleń w PRL-u tu żyjących. Bo Zielona Góra miała mieć 300 000 mieszkańców.

Zaczynali od zera
A warto Czytelnikom przypomnieć, że w 1945 roku fabryki w mieście zostały pozbawione wyposażenia, a także fachowców zdolnych do ich obsługi. Nie było nikogo, kto umiałby uruchomić elektrownię, gazownię, wodociągi. Zielonogórskie fabryki pozbawione maszyn i załogi nie były w stanie niczego produkować. Nie będzie zatem przesadą stwierdzenie, że gospodarka miasta, wyłączając rzemiosło, wystartowała z zera, a ci którzy do miasta po wojnie przyjechali, stworzyli późniejszy przemysł w mieście głównie siłą woli.

Lumel jest jedynym istniejącym obecnie przedsiębiorstwem, które właśnie w tamtych czasach powstało z niczego właśnie. Warto zatem przypomnieć historię tej zasłużonej dla miasta firmy, którą pogrobowcy peerelu chcieli zniszczyć, ale szczęśliwie im się to nie udało. Dzisiaj już nie jest chlubą polskiej myśli technicznej, perłą w koronie polskiej innowacyjności. Cieszy jednak, że nadal istnieje i daje ludziom pracę, choć wiedzie swoje gospodarcze życie nieco na uboczu miejskiej rzeczywistości.

Wszystko zaczęło się w czwartym roku planu 6-letniego, który miał Polsce dać skokowy rozwój. Wyśmiewając dzisiaj ów plan, kompletnie nie rozumiemy ówczesnych uwarunkowań, nie tylko politycznych, i zapominamy o niewyobrażalnie ciężkiej pracy ludzi, którzy mimo niewesołej sytuacji politycznej z radością i poświęceniem plan ten realizowali. W historii Lumelu wszystkie te aspekty są.

Wraz odgruzowaniem Polski i zapewnieniu gospodarce najbardziej podstawowych funkcji, przyszła pora na „subtelności”. Do nich należała aparatura pomiarowo-kontrolna. I właśnie na początku lat 50-tych pojawił się jej deficyt. Ówczesne centrum produkcji aparatury pomiarowej mieściło się w Warszawie, a ta nadal leżała w gruzach. Zatem władza centralna uznała, że skoro na Ziemiach Odzyskanych istnieją względnie niezniszczone miasta, to należy przemysł przenieść z Warszawy właśnie tam. W tym przypadku szło o zakład w podwarszawskich Błoniach.

Z Warszawy na zachód
W 1953 roku władza centralna uznała, że Zielona Góra będzie najlepszym miejscem dla rozwoju branży pomiarowej, a konkretnie do utworzenia filii Zakładów Wytwórczych Przyrządów Pomiarowych w Błoniach. Do miasta przyjechała ze stolicy delegacja i wytypowano kompleks budynków przy ulicy Sulechowskiej 1. Przed wojną mieściły się tu zakłady „Deutsche Wollenwaren Manufaktur”, a w czasie wojny Dynamit Aktien Gesellschaft, firmy która zajmowała się produkcją zbrojeniową. Po wojennej działalności pozostały jedynie mury, bo całe wyposażenie Niemcy wywieźli na zachód. W roku 1953 w budynkach działały: Okręgowy Zespół Spichrzów Zbożowych w Poznaniu, Centrala Tekstylna i Warsztaty Szkolne Zasadniczej Szkoły Zawodowej.

Pierwszym pracownikiem i zarazem nieoficjalnym kierownikiem został 1.08.1953 roku Zdzisław Nowacki, wcześniej zatrudniony w Zasadniczej Szkole Zawodowej. Mimo, że nie należał do partii. Przed wojną pracował w biurze konstrukcyjnym Krakowskiej Fabryki Kabli. Rozpoczął organizowanie fabryki w prywatnym mieszkaniu.

Na początek trzech strażników
Z budynków, które miały być siedzibą przyszłego Lumelu, zaczęto wyprowadzać dotychczasowych użytkowników. Przy tej okazji przekazywano nowo powstającej firmie pracowników. Z pierwszych pięciu, trzech zostało strażnikami, jeden był cieślą. Piątym był kierownik spichlerza, nominowany na zaopatrzeniowca. Od 1 października szefem zielonogórskiej filii zakładów A3 w Błoniach został Roman Jakowlew, mieszkaniec Nowej Soli. Zatrudniano kolejnych pracowników, którzy dla nabycia stosownych kwalifikacji delegowani byli na szkolenia w Błoniach. Zarządzeniem Ministra Przemysłu z 7 listopada 1953 roku, powołano do życia Zielonogórskie Zakłady Wytwórcze Mierników Elektrycznych. Otrzymały kryptonim A 21, aby zmylić imperialistów.

