Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Paweł Zarzeczny: Umarłem trzy lata temu

Paula Zarzeczna
Fot. materiały własne
Z jednej strony szkoda, z drugiej – to mój pierwszy urlop od blisko czterdziestu lat. Dziennikarstwo to wymagająca kochanka, a o kochankach pojęcie mam spore - spytajcie mojej żony.

Miałem nadzieję na odpoczynek, ale Bóg wymyślił sobie epidemię koronawirusa (to i tak lepiej niż dziesięć plag Egipskich; chyba trochę wyluzował od czasów Starego Testamentu) i nagle wszyscy polscy dziennikarze postanowili przebranżowić się na epidemiologów i historyków. Tymczasem dżumę powinien kojarzyć każdy maturzysta, a w zamieszczaniu statystyk zachorowań świetnie sprawdziliby się stażyści.

Trwa epidemia, a nie pojawił się jeszcze na jej temat żaden ciekawy artykuł. Nic dziwnego, że Polacy przestali kupować gazety. Poza tym – umarłem ja, więc może być tylko gorzej… Chyba, że zatrudnicie moją córkę. Mądra po mnie, niepijąca po mamie! Poprosiłem ją, żeby przepisała mi te kilka słów na komputer (nie wyobrażacie sobie jak ciężko przetłumaczyć alfabet na ruchy żyrandola), żeby podratować słabą sytuację polskiej prasy. Jak jeszcze żyłem, zarabiała na tym nieźle – stówkę za każdy tysiąc znaków, a teraz musi jej wystarczyć renta z ZUS-u, bo w Niebie nie zamieniają jeszcze zdrowasiek od fanów na gotówkę. Mam nadzieję, że przez ostatnie trzy lata popracowała nad interpunkcją i korektor nie musiał zostać po godzinach. Tylko nie mówcie, że Zarzeczny się w grobie przewraca. Oczywiście, że się przewraca. Kto dałby radę przeleżeć trzy lata w jednej pozycji? Trzeba ponownie przemyśleć formy pochówku.

No więc: koronawirus. Ja nie panikuję. Piję deszczówkę i obserwuję was z chmurki - tylko żal, że ładne dziewczyny noszą maski. W Niebie sytuacja wymknęła się spod kontroli. Zarażeni są wszyscy, bo Bóg zdelegalizował spirytus po tym, jak Lucyfer się upił i zaczął coś bredzić o rewolucji (podobno tak powstało Piekło, taki biblijny Brexit). Chorzy próbują umierać, ale Bóg nie wie co z nimi zrobić. Co prawda wymyślił już życie po życiu, ale życie po życiu po życiu to zupełnie nowy projekt i w tym roku nie ma już na niego budżetu.

Wy, mimo wszystko, macie trochę łatwiej. Jest szansa, że ktoś z waszego otoczenia wykupił wojewódzki zapas żelu antybakteryjnego i dzięki temu przetrwacie. Niektórzy jednak mają mniej szczęścia i pożegnacie się wcześniej, niż byście tego chcieli. Te sytuacje nigdy nie są łatwe, ale są potrzebne – i mam na to dwa niepodważalne dowody.

Po pierwsze, trafiłem do Nieba (a to znaczy, że dla wielu z was też jest jeszcze nadzieja) i nie znalazłem tu jeszcze żadnego zegarka. Bóg ma swoje pojęcie czasu, a święty Piotr nie stoi w bramie z listą przyjęć: Zarzeczny na 9:30 GMT+1 czasu ludzkiego, prycza 161-Z w sektorze P. Tutaj wszystko płynie i dzieje się wtedy, kiedy powinno. Po drugie, najbardziej wartościowa nauka wynika z cierpienia. Strata uczy: jak kochać, jak doceniać, jak dbać. Strata pomaga zrozumieć co jest ważne, a co stanowi tylko blade tło. Strata przypomina o tym, że nic nie jest na zawsze. Strata daje aroganckim częściom naszych charakterów mocnego pstryczka w nos.

Jednak śmierć sama w sobie nie jest tak straszna, jakby się wydawało. Nie jest końcem podróży, jedynie kolejnym przystankiem szlaku. A trasa?

Piękniejsza niż można sobie wyobrazić. Tym ciekawsza, im serdeczniejsze myśli kierują w górę nasi bliscy. Zamiast więc zamartwiać się tym, że coś się skończyło, warto pomyśleć o tym, co dzięki temu miało swój początek…

Sęk w tym, żeby skupiać się na tych, którzy są wśród nas. Dawać z siebie wszystko dopóki jest taka możliwość. Mówić „kocham”, wspierać, towarzyszyć w momentach smutnych, ale i tych wesołych. Korzystać z czasu, który pozostał. Tylko wtedy, gdy przyjdzie nam uporać się ze śmiercią, nie będzie ona traumatyczna. Nie będzie oparta na wyrzutach sumienia: nie kochałem, nie doceniałem, nie dbałem. Dominować za to będą piękne wspomnienia. I kiedy w najmniej odpowiednim momencie przypomni ci się zmarła babcia czy rodzice którzy dawno już odeszli - zamiast tonąć we łzach, uśmiechniesz się do siebie.

Paradoksalnie, mimo jej niewątpliwej brutalności, pandemia koronawirusa może nam się do czegoś przydać: to cenna lekcja tego, że śmierć przychodzi znienacka. Nie uprzedza i nie pyta o pozwolenie. „Doceniajcie przed śmiercią”. To epitafium z mojego nagrobka. Doceniajcie to, co macie zanim umrzecie. Doceniajcie tych, których macie przy sobie zanim umrą.

A kiedy obowiązek kwarantanny minie, wszystkich szukających wyciszenia zapraszam do wizyty na Cmentarzu Bródnowskim w alejce 22F. Chętnych by zapalić u mnie znicz proszę, by zamiast tego pozostawili światełko przy Krzyżu Katyńskim obok kościoła drewnianego. Zawsze powtarzałem córce, żeby o tym pamiętała, teraz powierzę to zadanie wam.

Umarłem trzy lata temu, 25-ego marca 2017.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Odszkodowania i nowe miejsce dla działkowiczów w Trzebini

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Paweł Zarzeczny: Umarłem trzy lata temu - Portal i.pl

Wróć na gazetalubuska.pl Gazeta Lubuska