Podróżnik magiczny. Droga do Bali [ZDJĘCIA]

Julia Janiszewska
O Bali często mówi się w kategoriach „raju”. Jest w tym dużo racji Julia Janiszewska
Nowy Rok witamy w jednym z barów. Wszyscy życzą sobie „Selmat tahun baru”, a po ulicy biegają duże, papierowe, kolorowe smoki, podobne do tych znanych z bajek chińskich. To mój pierwszy Sylwester w obcym kraju. Ponieważ jesteśmy wielonarodową grupą wielokrotnie życzymy sobie Szczęśliwego Nowego Roku zaczynając, ze względu na Australijczyków, już o dwunastej w południe.

Fon, koleżanka z Malezji powiedziała mi kiedyś, że ojciec nie wypuszczał jej od stołu dopóki nie zjadła ostatniego ziarenka ryżu z talerza. Nie ma co się dziwić. Jedno posadzone ziarno ryżu wydaje około stu. Niektóre gatunki można zbierać trzy, inne tylko dwa razy w roku. Głęboki szacunek mieszkańców Azji do każdego ziarenka nie zaskakuje. Ryżowe pola malują Jawę i Bali. Ich cudna zieleń relaksuje przyjezdnych. Jednak to nie pora odpoczynku. Dla tubylców to czas zbiorów.

Selamat Tahun Baru

Po sześciu godzinach w podróży docieramy do położonej w Jawie Środkowej Yogyakarty, zwanej kulturalną stolicą Jawy. Robi się tłoczno i głośno. Tubylcy prześcigają się w jeździe na skuterach. To co na początku biorę za zjazd motocyklowy okazuje się typowym obrazkiem indonezyjskich miast. Skutery i motocykle są niezwykle popularnym środkiem transportu. Czasem nawet na jednym motorze jadą cztery osoby. Nie dziwi liczba wypadków. Sama staję się świadkiem jednego z nich. Na szczęście nie kończy się tragicznie.

Święte Borobudur

Nie można lepiej przywitać dnia niż obudzić się o czwartej rano, zjeść szybkie śniadanie, by przed piątą ruszyć na zwiedzanie przepięknej i największej pojedynczej świątyni Indonezji Borobudur. Chwilę później cieszę oczy zdumiewającymi posągami i zdobionymi murami. Każdy poziom świątyni odpowiada kolejnym reinkarnacjom. Tak jak i cały kraj łączy dwie kultury: hinduską i buddyjską.

Seloliman

Jedno z moich wakacyjnych wspomnień z dzieciństwa to wycieczka rowerowa do Stanów, tych za Nową Solą. Gdy tylko zeszłyśmy z koleżanką z roweru obsiadła nas chmara komarów. Moja jasna sukienka błyskawicznie stała się szara. Trzeba było uciekać. Z Seloliman też chcę uciekać nie od komarów, ale od wszystkich owadów tego świata, które akurat tu zechciały zamieszkać. Jedynie ciekawością zagłuszam zew „wiej gdzie pieprz rośnie”, zresztą kto wie, może rośnie właśnie tutaj. Niezaprzeczalnie jest niezwykle.

Śpimy w chatkach albo raczej usiłujemy spać. W oknach są siatki, a nad łóżkiem moskitiera. Słyszę pobrzękiwania insektów i tupot jakichś nóżek (przypuszczalnie jaszczurkowych), a to na dachu, a to na ścianie. Zaczynam się gorączkowo drapać. Nie wiem, czy to prawdziwe pogryzienia, czy rodzaj mani prześladowczej. Dodatkowych wrażeń dostarcza łazienka, która jest na zewnątrz. Niby węży tu nie ma, ale mogą się zdarzyć. Usypiam przy szumie deszczu, ptasich śpiewach, tupających jaszczurkach oraz świstach, brzękach i bzykach robaczków.

Z naturą za pan brat

Seloliman to specjalne centrum edukacyjne, w którym zwłaszcza młodzi Indonezyjczycy uczą się szanować przyrodę. Ośrodek obsługują głównie wolontariusze. Jest trzoda, kozy, krowy, kury hodowane organicznie, bez sztucznych odżywek, bez wszechobecnej chemii. Mydło robione jest z rosnących tu owoców i tylko takie używane jest do prania. Dodatkowo pomyje oczyszczają specjalnie posadzone w tym celu rośliny.

Dzień za dniem upływa w zgodzie z naturą. Jest tu wszystko czego człowiek potrzebuje. Są rośliny, które leczą malarię, dolegliwości żołądkowe, ból gardła, hemoroidy i reumatyzm.

