1/2 Zamknij

Przeglądaj również za pomocą strzałek na klawiaturze Następne

Trzy miesiące po zamachu na „Charlie Hebdo” byłem na miejscu tej tragedii w Paryżu. Uderzyło mnie, że pod wejściem do redakcji było morze kwiatów oraz mnóstwo zniczy. Ale wszystkie miały trzy miesiące. Kwiaty dawno zwiędły, w wypalonych zniczach widać było resztki wody, pozostałość po ostatnich deszczach. Widok zaskakujący. Tuż po zamachu w Paryżu wzmożenie sięgnęło zenitu. Ulicami europejskich miast ciągnęły kolejne manifestacje, na których czele szli najważniejsi europejscy politycy protestujący i przeciwko terroryzmowi, i przeciwko próbie cenzorowania za pomocą kałasznikowów pracy dziennikarzy. Internetowe media społecznościowe pełne były osób, które głośno krzyczały „Je suis Charlie”. Wydawało się wtedy, że na naszych oczach rodzi się nowy ruch społeczny. Zawiązuje wspólnota, która razem położy swobodzie, z jaką dżihadyści przeprowadzają zamachy. Tymczasem minęły trzy miesiące i nikt nie pamiętał o wydarzenia ze stycznia. Żaden paryżanin nie widział już powodu, by przed redakcją „Charlie Hebdo” zapalić znicz, czy położyć świeże kwiaty. Nikt nawet nie pamiętał o tym, że wypadałoby uprzątnąć stare. Wróć do artykułu

Najnowsze wiadomości

reklama

Polecamy