ŚRODA
    16 stycznia

    Tak lubuscy maturzyści
    bawią się na studniówkach

    Rozwiń
    Nauczyciele dostają prezenty na koniec roku jak dzieci na...

    Nauczyciele dostają prezenty na koniec roku jak dzieci na komunię

    Zbigniew Borek

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Zegarek, rower, sprzęt muzyczny, biżuteria, książki, albumy - nie, to nie prezenty na pierwszą komunię świętą, ale na koniec roku. Nie, nie dla dzieci, ale dla nauczycieli.
    Nauczyciele dostają prezenty na koniec roku jak dzieci na komunię

    ©fot. sxc.hu

    Nauczycielka jednej z gorzowskich szkół co roku dbała o to, żeby poprzez uczniów do rodziców niby niechcący dotarła lista potrzebnych jej rzeczy, które - oczywiście przypadkiem - potem na koniec roku otrzymywała jako prezenty.

    O tej sprawie słyszało wielu gorzowskich nauczycieli. - To skandal i wstyd! - mówią. Słyszał też lubuski kurator oświaty Roman Sondej. - Ta pani już jest na emeryturze - mówi. I podkreśla: nauczyciel nie może w żaden sposób zabiegać o prezenty ani tym bardziej ich wymuszać.

    A jak jest w praktyce, postanowiliśmy sprawdzić przed jutrzejszym zakończeniem roku.

    Co etap, to nagroda

    W praktyce jest tak, że wychowawcy dostają prezenty jak dzieci na komunię. Nie wszyscy oczywiście i nie zawsze, ale na liście, którą ustaliliśmy, rozpytując tylko kilku rodziców, znalazły się: książki, albumy, zegarek, mała wieża stereo, a nawet biżuteria i rower.

    - Zwyczaj dawania kwiatów i czekoladek czy bombonierek jest powszechny. Jak dziecko kończy kolejny etap edukacji, to wartość prezentów rośnie - opowiada gorzowianin, rodzic trojga dzieci w wieku szkolnym.

    O jakie etapy chodzi? Oto one: koniec trzeciej klasy (żegnamy wychowawców z nauczania początkowego), koniec szóstej klasy (żegnamy wychowawców z podstawówki), koniec gimnazjum (żegnamy wychowawców z gimnazjum) i koniec szkoły średniej (tu już żegnamy wszelkich wychowawców na amen).

    - Na tych etapach nie wypada się żegnać kwiatkiem i czekoladką, bo trud włożony w wychowanie naszych dzieci zasługuje na większą wdzięczność - mówi nasz rozmówca i to - uwaga! - bez śladu ironii w głosie. On naprawdę nie widzi w tym żadnego problemu.

    - A ja widzę, ale jakie mam wyjście, jak wszyscy się na prezenty składają? - pyta inny rodzic, wcale nie oczekując odpowiedzi (w tej sprawie żaden z naszych rozmówców, oprócz kuratora Sondeja, nie zgodził się wypowiadać pod nazwiskiem).

    Trójki klasowe w akcji

    Od "tych spraw" są rady rodziców, potocznie nazywane trójkami klasowymi. To one zarządzają, po ile wszyscy rodzice uczniów składają się na "swoją panią" lub "swojego pana".

    Rodzice z reguły to akceptują. Dlaczego? Ano dlatego, że lepiej się złożyć po 5 lub 10 zł na "porządny" prezent dla wychowawcy (nauczycieli niewychowawców opędza się kwiatkiem, a i to nie wszystkich) niż samemu kupować byle jaką wiązankę, bo nawet ona kosztuje 15-20 zł.

    Jak weźmiemy klasę złożoną z 30 uczniów i zbiórkę po 10 zł, to mamy już 300 zł. Co na to kurator oświaty? Czy należałoby zabronić uczniom (czytaj: rodzicom) takiej składki?

    - To jest dylemat - mówi Roman Sondej. - Proszę też pamiętać, że zwykle nauczyciel, a nawet uczniowie nie są wtajemniczeni w to, co on ma dostać w prezencie. I proszę się wczuć w rolę nauczyciela: jest ostatnie uroczyste spotkanie z klasą na koniec roku szkolnego, uczniowie w obecności rodziców wręczają mu ten prezent... Nauczyciel nierzadko czuje się skrępowany, ale czy powinien odmówić i ryzykować, że obrazi i swoich uczniów, i ich rodziców, którzy działali przecież w dobrej wierze...

    - No właśnie, co powinien zrobić w takiej sytuacji? - dopytujemy.
    Sondej odpowiada: - Lepiej by było, gdyby w dniach poprzedzających zakończenie roku wysłał uczniom i rodzicom czytelny sygnał, że nie oczekuje żadnych prezentów.

