Nowy Ład - pomysł na wyjście z kryzysu. Trochę dla Polski, a trochę dla premiera

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Premier Mateusz Morawiecki
Premier Mateusz Morawiecki Fot Arkadiusz Gola / Polskapresse
Mateusz Morawiecki zakończył 2020 rok bardzo mocno politycznie poobijany. To na niego spadła odpowiedzialność za porażki państwa i rządu w walce z II falą pandemii, do tego zaś jego sytuacja w koalicji rządzącej wciąż pozostaje skomplikowana. Program „Nowy Polski Ład” ma być jego sposobem na przejście do ofensywy

Mateusz Morawiecki, który od kilku tygodni rzadko pokazuje się publicznie i wyraźnie unika wypowiadania się w niewygodnych kwestiach związanych z pandemią i programem szczepień, intensywnie przygotowuje się do ofensywy. Sposobem na nią ma być rozbudowany program społeczno-gospodarczy „Nowy Ład” vel „Nowy Polski Ład”, czyli recepta Morawieckiego na wyjście Polski z kryzysu wywołanego przez epidemię i powrót na ścieżkę wzrostu. Zarazem to próba ucieczki do przodu samego premiera - być może w ostatnim możliwym momencie. Morawiecki zakończył 2020 rok z mocno negatywnym politycznym bilansem, ma też silnych oponentów wewnątrz rządzącej koalicji, za to brak mu rezerwowych aktywów, z których mógłby czerpać, by przetrwać kolejne trudne miesiące. Dlatego właśnie musi znaleźć sposób na nowe otwarcie.

Tym więc ma być ów „Nowy Ład”, kompleksowy program odbudowy po pandemii, celowo nawiązujący już na poziomie samej nazwy do historycznego planu, z pomocą którego Franklin Delano Roosevelt wyprowadzał Stany Zjednoczone z Wielkiego Kryzysu.

Zanim bardziej szczegółowo zajmiemy się tym, co wiemy na temat „Nowego Ładu”, zacznijmy od oceny sytuacji, w jakiej znalazł się premier. Obiektywnie rzecz biorąc nie jest ona łatwa. Dla Mateusza Morawieckiego druga połowa 2020 roku była politycznie bardzo kosztowna. Najpierw nie udało się zdyskontować skutków rekonstrukcji rządu - przeciwnie, poprzedzające ją zwarcia w koalicji zdecydowanie nie przysłużyły się wizerunkowi rządzącego obozu. Chwilę później szef rządu stał się twarzą klęski polskiego państwa w konfrontacji z drugą falą pandemii. Najgorszy był listopad - przez wszystkich w rządzie wspominany jako okres zbiorowej traumy, co zresztą pokrywa się z odczuciami większości Polaków dotyczącymi szczytowej fazy II fali pandemii. Wydolność systemu opieki medycznej została wówczas przekroczona, szpitale zapełniły się chorymi, a nastroje społeczne zostały zdominowane przez urealniające się na oczach Polaków lęki.

W efekcie w listopadzie 2020 roku rząd Morawieckiego miał w comiesięcznym sondażu CBOS notowania najgorsze od początku kadencji - z zaledwie 30 procentami zwolenników i 45 procentami przeciwników. W grudniu było minimalnie lepiej, ale o żadnej zmianie trendu nie sposób jeszcze mówić.

Dodajmy jeszcze dwa największe polityczne problemy końcówki 2020 roku - oba zafundowane sobie przez Zjednoczoną Prawicę na własne życzenie. Wyrok podporządkowanego obozowi władzy Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy antyaborcyjnej wywołał żywiołowe, masowe protesty, czyniąc z praw kobiet jeden z najważniejszych obecnie tematów polityki i budząc mocno sprzeczne uczucia również w całkiem liczebnej części elektoratu PiS zdecydowanie niechętnie nastawionej do prób zaostrzania prawa aborcyjnego.

Z kolei szarża Polski i Węgier na forum Unii Europejskiej, mająca w założeniach być błyskotliwym manewrem na rzecz wzmocnienia pozycji Warszawy i Budapesztu na unijnym forum i wrażenia na ten temat na obu politycznych rynkach wewnętrznych, została bardzo źle przyjęta przez opozycyjnie nastawioną część społeczeństwa, a następnie skończyła się nerwowymi negocjacjami i ostatecznie kompromisem - który bardziej radykalne skrzydło rządzącej koalicji zgodnie uznało za zgniły.

Na sondażowym osłabieniu Morawieckiego i jego rządu, a nawet na tym, że w oczach części Polaków to szef rządu stał się twarzą pandemicznego dramatu, problemy premiera się nie kończą.

Wewnątrz Zjednoczonej Prawicy Morawiecki wciąż poddawany jest presji ze strony Zbigniewa Ziobry i jego ludzi. Koalicyjne przesilenie poprzedzające rekonstrukcję jego rządu bardzo wydatnie ukazało skalę napięć, jakie powstały wewnątrz koalicji, jak i temperaturę emocji, które im towarzyszą.

To że premier i do poszerzenia obszaru swych wpływów minister i koalicjant w jednej osobie mają naturalnie sprzeczne interesy, to jedno. Ale tutaj na tym się nie kończy. Bo chodzi też o czystą niechęć, konkurencję, toksyczną w wielu wymiarach rywalizację. O konflikt, który zaczął się w pierwszym okresie funkcjonowania rządu Beaty Szydło, a w kolejnych miesiącach i latach tylko narastał.

Podczas przymiarek do rekonstrukcji, na przełomie lata i jesieni ubiegłego roku bardzo łatwo można było usłyszeć od polityków Zjednoczonej Prawicy o spięciach albo wręcz awanturach, do których dochodziło między Morawieckim i Ziobrą - czy to podczas posiedzeń rządu, czy to w trakcie wewnątrzkoalicyjnych spotkań i negocjacji.

- Co tu kryć, zresztą już i tak za późno na krycie czegokolwiek. Nie ma i raczej nie będzie między nimi chemii - mówi mi dobrze poinformowany w kwestii stosunków pomiędzy koalicjantami polityk prawicy. Czy się zatem nie znoszą? - Z tego, co wiem, krzyków i scen już nie ma, ale nie sądzę, żeby któryś z nich mógł mieć poczucie, że może się do tego drugiego bezpiecznie odwrócić plecami.

Ziobryści próbują pchać koalicję w kierunku prawicowego radykalizmu - co z kolei zmusza PiS do nieustannej licytacji, tak by partia Jarosława Kaczyńskiego nie została okrążona od prawej strony. Licytacja na ultraprawicowy radykalizm oznacza jednak dość nieuchronne - i często bardzo poważne - kłopoty z wyborcami bardziej centrowymi (umówmy się, że tego pojęcia używamy tu w ogromnym uproszczeniu i z uwzględnieniem specyfiki polskiej sceny politycznej, wciąż bardzo mocno - razem ze swym centrum - przechylonej na prawo). Ostatnią tego odsłonę oglądamy właśnie w związku z wyrokiem TK w sprawie ustawy aborcyjnej. Dla Morawieckiego, którego notowania w największej mierze zależą właśnie od wyborców PiS bliższych tym bardziej umiarkowanym frakcjom partii rządzącej niż ziobrystom, to kolejny pakiet problemów. I kolejny powód spadków notowań. Bo przecież w oczach tej bardziej umiarkowanej części wyborców PiS, Morawiecki staje się właśnie „winnym” nieprzeciwstawienia się Ziobrze i zarazem „słabym”, bo nie starczyło mu na to siły.

