No powiedz kto...

Dariusz Chajewski 0 68 324 88 36 dchajewski@gazetalubuska.pl
Kolejny Lubuszanin za sprawą totolotka został milionerem. Co czują ludzie, którzy w jednej sekundzie zdobywają fortunę? Przede wszystkim się boją.

W piątkowy ranek, w sklepie w podnowosolskim Przyborowie jak zwykle było kilka osób. Siłą rzeczy rozmowa zeszła na najważniejsze wydarzenie we wsi - co najmniej w ostatnim dziesięcioleciu. Mowa o fortunie - blisko czterech milionach złotych, które ktoś tutaj wygrał. Ktoś, kto złożył w miejscowym sklepie kupon z sześcioma liczbami: 1, 6, 32, 36, 40, 42...
- Ja tym, którzy wygrali to trochę współczuję - rozpoczyna jedna z kobiet. - Dziesięć tysięcy, sto tysięcy to człowiek z takimi pieniędzmi jeszcze sobie poradzi. Wie pan, tak psychicznie. Ale kilka milionów? To już strach.

No powiedz kto...

Przez dwa dni niektórzy przyborowianie pikietowali miejscowy sklep, w którym mieści się kolektura. Wszystko dlatego, że w niedzielę w telewizji podano, iż ktoś we wsi stał się z dnia na dzień milionerem. "Podejrzani" byli wszyscy, próbowano sobie przypomnieć, kto wysyłał tego dnia kupony, u kogo dłużej świeciło się światło lub skąd dobiegały okrzyki radości. Śledztwo spełzło na niczym i tylko każdy podzielił się z sąsiadami marzeniami, co by było, gdyby...
- To było w sylwestra i zapewne kupon wysłał ktoś, kto przejeżdżał i wódkę tylko kupował - twierdzi przyborowianin, stały bywalec kolektury. - I taka jest ta sprawiedliwość.
- A ja stawiam na kogoś stąd - zaprotestował stojący obok mężczyzna. - I drań się przyczaił zamiast radością podzielić się z sąsiadami. Boi się pewnie sknerus, żeby ktoś po pożyczkę nie przyszedł.
- Boi się, ale nie tego, że dychę od niego będziesz chciał pożyczyć - kręci głową kobieta. - Zaraz bandziory w kominiarkach przyjdą. Albo dzieciaka porwą.

Byli przerażeni

W środę milioner z Przyborowa zgłosił się w zielonogórskiej dyrekcji Totalizatora. Z żoną. W poczekalni był spory tłumek ludzi, którzy przyszli po drobniejsze wygrane. Dlatego wręczenie głównej wygranej trwało krótko. Aby nie zwracać niczyjej uwagi...
- Nie wiem, czy uwierzycie, ale uczuciem najbardziej widocznym u ludzi, którzy wygrywają jest... strach - mówi dyrektor Bernard Ptaszyński. - To małżeństwo było zaszokowane i bardzo przestraszone. Tak od miliona w górę w ten sposób pieniądze działają na ludzi.
Jedni boją się reakcji otoczenia, inni zmian, które wygrana może wprowadzić w ich życiu. Najbardziej dyrektor Ptaszyński zapamiętał szczęściarza z Głogowa, który przed pięcioma laty wygrał ponad 9 mln zł. To była pierwsza taka kumulacja, taka wygrana. Sam dyrektor, mimo że robi "w tym" od piętnastu lat, był rozdygotany, przejęty. Tymczasem głogowianin bez większych problemów zostawił na cały dzień kupon w dyrekcji Totalizatora mówiąc, że bardziej boi się, iż go zgubi niż czyjejś nieuczciwości.