Zamiast herbaty z torebki pijemy naturalną czerwoną. „Ugotowaną” w wielkim garze z przeróżnych roślin rosnących w ośrodku. Jej kolor i smak – niezapomniane. Tak jak i tradycyjny indonezyjski obiad - tak ostry, że przyprawia o płacz nawet twardzieli uważających się za wielkich zwolenników ostrych przypraw.

Mongo do wszystkiego

Lokalny przewodnik uczy nas magicznego, niezwykle użytecznego, jawajskiego słowa „mongo”, które oznacza: witam, dziękuję, pozdrawiam, do widzenia. Jakiż cudny minimalizm i wydajność. Używam „mongo” przy każdym kontakcie z mieszkańcami niewielkiej wioski. Rzucam „mongo-witam” do kobiety niosącej wielki kosz na głowie załadowany ziołami i „mongo-do widzenia” do dzieciaków odpoczywających na słońcu i piękne „mongo-dziękuję” do babulinki, najstarszej mieszkanki wioski, która parzy dla nas kawę, demonstrując wcześniej jak się ją suszy, młóci i wreszcie parzy. Napój hojnie wyprodukowany pracą ponad dziewięćdziesięcioletnich rąk smakuje niezwykle. Nie przeszkadza brak mleka.

Tu, w tej maleńkiej indonezyjskiej wiosce po raz pierwszy kosztuję organiczne chipsy z suszonych owoców i warzyw.

Bromo

Czegóż się nie zrobi, by zobaczyć wschód słońca nad czynnym wulkanem Bromo? Się wstaje o 2.30 w nocy, się telepie jeepem wyboistą drogą, się marznie w letnich rzeczach.

Wspinaczka na wulkan nie jest wyczynowa. Są schody prowadzące na szczyt i barierki ochronne. Bromo nie boi się wybuchać. Nie raz niszczył okoliczne wioski i zabijał miejscową ludność. Dziś jest spokojny. Nie widać ni ognia, ni lawy. Za to ulatuje z niego gaz. Oddycha się ciężko.

Deszczem do Bali

Jawa żegna nas deszczem. Grzmi i leje na potęgę. Pięć minut i brodzę z plecakiem po łydki w wodzie. Wreszcie wiem co znaczy pora deszczowa.

Krążownik zabiera nas na Bali. Wyspa wita nas deszczem i połamanymi drzewami. Wszystko wskazuje na przeszłą nawałnicę.

O Bali często mówi się w kategoriach „raju”. Jest w tym dużo racji. Niezliczone świątynie, ośrodki masażu w pachnących ogrodach, w których serwują herbatę, rozpływające się ustach owoce, plantacje kawy i kakaowca.

Dni na Bali pachną kadzidełkami i kawą. Tu się odpoczywa poddając się masażom i zabiegom upiększającym, jedząc, oglądając lokalne występy. Jednak nic tak nie uspakaja jak podróż kajakiem po Morzu Bali w towarzystwie tańczących w wodzie, na wodzie, nad i pod wodą delfinów.

Raj

Dopiero na obrzeżach Tirtagangga czuję się jak w raju. Jest dzikość natury. Jest zielono. Krajobraz zdobią tarasy pól ryżowych, niewielkie świątynie i życzliwi mieszkańcy. Na zewnątrz raj, w hotelu – o zgrozo – nie ma wody, a ludzie znajdują w pokojach robaki i szczury. Ja mam więcej szczęścia. Nic żywego mi po bagażu nie biega.

Z Indonezji bez kawy?

Z angielskojęzycznych gazet dowiaduję się, że warunki pogodowe w Europie są bardzo złe, i że pada śnieg, i że wiele lotów jest odwołanych. Siedzę na werandzie otoczona palmami, sączę przepyszny sok z zerwanego parę chwil wcześniej banana i uśmiecham się do siebie – „Tak, bardzo złe.”

To mój ostatni przystanek – Ubud. Miasto położone nad Morzem Bali bezustannie oblegane jest przez turystów, zwłaszcza z Australii. I we mnie budzi naturę „typowego” turysty - trzeba coś kupić. I kupuję kawy i herbaty w wymyślnych opakowaniach w nadziei, że pomogą mi wrócić smakiem do utraconego lata.

Lotnisko Denpasar, Kula Lumpur, Londyn i Dublin. Zima. Otulona kocem sączę kawę z Bali. Już nie znajduję w niej smaku indonezyjskiego lata.

Julia Janiszewska
Autorka pochodzi z Nowej Soli, od ponad dziewięciu lat mieszka w Dublinie. Studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Zielonogórskim i Scenopisarstwo w IADT (Instytut Sztuki, Designu i Technologii) w Dublinie. Wielka miłośniczka kultury, nauki, muzyki, literatury, świata filmu i dalekich podróży. Motto życiowe: marzenia służą jedynie po to, by je spełniać.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie