Nauczyciele dostają prezenty na koniec roku jak dzieci na...

    Nauczyciele dostają prezenty na koniec roku jak dzieci na komunię

    Zbigniew Borek

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Zegarek, rower, sprzęt muzyczny, biżuteria, książki, albumy - nie, to nie prezenty na pierwszą komunię świętą, ale na koniec roku. Nie, nie dla dzieci, ale dla nauczycieli.
    Nauczyciele dostają prezenty na koniec roku jak dzieci na komunię

    ©fot. sxc.hu

    Nauczycielka jednej z gorzowskich szkół co roku dbała o to, żeby poprzez uczniów do rodziców niby niechcący dotarła lista potrzebnych jej rzeczy, które - oczywiście przypadkiem - potem na koniec roku otrzymywała jako prezenty.

    O tej sprawie słyszało wielu gorzowskich nauczycieli. - To skandal i wstyd! - mówią. Słyszał też lubuski kurator oświaty Roman Sondej. - Ta pani już jest na emeryturze - mówi. I podkreśla: nauczyciel nie może w żaden sposób zabiegać o prezenty ani tym bardziej ich wymuszać.

    A jak jest w praktyce, postanowiliśmy sprawdzić przed jutrzejszym zakończeniem roku.

    Co etap, to nagroda

    W praktyce jest tak, że wychowawcy dostają prezenty jak dzieci na komunię. Nie wszyscy oczywiście i nie zawsze, ale na liście, którą ustaliliśmy, rozpytując tylko kilku rodziców, znalazły się: książki, albumy, zegarek, mała wieża stereo, a nawet biżuteria i rower.

    - Zwyczaj dawania kwiatów i czekoladek czy bombonierek jest powszechny. Jak dziecko kończy kolejny etap edukacji, to wartość prezentów rośnie - opowiada gorzowianin, rodzic trojga dzieci w wieku szkolnym.

    O jakie etapy chodzi? Oto one: koniec trzeciej klasy (żegnamy wychowawców z nauczania początkowego), koniec szóstej klasy (żegnamy wychowawców z podstawówki), koniec gimnazjum (żegnamy wychowawców z gimnazjum) i koniec szkoły średniej (tu już żegnamy wszelkich wychowawców na amen).

    - Na tych etapach nie wypada się żegnać kwiatkiem i czekoladką, bo trud włożony w wychowanie naszych dzieci zasługuje na większą wdzięczność - mówi nasz rozmówca i to - uwaga! - bez śladu ironii w głosie. On naprawdę nie widzi w tym żadnego problemu.

    - A ja widzę, ale jakie mam wyjście, jak wszyscy się na prezenty składają? - pyta inny rodzic, wcale nie oczekując odpowiedzi (w tej sprawie żaden z naszych rozmówców, oprócz kuratora Sondeja, nie zgodził się wypowiadać pod nazwiskiem).

    Trójki klasowe w akcji

    Od "tych spraw" są rady rodziców, potocznie nazywane trójkami klasowymi. To one zarządzają, po ile wszyscy rodzice uczniów składają się na "swoją panią" lub "swojego pana".

    Rodzice z reguły to akceptują. Dlaczego? Ano dlatego, że lepiej się złożyć po 5 lub 10 zł na "porządny" prezent dla wychowawcy (nauczycieli niewychowawców opędza się kwiatkiem, a i to nie wszystkich) niż samemu kupować byle jaką wiązankę, bo nawet ona kosztuje 15-20 zł.

    Jak weźmiemy klasę złożoną z 30 uczniów i zbiórkę po 10 zł, to mamy już 300 zł. Co na to kurator oświaty? Czy należałoby zabronić uczniom (czytaj: rodzicom) takiej składki?

    - To jest dylemat - mówi Roman Sondej. - Proszę też pamiętać, że zwykle nauczyciel, a nawet uczniowie nie są wtajemniczeni w to, co on ma dostać w prezencie. I proszę się wczuć w rolę nauczyciela: jest ostatnie uroczyste spotkanie z klasą na koniec roku szkolnego, uczniowie w obecności rodziców wręczają mu ten prezent... Nauczyciel nierzadko czuje się skrępowany, ale czy powinien odmówić i ryzykować, że obrazi i swoich uczniów, i ich rodziców, którzy działali przecież w dobrej wierze...

    - No właśnie, co powinien zrobić w takiej sytuacji? - dopytujemy.
    Sondej odpowiada: - Lepiej by było, gdyby w dniach poprzedzających zakończenie roku wysłał uczniom i rodzicom czytelny sygnał, że nie oczekuje żadnych prezentów.

