Podróżnik magiczny - kolejna odsłona. Tym razem z końca świata

Julia Janiszewska
Zaczyna się wielka podróż. Jestem w Madrycie. Czekam na samolot do Buenos Aires. Spełnia się jakże proste marzenie – oddychać powietrzem Patagonii.

Zanim jednak odkryję uroki Ziemi Ognistej, lodowców, And oraz masła z bazylią i chili, naiwnie daję się oszukać pseudotaksówkarzowi w drodze z lotniska. Dopiero później dowiaduję się, że szajki „taksówkarzy” są utrapieniem.

Scenariusz jest zawsze ten sam. Przy wyjściu z lotniska chmara przyjaźnie wyglądających mężczyzn macha do ciebie, kusząc tanim przewozem do miasta. Wsiadasz do niemal rozlatującego się samochodu, nazywanego taksówką. W środku zaczyna się sympatyczna rozmowa. Naturalnie nabierasz zaufania. Kierowca zatrzymuje się, prosząc o zapłatę. Kiedy podajesz mu pieniądze, zgrabnie je podmienia, udając, że dałeś mu banknot o małym nominale. Po dwunastogodzinnym locie nietrudno dać się przekonać do własnego błędu, zatem dajesz kolejny banknot i znów to samo. Podmiana i przekonywanie, że znów się pomyliłam. Nie pomoże mi nawet znajomość hiszpańskiego. Ponieważ orientuję się, że jestem nabierana, taksówkarz wyrzuca mnie z auta i odjeżdża z piskiem opon. Tak dają się nabrać nawet Argentyńczycy. Lekcja zapamiętana. Lepiej zapłacić trochę więcej za oznaczoną taksówkę, którą można zamówić na lotnisku, niż wpaść w tanią pułapkę.
Od innych dowiaduję się, że po mieście krążą szajki, które „próbują ci pomóc”, np. wyczyścić plamę na plecaku. Chwila nieuwagi i tracisz portfel, plecak bądź aparat fotograficzny. Każdy z poznanych towarzyszy podróży okazuje się być ofiarą lub niedoszłą ofiarą „drobnej” przestępczości.

Steki w sosie pieprzowym

Jednak krok po kroku uczę się lubić Buenos Aires. Wygrzewające się w słońcu w parku Palermo niezliczone ilości kotów inspirują. Pomału robi się bezstresowo i wakacyjnie.
Na placu San Telmo kilka par tańczy tango. To, co kiedyś było wizytówką Buenos Aires, teraz jest coraz rzadsze. Tradycja zanika, bo młodzi przestają uczyć się tańczyć, za to wciąż jest żywa legenda argentyńskich steków: delikatnych, miękkich, lekkich, polanych sosem pieprzowym, tak smacznych, że żaden europejski stek dotąd nie przebił tych argentyńskich smakołyków.

Patagonia

Mimo satysfakcji z kulinarnych doznań, z radością opuszczam Buenos Aires i lecę do El Calafate. Miejski upał zamieniam na jesienne temperatury Patagonii. Miasto jest niewielkie a okolica przepiękna i spokojna. Nie oferuje wiele do zwiedzania, ale jest wspaniała do zrelaksowania się, aż szkoda wyjeżdżać, jednak przede mną wielkie wydarzenie - lodowiec Perito Moreno.

Otoczona białoniebieskim lodowcem czuję chłód. Pada śnieg, a jednak lodowiec nie przestaje się kruszyć. Zanim wpadnie w czeluści wody słychać głośne „krak”, nim odwrócę wzrok ciężkie „plusk” ogłasza, że kolejny kawał wyzwolił się od lodowca. Wspaniałe wrażenie, wciąż brzmi w uszach, choć trudno przestać myśleć „Kiedy cały lodowiec się stopi?”.

Dojść jak najdalej

Zanim całkiem pochłonie część Patagonii jeszcze można wyjść w góry, by stamtąd podziwiać kolorową ziemię tej niezwykłej krainy. Dlatego jadę do El Chaltén, ukochanego miejsca wielu miłośników gór. To mój pierwszy tak długi trekking. Trwa ponad 6 godzin. Warunki są ciężkie: zimno, wietrznie, deszczowo, a nawet pada śnieg. Daje znać o sobie ból kolana. Obawiam się, że nie wytrzymam kolejnej, jeszcze dłuższej trasy, ale dobre nastawienie robi swoje. Osiem godzin chodzenia zaliczone. Mimo deszczu i ograniczonej widoczności satysfakcja jest duża.