    Czekolada dłużej… postoi

    Rok (szkolny) za rokiem (szkolnym) jednak mija, a zwyczaj dawania prezentów pozostaje. - I tak jednak najwięcej pieniędzy idzie dzieciom i ich rodzicom na kwiatki. Wprawdzie coraz więcej z nich przynosi czekoladę, ale kwiaty są nie do przebicia - opowiada doświadczona nauczycielka z gimnazjum.

    Starszy nauczyciel z podstawówki potwierdza: - Za komuny to były nieśmiertelne goździki albo tulipany, teraz to głównie róże, ale kwiatek to nadal prezent numer 1 - mówi. I dodaje: - A szkoda, bo czekolada jest tańsza niż róże, no i dłużej… postoi.

    - Gdzie jest granica między tym, co wolno, a czego nie wolno nauczycielowi przyjąć? - pytamy kuratora oświaty.

    On odpowiada: - Przepisy oświatowe tego nie precyzują, dlatego opieramy się na antykorupcyjnych. Podstawowa zasada: nauczyciel nie może w żaden sposób zabiegać o prezenty. Za swoją pracę otrzymuje wynagrodzenie i nie ma prawa oczekiwać żadnych świadczeń od rodziców czy uczniów. Przepisy dopuszczają tylko symboliczne podziękowanie, np. wiązankę kwiatów.

    - Czekoladę, bombonierkę? - pytamy.
    - Tak, to też jest dopuszczalne - odpowiada Sondej.
    - Atlas, album, encyklopedię? - dociskamy.
    - To zależy, bo jeśli prezent kosztuje, powiedzmy, do 50 zł, to nie jest żaden problem, ale jeśli 300 zł, należałoby się zastanowić, czy taki prezent jest właściwy - odpowiada kurator.

    Jego zdaniem o prezencie wykraczającym poza symboliczne podziękowanie nauczyciel powinien po fakcie poinformować dyrektora szkoły. - Ten na podstawie informacji od swoich pracowników może zdecydować, że o zwyczaju dawania prezentów powinna porozmawiać w kolejnym roku rada pedagogiczna, która może wprowadzić jakieś regulacje - mówi Sondej.

    To w nas tkwi?

    Kurator podkreśla, że zwyczaj symbolicznych podziękowań jest u nas mocno zakorzeniony, nie tylko zresztą w oświacie. - Nie mamy też sygnałów, żeby to miało niebezpieczną skalę. Powtarzam jednak: nauczyciel nie może o prezenty zabiegać ani tym bardziej ich wymuszać - mówi Roman Sondej.

    Jednocześnie kurator apeluje: - W sytuacji, gdy rodzic czuje się zmuszany do dawania pieniędzy na prezent, powinien powiadomić kuratorium. Można zadzwonić do dyrektora wydziału nadzoru pedagogicznego Jana Butryma albo do mnie, pod numer 0 95 720 84 12. Zapewniamy dyskrecję i szybką reakcję poprzez naszych wizytatorów.

    Sam Sondej przyznaje, że jako rodzic składał się tylko na drobne prezenty dla wychowawców swoich dzieci. Jako nauczyciel geografii rzadko był wychowawcą i dostawał całe naręcza kwiatów. - Co roku trochę zanosiłem do kościoła - mówi.

    Belfer w potrzasku

    A co o prezentach mówią sami wychowawcy? - Przy tej okazji odsądza się nas od czci i wiary, a prawda jest taka, że kosztowne prezenty nie są żadną normą, tylko wyjątkiem i nie ma żadnych wymuszeń, a jedynie przesada ze strony niektórych rodziców - mówi jeden.

    Inny się przez to od razu denerwuje: - Ja się od tego nie wzbogacę! Wolałbym, żeby zamiast prezentu, kwiatów czy czekoladek, rodzice złożyli się na farbę i mi klasę pomalowali, bo już chyba od 15 lat nie była odświeżona. Ale powiedzieć im tego nie mogę, bo ktoś może uznać, że wymuszam daninę.

    Ten pierwszy dodaje: - Niektórych rodziców nie stać na żaden wydatek. Do niczego na pewno się nie dołożą, a ich dzieci przyjdą i bez tego ponoć symbolicznego kwiatka. Powiedzieć dzieciom, żeby przyniosły "tylko kwiatek", też więc nie powiem, bo im będzie przykro.

    Czytaj treści premium w Gazecie Lubuskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (38)

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GazetaLubuska.pl poleca:

    Wideo