W PiS słychać zresztą - i to nie od wczoraj - pogłoski o możliwej wymianie premiera. Pomysł, o którym można było usłyszeć już w listopadzie, sprowadza się do następującej myśli - Morawiecki pozostaje szefem rządu aż do momentu, w którym epidemię koronawirusa będzie można uznać za pokonaną, biorąc tym samym na siebie bagaż społecznej niechęci - zbierany za sprawą samej pandemii i porażek polskiego państwa w konfrontacji z nią, jak i z powodu konieczności podejmowania i firmowania własną twarzą niepopularnych decyzji o kolejnych obostrzeniach sanitarnych czy restrykcjach obejmujących gospodarkę i nasze życie codzienne. Mówienie obywatelom w kilkutygodniowych odstępach, co będzie im tym razem wolno, a czego nie wolno (ze szczególnym naciskiem na to drugie), zdecydowanie nie jest najlepszym sposobem na zdobywanie popularności. Skoro tak, to Morawiecki miałby się tym zajmować, aż do końca

Za to, gdy pandemia będzie już wygasać, u sterów rządów miałby stanąć ktoś inny, nowy, z czystą kartą. To dopiero ten ktoś rozpocząłby kontrofensywę mającą na celu wyprowadzenie PiS z pandemiczno-politycznego kryzysu.

Pomysł z „Nowym Ładem” oznacza, że Mateusz Morawiecki nie zamierza przyjąć tej roli zderzaka i biernie czekać na smutny koniec swej obecnej misji. Zamiast tego próbuje wziąć byka za rogi i zawalczyć o swoje. Pytanie tylko, czy wybrał odpowiednie do tego narzędzie.

Nazwa „Nowy Ład” nawiązuje bezpośrednio do słynnego programu „New Deal” (nazwa programu przygotowywanego przez Morawieckiego jest podręcznikowym tłumaczeniem „New Deal”) ogłoszonego przez Franklina Delano Roosevelta w 1933 roku, czyli w momencie, w którym Amerykanie doświadczali najbardziej dotkliwych ekonomicznych skutków rozpoczętego w 1929 roku Wielkiego Kryzysu. „New Deal” był programem o ogromnym rozmachu i rewolucyjnym charakterze, jeśli chodzi o dogmaty ówczesnej ekonomii. Jego logika opierała się na zwiększeniu siły nabywczej amerykańskiego społeczeństwa w celu stymulowania w ten sposób gospodarki do wyjścia z kryzysu i dalszego wzrostu. Program okazał się historycznym sukcesem i zbudował podwaliny późniejszej amerykańskiej potęgi gospodarczej. „New Deal” był potężną interwencją państwa na wielu poziomach gospodarki. W ramach programu wzmocniono rolę związków zawodowych, wprowadzono różne narzędzia stymulowania płac i opieki socjalnej (płaca minimalna, system emerytalny etc.) oraz liczne - w Stanach Zjednoczonych lat 30. praktycznie nieznane - regulacje dotyczące czasu, wymiaru i warunków pracy. Uruchomiono też gigantyczny program robót publicznych, w ramach którego zatrudnienie przy budowie niezliczonych dróg, mostów i tam znalazło prawie 10 milionów bezrobotnych Amerykanów. Nie da się ukryć, że to dość ambitny punkt odniesienia.

- Tak, właśnie, „Nowy Ład” ma być dokładnie czymś takim - mój rozmówca z PiS sprawia wrażenie, jakby rzeczywiście wierzył w rozmach szykowanych przez Morawieckiego i jego otoczenie propozycji.

Z informacji „Polski” wynika, że pierwsze przymiarki do tworzenia planu miały miejsce jeszcze jesienią, na początku drugiej fazy pandemii. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Mateusz Morawiecki mówił zresztą o tym publicznie, po raz pierwszy używając właśnie sformułowania „nowy ład”. „Wchodzimy w czas przebudowy świata. Przebudowy najgłębszej od 30, a może nawet od 80 lat. Widzimy, że sytuacja jest dynamiczna - ekonomiści, którzy jeszcze w kwietniu-maju zastanawiali się, czy będziemy mieli do czynienia z V-kształtnym, U-kształtnym, W-kształtnym czy L-kształtnym odbiciem, gremialnie się mylili. Odbicie po koronawirusie przyjmie kształt litery K. To dlatego, że niektóre branże znakomicie rosną nawet mimo epidemii, a może nawet na skutek epidemii, a inne są bardzo mocno poturbowane” - mówił wtedy Morawiecki w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.