    Czekolada dłużej… postoi

    Rok (szkolny) za rokiem (szkolnym) jednak mija, a zwyczaj dawania prezentów pozostaje. - I tak jednak najwięcej pieniędzy idzie dzieciom i ich rodzicom na kwiatki. Wprawdzie coraz więcej z nich przynosi czekoladę, ale kwiaty są nie do przebicia - opowiada doświadczona nauczycielka z gimnazjum.

    Starszy nauczyciel z podstawówki potwierdza: - Za komuny to były nieśmiertelne goździki albo tulipany, teraz to głównie róże, ale kwiatek to nadal prezent numer 1 - mówi. I dodaje: - A szkoda, bo czekolada jest tańsza niż róże, no i dłużej… postoi.

    - Gdzie jest granica między tym, co wolno, a czego nie wolno nauczycielowi przyjąć? - pytamy kuratora oświaty.

    On odpowiada: - Przepisy oświatowe tego nie precyzują, dlatego opieramy się na antykorupcyjnych. Podstawowa zasada: nauczyciel nie może w żaden sposób zabiegać o prezenty. Za swoją pracę otrzymuje wynagrodzenie i nie ma prawa oczekiwać żadnych świadczeń od rodziców czy uczniów. Przepisy dopuszczają tylko symboliczne podziękowanie, np. wiązankę kwiatów.

    - Czekoladę, bombonierkę? - pytamy.
    - Tak, to też jest dopuszczalne - odpowiada Sondej.
    - Atlas, album, encyklopedię? - dociskamy.
    - To zależy, bo jeśli prezent kosztuje, powiedzmy, do 50 zł, to nie jest żaden problem, ale jeśli 300 zł, należałoby się zastanowić, czy taki prezent jest właściwy - odpowiada kurator.

    Jego zdaniem o prezencie wykraczającym poza symboliczne podziękowanie nauczyciel powinien po fakcie poinformować dyrektora szkoły. - Ten na podstawie informacji od swoich pracowników może zdecydować, że o zwyczaju dawania prezentów powinna porozmawiać w kolejnym roku rada pedagogiczna, która może wprowadzić jakieś regulacje - mówi Sondej.

    To w nas tkwi?

    Kurator podkreśla, że zwyczaj symbolicznych podziękowań jest u nas mocno zakorzeniony, nie tylko zresztą w oświacie. - Nie mamy też sygnałów, żeby to miało niebezpieczną skalę. Powtarzam jednak: nauczyciel nie może o prezenty zabiegać ani tym bardziej ich wymuszać - mówi Roman Sondej.

    Jednocześnie kurator apeluje: - W sytuacji, gdy rodzic czuje się zmuszany do dawania pieniędzy na prezent, powinien powiadomić kuratorium. Można zadzwonić do dyrektora wydziału nadzoru pedagogicznego Jana Butryma albo do mnie, pod numer 0 95 720 84 12. Zapewniamy dyskrecję i szybką reakcję poprzez naszych wizytatorów.

    Sam Sondej przyznaje, że jako rodzic składał się tylko na drobne prezenty dla wychowawców swoich dzieci. Jako nauczyciel geografii rzadko był wychowawcą i dostawał całe naręcza kwiatów. - Co roku trochę zanosiłem do kościoła - mówi.

    Belfer w potrzasku

    A co o prezentach mówią sami wychowawcy? - Przy tej okazji odsądza się nas od czci i wiary, a prawda jest taka, że kosztowne prezenty nie są żadną normą, tylko wyjątkiem i nie ma żadnych wymuszeń, a jedynie przesada ze strony niektórych rodziców - mówi jeden.

    Inny się przez to od razu denerwuje: - Ja się od tego nie wzbogacę! Wolałbym, żeby zamiast prezentu, kwiatów czy czekoladek, rodzice złożyli się na farbę i mi klasę pomalowali, bo już chyba od 15 lat nie była odświeżona. Ale powiedzieć im tego nie mogę, bo ktoś może uznać, że wymuszam daninę.

    Ten pierwszy dodaje: - Niektórych rodziców nie stać na żaden wydatek. Do niczego na pewno się nie dołożą, a ich dzieci przyjdą i bez tego ponoć symbolicznego kwiatka. Powiedzieć dzieciom, żeby przyniosły "tylko kwiatek", też więc nie powiem, bo im będzie przykro.

    Czytaj treści premium w Gazecie Lubuskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (38)

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GazetaLubuska.pl poleca:

    Wideo