Pierwszym dyrektorem już samodzielnej od 1.01.1954 roku firmy został Stanisław Cukier. Mieszkał w Głogowie i stamtąd dojeżdżał do pracy. Zatrudniono też pierwszych inżynierów, absolwentów Politechniki Wrocławskiej, którzy w latach późniejszych stali się fachową kadrą firmy. Wszyscy, rzecz jasna, odbyli stosowne staże w Błoniach. Tam zapoznawali się nie tylko z tajnikami montażu, ale także z kwestiami organizowania produkcji i arkanami technologii. Uczyli się dokumentacji konstrukcyjnej. Dynamicznie organizowano kolejne wydziały. Delegowano z innych zielonogórskich firm potrzebnych fachowców. Rosły szeregi kadry inżynierskiej. Wśród nich byli przedwojenni fachowcy oraz młodzi absolwenci już powojennych szkół wyższych: Szkoły Wawelberga w Warszawie oraz Politechnik: Wrocławskiej i Szczecińskiej.

Dwóch dyrektorów i profesor
Dyrektor Cukier chyba nie bardzo się sprawdził, bo na jego miejsce powołano Mieczysława Marciniaka, który w Zastalu był zastępcą szefa produkcji. Wątpliwości nominata czy jako specjalista od produkcji wagonów poradzi sobie w branży precyzyjnej, rozwiał minister Rubinsztajn. Zanim jednak z Warszawy do Zielonej Góry przyszła nominacja na papierze, poprzedni dyrektor nadal w zakładzie urzędował. Spór, kto jest dyrektorem, rozstrzygał, interweniując w Warszawie, Komitet Miasta i Powiatu PZPR.

Rodzącą się produkcję wizytował prof. Artur Metal, rozpościerając nad firmą naukową pieczę. Artur Metal urodził się 1907 we Lwowie. Ukończył studia na Politechnice Lwowskiej, był asystentem wielkiego polskiego elektryka Włodzimierza Krukowskiego. Pracował jako konstruktor w Lwowskiej Fabryce Liczników a także warszawskiej Fabryce Mierników Elektrycznych francuskiej filii Chauvin-Arnoux. Podczas wojny, nie całkiem dobrowolnie, pracował w sowieckich fabrykach produkujących mierniki. Był wykładowcą na Politechnice we Lwowie, Szczecinie i Poznaniu.

Od A21 do Lumelu
Pierwsze mierniki montowano szkoleniowo w lipcu i sierpniu 1954 roku. Produkcję rozpoczęto we wrześniu. Do końca roku wyprodukowano 1754 sztuk mierników o symbolach EM85 i 132 sztuk EM100. Do ambitnego planu, wynoszącego 110 000 sztuk, sporo zabrakło. W kolejnym roku 1955 wyprodukowano 32114 mierników, a w kolejnym 74326. Plan 6-letni, optymistyczny na papierze, w przypadku produktów wymagających wyższych kompetencji, mimo chęci był trudny do zrealizowania. O tej rozbieżności dobrze świadczy anegdota związana z demonstracją pierwszego zmontowanego miernika EM 85. Było to 21.07. roku w przeddzień najważniejszego święta PRL, czyli 22 lipca. Naciskani przez partię pracownicy mieli się pochwalić miernikiem na uroczystej akademii. Ale miernik miał feler. Wskazówka „zacinała się”. Uroczystość przedłużono a wadliwy miernik rozebrano i zmontowano ponownie. Miernik zadziałał. Jedni odetchnęli z ulgą a inni uronili łezkę. Tak przynajmniej wspominali uczestnicy tamtych wydarzeń.

Rząd podnosił poprzeczkę, firma starała się sprostać wymaganiom ilościowym, ale te w przypadku mierników nie przechodzą w jakość. W roku 1956 trzeba było zmienić system produkcji z brygadowego na taśmowy. Ale nie skorzystano z wzorów amerykańskich. Stosowna delegacja udała się zatem do Krasnodaru, gdzie podczas wojny pracował prof. Metal i przywiozła stamtąd dokumentację taśm montażowych. Po skonstruowaniu, zmontowaniu i uruchomieniu okazało się, że załoga nie zaakceptowała zmian. Dopiero na przełomie 1957 i 1958 roku system montażu taśmowego zaczął w pełni działać.

Od 18 lipca 1958 Lubuskie Zakłady Aparatów Elektrycznych noszą skróconą nazwę Lumel. O tym wszystkim opowiada książka Zdzisława Tarnowskiego „50 lat Lumelu”. I wielka szkoda, że inne zielonogórskie przedsiębiorstwa, dzięki którym Zielona Góra stała się nowoczesnym przemysłowym miastem, ponad 100-tysiącznym, nie mają swoich monografii. A bez szacunku dla dorobku pionierów tworzących przemysł w mieście, w wielkich słowach o 700/800 latach rozwoju brzmi dysonans.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Ukrainia. Kuleba: Sytuacja w systemie elektroenergetycznym jest trudna

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na gazetalubuska.pl Gazeta Lubuska
Dodaj ogłoszenie