Ogłoszenie swojego wielkiego planu zapowiadał na styczeń - oczywiście nic takiego nie miało miejsca. Jeśli chodzi o planowaną datę ogłoszenia planu „Nowy Ład”, to obecnie mówi się o końcu lutego czy początku marca. Do tej daty niekoniecznie warto się jednak przywiązywać. Żeby ogłoszenie planu było możliwe już wtedy, muszą zostać spełnione przynajmniej dwa warunki, oba wiążące się z epidemią i zdecydowanie nie w pełni zależne od samej politycznej woli PiS czy jej braku. Po pierwsze, opinia publiczna musi przynajmniej zyskać wrażenie, że rząd odzyskał inicjatywę i zaczął radzić sobie z większością tego, co wiąże się z walką z pandemią - na czele z Narodowym Programem Szczepień. Po drugie epidemia nie może powrócić na falę wznoszącą.

Tylko tyle i aż tyle - bo Narodowy Program Szczepień w najlepszym razie dopiero zaczyna wychodzić na prostą, zaś tego, jak będzie wyglądał epidemiczny scenariusz kolejnych miesięcy, nie wie dziś tak naprawdę nikt.

Program „Nowy Ład” ma się składać z kilkunastu rozdziałów (najczęściej wymieniana jest liczba 16). Ma zawierać między innymi pomysły na gospodarkę, inwestycje oraz projekty wsparcia dla rodzin. Na tym nie koniec, bo na liście umieszczono także obszary edukacji, cyfryzacji, służby zdrowia, infrastruktury i mieszkalnictwa.

Brzmi to wszystko bardzo ambitnie - zarazem trudno jednak zapomnieć o innych wielkich planach ogłaszanych przez Morawieckiego i jego poprzedniczkę Beatę Szydło. Było ich już kilka. „Plan Morawieckiego”, „Mieszkanie Plus”, „Luxtorpeda 2.0”. Każda z tych inicjatyw robiła dobre wrażenie w pierwszych miesiącach i latach rządów PiS. Dziś, po pięciu latach, próżno jednak rozglądać się za polskimi samochodami elektrycznymi parkującymi na osiedlach z Mieszkania Plus. O sile polskiej gospodarki wciąż decyduje zaś nie innowacyjność i efektywność ery nowych technologii, lecz tak zwana historyczna premia niskich kosztów pracy. W kontekście „Nowego Ładu” trudno będzie uniknąć takich repetycji a cały program od razu może być oceniany przez pryzmat swych mniej lub bardziej papierowych poprzedników.

Dla Polski „Nowy Ład” miałby być sposobem na wyjście z wywołanego pandemią kryzysu. Dla Mateusza Morawieckiego zaś sposobem na to, by w PiS ucichły szepty o rychłej wymianie premiera, za to powróciły rozważania o obecnym szefie rządu jako następcy Jarosława Kaczyńskiego. Ani jednego, ani drugiego nie da się jednak pozałatwiać ani samą prezentacją slajdów, ani kilkoma tweetami zachwyconych nią dziennikarzy. Los Morawieckiego jako jednego z najważniejszych polityków rządzącego obozu zależy więc w dużej mierze od tego, czy on i jego otoczenie mają tego świadomość.

Nauczanie hybrydowe zamiast powrotu do szkół

Wideo

Materiał oryginalny: Nowy Ład - pomysł na wyjście z kryzysu. Trochę dla Polski, a trochę dla premiera - Polska Times

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Kaczyński jak Czauczesku...zakazał aborcji...mamy książkowego dyktatora...bawi się moja komórka jajowa...ja się jego jaj..ami nie bawie

Dodaj ogłoszenie