Grunt to rodzina

Na drugim biegunie jest inny laureat głównej wygranej, niepełnosprawny z północnej części województwa lubuskiego, którego do siedziby Totalizatora przydźwigała rodzina. Razem 16 osób. Dziadek ledwie widział już na oczy - nie spał dwie noce i jeden dzień. Przez cały czas trzymał w dłoniach mocno zaciśnięty kupon. Bał się, że ktoś mu go wyrwie z ręki.
Z reguły dyrektor Ptaszyński pyta, na co szczęśliwcy mają zamiar przekuć swoje szczęście. Zazwyczaj wygrana zostaje podzielona między najbliższych lub trafia na oprocentowane konto. Inwestycje to nieczęsta decyzja. Dwóch lubuskich milionerów kupiło sobie pensjonaty nad morzem. Szczęściarz z Głogowa, tak jak przed wygraną, ma warsztat samochodowy. Może tylko trochę lepiej wyposażony. I pracuje bardziej "na luzie". Żaden z milionerów nie wypłynął w ciągu tych lat w świecie ekonomii lub polityki. Jak żartują w Totalizatorze, zazwyczaj do końca życia boją się nawet pokazać, że dopisało im szczęście.

Co komu pisane

- Oczywiście gram i to od lat - przyznaje dyrektor Ptaszyński. - Niestety od lat nie mam szczęścia. Trochę trójek, jakaś czwórka. Mam nadzieję, że szczęście mi dopisze.
Jedni pracownicy Totalizatora grają namiętnie, inni uważają, że to gra, w którą niemal nie można wygrać. W Dużym Lotku prawdopodobieństwo wytypowania szóstki to 12 mln do jednego. Jednak jak kogoś szczęście ma dopaść to i tak dopadnie. Nawet jeśli nie gra. Oto kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia w jednej z zielonogórskich kolektur klientowi wysyłającemu kupon Szczęśliwego Numerka zabrakło pieniędzy. Nie zapłacił i pracownik powinien kupon anulować. Jednak kolejka była długa i ten odłożył kupon. Zapomniał unieważnić i z wściekłością, na koniec dnia, sam musiał za niego zapłacić. To roztargnienie było warte fortunę. Wygrał ponad 400 tys. zł. Całe szczęście, że osoba, która anulowała kupon nie wie, jak ważną rolę odegrała w tej historii.

Ostrożni i przezorni

Z reguły odbierają pieniądze w zielonogórskiej dyrekcji Totalizatora. Zawsze jednak proszą o dyskrecję. Czasami wnioskują o przekazanie ich fortuny do Poznania lub Szczecina. Milionów nie dostają w żadnej walizeczce, zostają one przelane na wskazane konto lub konta. Do tego zaświadczenie dla fiskusa, że nagły przypływ gotówki to zasługa szczęścia, a nie machinacji. Oczywiście od wygranej płacą 10 proc. podatek.
Historię pewnego zielonogórskiego totolotkowego milionera jako dykteryjkę opowiada szef oddziału jednego z banków. Bogacz przyjechał do niego z pieniędzmi - częścią wygranej, którą tak na wszelki wypadek odebrał w Poznaniu. Poprosił o umieszczenie ich na najlepiej oprocentowanej lokacie. Przy okazji pochwalił się swoim niebywałym sprytem. Bojąc się plajty banku, postanowił wygraną podzielić na konta w kilku tych instytucjach. Sprytny i przezorny był niebywale. Wybrał oddziały... tego samego banku w różnych miejscowościach.

Skok na bank

W zielonogórskim oddziale zapanowała radość, gdyż po krótkim okresie, kiedy zgodnie z prawem serii w tym regionie wygrane padały jedna po drugiej, przez ostatnie dwa lata była posucha. Wcześniej na liście rekordzistów długo przewodziły wygrane z Głogowa, Gubina i Sulechowa.
Czy czeka nas kolejny czas "tłusty". Na to ma nadzieję Totalizator. Nic dziwnego, gdyż po okresie, gdy w Lubuskiem padały wygrane, zaczęliśmy częściej zaglądać do kolektur i wyprzedziliśmy pod tym względem nawet mieszkańców Śląska. Do wierzących najbardziej w swoje szczęście warszawiaków jeszcze nam sporo brakuje...
- Już więcej ludzi wysłało kupony - zapewnia pracująca przy lottomacie w Przyborowie Magdalena Zarzeczna. - Cóż, chyba zobaczyli, że wygrana jest możliwa.
- Raczej zbyt wielu myślało o tym, na co by przeznaczyli wygraną i im tak zostało - dopowiada kobieta.
- A ja tam tego kuponu nawet nie wyślę - dodaje druga. - Tak jak na to patrzę, to aż skóra cierpnie mi na plecach. Wygrana to tylko milion kłopotów. Albo i więcej.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.