MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Od czegoś trzeba zacząć

AGNIESZKA MOSKALUK (95) 722 57 72 [email protected]
Janek i Staszek nie chcą takiego życia - na śmietniku czy w kanale
Janek i Staszek nie chcą takiego życia - na śmietniku czy w kanale Kazimierz Ligocki
- Śmiechu jest, kiedy jedziesz autobusem! Ogolony. Czysto ubrany. Pachnący. Z komórką w kieszeni. Kanar pyta cię o bilet, a ty wyciągasz z kieszeni glejt, żeś bezdomny. Szczęka mu opada, bo myśli, że "alberciak" to od razu musi być brudny lump, dla którego nie ma przyszłości.

A Janek wierzy w swoją przyszłość. Owszem, jest trzeźwym alkoholikiem bez domu i stałego meldunku, ale nigdy nie poddał się brutalnie prostym regułom ulicy. Od czterech miesięcy bierze udział w programie wychodzenia z bezdomności. Za dwa miesiące zacznie nowe życie na własny rachunek. Na razie ma pokoik, szumnie nazywany mieszkaniem chronionym, w budynku naprzeciw schroniska dla bezdomnych. Często na nie patrzy. - Nigdy więcej tam nie wracać. Nigdy! - myśli.
Staszek też nie zamieniłby swojej kanciapki na wieloosobową salę po drugiej stronie ulicy. I wcale nie o to mu chodzi, że musiałby znów stać w kolejce do ubikacji. - Jak człowiek posmakuje normalnego życia, to nie chce już inaczej - mówi.

Od czegoś trzeba zacząć

W niewielkim domu naprzeciwko gorzowskiego schroniska św. Brata Alberta, oprócz Janka i Staszka, mieszka jeszcze czterech bezdomnych. Jest wczesne popołudnie, więc pozostali są w pracy. Janek i Staszek też pracują. Tyle że na miejscu. Na Janka mówią Chochla, bo gotuje dla "alberciaków" obiady. Staszek to Gospodarz. Obejścia pilnuje, pali w kotłowni, gdy zimno. Obaj czasem chwytają dodatkową pracę na mieście. Każdy grosz się liczy, gdy normalne życie już na nich czeka.
- Uznaliśmy, że są gotowi do tego, by dać im trochę swobody. By mogli wziąć za siebie odpowiedzialność i spróbować normalnie żyć - mówi Dariusz Obiegło, szef schroniska i inicjator pomysłu z mieszkaniami chronionymi.
Niełatwo na nie zasłużyć. Za to szybko można stąd z powrotem trafić do schroniska. Wystarczy kropla alkoholu, głupia wpadka i wszystko szlag trafia. - Trzeba się pilnować. Tamto schroniskowe życie jest parszywe, ale wygodne. Koledzy. Towarzystwo do pośmiania się. Dadzą wyrko do spania. Talerz jedzenia. Życie płynie. O nic nie trzeba się martwić. To wciąga. A jak zassie, można się już nie wyrwać - mówi Janek. Ani jego, ani Staszka nie zassało. Ale oni chyba nigdy nie byli naprawdę zassani. Nawet gdy żyli na ulicy.

Honor mężczyzny

Janek przez lata miał problem z alkoholem. Dla rodziny zerwał z nałogiem. Przeszedł terapię. Był na prostej, kiedy zaczęło się psuć w domu. - Nie widziałem sensu dłużej tego ciągnąć. Odszedłem w kapeluszu i z parasolem - mówi.
Na krótko wrócił nałóg. Szybko się opamiętał. Znalazł kobietę. Ale nie czuł się dobrze. Uciekł, kiedy było już tak duszno, że chciało mu się pić. 28 lipca znalazł się na ulicy. Nie został na niej długo. Przyszedł do schroniska. - Bez ściemy powiedziałem, jak jest. Dostałem łóżko i szansę - mówi poważnie. Cztery miesiące później już przenosił się na drugą stronę ulicy.
Historia Staszka jest podobna. Tyle że on nigdy nie pił. - Dla trojga w jednym łóżku jest za ciasno, więc się uniosłem honorem. Zapakowałem w reklamówkę dokumenty, ubranie na zmianę i wyszedłem - wspomina. Zamieszkał u rodziców. Potem na stancji. Kiedy stracił pracę, stracił i pomysł na życie: - Dziesięć dni spędziłem w krzakach, przy Kanale Ulgi. W końcu pomyślałem: cholera, nie chcę tak skończyć. I przyszedłem tutaj.

Kawałek domu

Janek i Staszek nie wstydzą się, że są "alberciakami". Wręcz szczycą się tym, że mimo wszystko nie stracili człowieczeństwa. Godności. Bawi ich łamanie stereotypu bezdomnego lumpa. - Tak łatwo człowieka ocenić na oko. A można mu zrobić wielką krzywdę. Na przykład jedziesz autobusem. Ogolony. Czysto ubrany. Pachnący. Z komórką w kieszeni. Kanar pyta cię o bilet, a ty wyciągasz z kieszeni glejt, żeś bezdomny. Szczęka mu opada, bo myśli, że dla "alberciaka" nie ma przyszłości - mówią.
"Po drugiej stronie ulicy" (tak mieszkania chronione nazywają ich mieszkańcy) czysto jak w pudełeczku. Biała pościel na łóżkach. Święte obrazki na ścianach. Książki. Firanki. Na podwórku ani papierka. Pod wiatą leży równo pocięte drewno na opał. Sami wszystko robią. Kiedy tu się wprowadzali, chałupa wyglądała jak nora. Łuszcząca się farba, grzyb. Wzięli się do roboty. D. Obiegło pomógł w zdobyciu materiałów budowlanych, ale remontowali sami.
Janek pokazuje błękitną kuchenkę, pachnące farbą korytarze. - Tylko na górze jest jeszcze sporo roboty, ale na to nie ma na razie pieniędzy - mówi. Staszek tylko się uśmiecha: - Dobre i to. Najważniejsze, że człowiek czuje, że jest na swoim. Jak w domu. Tu nikt za nikogo nic nie zrobi. Chcesz, to masz. Nie chcesz, odpadasz. Tu nie ma innej drogi. Albo do normalności, albo z powrotem do schroniska.

Dobre chłopaki

- To dobre chłopaki. Na początku to my się bali, że bezdomni będą tu mieszkać. Że będą burdy, pijatyki, policja. A oni nic. Tylko pracują, sprzątają, w obejściu się kręcą. Jeszcze pomogą, jak się poprosi - mówi jeden z sąsiadów.
Dla chłopaków to wielka sprawa. Jak jest dom, to są i sąsiedzi, których trzeba szanować - zauważają. W maju kończy im się kontrakt na mieszkanie chronione. Będą musieli pójść na swoje. - Może Obiegło pomoże znaleźć pracę z mieszkaniem? Albo trafi się jakaś inna okazja? Na ulicę na pewno nie trafimy - zapewnia Staszek.
Obaj wiedzą, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. - Ale człowiek dojdzie do takiego momentu, że będzie się gotów spotkać z rodziną. Spojrzeć jej w oczy i pokazać, że coś się osiągnęło.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na gazetalubuska.pl Gazeta Lubuska