Granice wytrzymałości

Wracam do El Calafate zadowolona. W autobusie proszą, by nie ściągać butów. Prosty komunikat śmieszy, ale nie dziwi. Woń skarpet i butów po ośmiu godzinach chodzenia może okazać się zabójcze w dużej dawce.

W El Calafate spędzam kolejną spokojną noc, by rano wyruszyć do Puerto Natales i by tam przekroczyć granicę z Chile. Nie wolno mieć ze sobą żadnego jedzenia. Pogranicznicy sprawdzają każdy bagaż. Niektóre bardzo dokładnie. Trzeba się przyznać nawet do posiadania gum do żucia. Czuję się jak przestępca - a co jeśli zapomniałam o zakopanym gdzieś głęboko w plecaku jabłku? Opowieści o nieprzekupności i powadze chilijskich urzędników są prawdziwe. Przeszukują dokładnie bagaże. Nic się nie ukryje. Postój na granicy jest długi i stresujący, ale wreszcie ruszamy.

Wieże

Docieram do kampingu Torres del Paine. Leje. Namioty są doszczętnie przemoczone. Tylko cudem udaje się zakwaterować w budynku zamieszkanym w sezonie przez obsługę kampingu. Jest zimno, ale przynajmniej sucho, a gorący prysznic czyni cuda.

Kolejny dzień nie przynosi zmian pogody. Trekking, by zobaczyć Torres del Paine z bliska nie udaje się. Nie przestaje lać. Chmury kryją wszystko, a miało być tak pięknie. Po sześciu godzinach wracamy do schroniska, ociekając wodą. Suszymy się przy kominku. Wieczorem chmury przesuwają się gwałtownie i ukazują trzy niezwykłe wieże. Jest pięknie. Ten widok nie opuszcza nas aż do zmroku. Już wysuszona idę na spacer. Nocne niebo usiane jest milionami gwiazd. Nie mogę oderwać wzroku. Nawet przy pogodnym niebie w Polsce nigdy nie widziałam takiej ilości ciał niebieskich.

Być Magellanem

Kolejny dzień w Torres del Paine jest mroźny. Pada śnieg, tworząc zimowy klimat. To jak gwiazdka w marcu, a przepięknie opakowanym prezentem jest hiking po okolicach trzech wież. Krótki, niezbyt wymagający, bo przed nami dwunastogdzinna podróż do serca Ziemi Ognistej, kolorowej Ushuaii.

W drodze podziwiam z oddali Cieśninę Magellana. Mam przyjemne dreszcze. Nigdy nie myślałam, że dotrę na tak odległy kraniec świata jak jeden z największych podróżników-odkrywców. Dziś czuję się jak sam Ferdynand Magellan.

Mordor

Zbliżamy się do Uszuai. Wcielając się w rolę eksploratora, rozglądam się na wszystkie strony. Ognia nie widać, za to zbierające się wokół And ciemne chmury sprawiają wrażenie dymu. Jest mrocznie jak w tolkienowskim Mordorze, jakby w tym miejscu ziemia płonęła.

Magiczna latarnia

Jestem daleko, ale można jeszcze dalej. Wsiadam w katamaran i płynę w kierunku Antarktydy po Kanale Beagle. Zimno, wieje, mdli mnie, ale to niezwykła podróż. Obserwuję foki i lwy morskie. Jest ich nawet więcej niż kotów w Buenos Aires. Jeszcze szerzej uśmiecham się na widok najdalej wysuniętej na południe latarni morskiej, tej która jest bohaterką powieści Julisza Verne „Latarnia na końcu świata”. Zdobywam certyfikat opłynięcia Kanału, zaś przy kolejnym trekkingu pieczątkę z najdalej położonej poczty na świecie. To chwile magiczne.

Zapach empanad i kawy

Z końca świata wracam do początku, do stolicy Argentyny, gdzie buszując po muzeach, restauracjach, kawiarniach i uroczych uliczkach odkrywam, że zupełnie zapomniałam o pierwszym wrażeniu Buenos Aires. Miasto tętni życiem, pachnie empanadami i kawą. Oczy szklą się od łez na myśl o pożegnaniu ze zgraną ekipą i krajem, który, mimo że Patagonię dzieli z Chile, ma to szczęście nazywać tę krainę swoją, a ja po cichu, sekretnie obwołuję się Patagonką.

Autorka Julia Janiszewska – pochodzi z Nowej Soli, od prawie dziesięciu lat mieszka w Dublinie. Studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Zielonogórskim i scenopisarstwo w IADT (Instytut Sztuki, Designu i Technologii) w Dublinie. Wielka miłośniczka kultury, nauki, muzyki, literatury, świata filmu i dalekich podróży. Motto życiowe: marzenia służą jedynie po to, by je spełniać.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie