Pani Adela uczyła po kryjomu podczas wojny

Leszek Kalinowski 0 68 324 88 74 lkalinowski@gazetalubuska.pl
- Niezależnie od czasów i zagrożeń, zawsze chciałam uczyć – przyznaje Adela Stojanowska-Han
- Niezależnie od czasów i zagrożeń, zawsze chciałam uczyć – przyznaje Adela Stojanowska-Han fot. Paweł Pochocki
Od dziecka chciała być nauczycielką. Wojna nie zmieniła jej marzeń. Choć Ukraińcy w bestialski sposób zabili jej mamę, czuła, że jej powołanie to nauczanie dzieci polskiego.

Adela Stojanowska-Han z Zielonej Góry wraca pamięcią do wsi Kobyłowłoki w woj. tarnopolskim, gdzie przyszła na świat w 1925 r. Swoje dzieciństwo wspomina jako sielskie-anielskie. Do wybuchu II wojny światowej zdążyła ukończyć dwie klasy gimnazjalne. Po17 września 1939 r., kiedy to wojska radzieckie zajęły wsie i miasteczka, postanowiła sama uczyć się, by móc zdać do następnej klasy.

Lekcje u sołtysa

Okupacja nie zniechęciła jej do nauki. Jeździła do szkoły handlowej w Czortkowie. To jej gimnazjalni profesorowie zorganizowali tu tajne komplety. Pod ich okiem zaliczyła I klasę przedwojennego liceum. Należała w tym czasie do ruchu oporu. Była łączniczką i kolporterką AK w plutonie Jeż. Jej pseudonim to Jagienka. Przewoziła gazetki i paczki do określonych odbiorców. Wykorzystywała do tego legitymację szkolną, uprawniającą ją do przejazdów na trasie: Trembowla - Kopyczyn - Czortków.

Polskie rodziny z sąsiedniej wsi Młyniska prosiły ją, by nauczała ich dzieci. Nie wahała się. Utworzyła dwa komplety i do lipca 1944 roku zaliczyła z nimi program I i III klasy.

- Najczęściej zajęcia odbywały się u sołtysa w domu. Najmniej podejrzanie to mogło wyglądać - wspomina. - Ale lekcje prowadziłam też w prywatnych domach. Mieliśmy stare, polskie podręczniki i zeszyty. Nowości nie było, dlatego trzeba było niektóre czytanki powtarzać kilkakrotnie. Zajęcia odbywały się co drugi dzień. Każdy z nas musiał bardzo uważać, bo wielu miejscowych Ukraińców było na usługach Niemców. To oni nie tylko donosili, ale sami napadali, mordowali bezbronną ludność. Taki los spotkał moją mamę.

Tyfus zabrał ośmioro

- Kiedy Polska odzyskała niepodległość, moja mama została wybrana przez księdza do odegrana roli Emilii Plater. W przedstawieniu jechała na koniu, w pierwszym rzędzie, dopiero później inne dziewczęta - opowiada pani Adela. - Ukraińcy dobrze pamiętali tę scenę. Dlatego potem, w czasie II wojny światowej, zamordowali mamę. Miała 43 lata. To nie było jedyne dziecko mojej babci. Ona miała 18 córek i synów. Z powodu tyfusu, jaki panował podczas okupacji, ośmioro dzieci jej zmarło…

Po wojnie pani Adela wraz z 85-letnią babcią przybyła towarowymi wagonami do Reczycy w pow. świebodzińskim. Miała za sobą kilkuletni staż pracy jako nauczycielka. Teraz już w innych warunkach także chciała nauczać. Najpierw skierowano ją do SP w Myszęcinie, potem w Osiecznicy, Koziej Górze (Gostchorze), Krośnie Odrzańskim. Podnosiła swoje kwalifikacje. Ukończyła m.in. Studium Nauczycielskie w Kołobrzegu i polonistykę na WSP w Opolu. W 1969 r. z Krosna przeprowadziła się z rodziną do Zielonej Góry i rozpoczęła pracę w wojewódzkiej bibliotece pedagogicznej, skąd jako dyplomowana nauczycielka-bibliotekarka odeszła - w 1980 r. - na emeryturę.

Przez cały czas jest zaangażowana, gotowa do pomocy i dzielenia się tym, co ma z innymi. Choćby śliwkami z działki. Bo - jak mówi - ma ogromną radość z dawania siebie innym.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie