Pomóżmy małej Laurze

DANUTA KULESZYŃSKA 0 68 324 88 43 dkuleszynska@gazetalubuska.pl
- To prawda, że pieniądze szczęścia nie dają, ale pieniądze mogą uratować życie. Mojej Lauruni także - mówi Ilona Kosecka.
- To prawda, że pieniądze szczęścia nie dają, ale pieniądze mogą uratować życie. Mojej Lauruni także - mówi Ilona Kosecka. fot. Krzysztof Kubasiewicz
- Jak w dzień śpi, to przybiegam, żeby sprawdzić czy się kołderka rusza. A w nocy nasłuchuję, czy nie odeszła.

- I po raz kolejny dziękuję Bogu, że ciągle mogę patrzeć w jej uśmiechnięto-smutne oczka. .

Laura skończyła dziewięć miesięcy, bawi się w chodziku i na nasz widok wybucha płaczem. A jeszcze przed chwilą radośnie machała rączkami.

- No już, już maleństwo moje ... ciiiii skarbeńku... - Ilona Kosecka bierze córeczkę na ręce.

Przytula, całuje... - Ona tak reaguje na obcych. Jak tylko ktoś nieznajomy wejdzie, zaczyna płakać. Bo obcy to dla niej cierpienie. Pewnie w tej małej główce myśli sobie, że znów ktoś przyszedł ją skrzywdzić.

Ten ktoś to lekarz. Albo pielęgniarka. Przyjdzie, ukłuje mocno, podłączy do aparatury. Będzie bolało i będzie bardzo niewygodnie. Laura to wie, choć jest taka malutka.

Tak bardzo chce żyć

Atrezja zastawki trójdzielnej. Ubytek przegrody międzykomórkowej. Hipoplazja prawej komory serca. Do tego zrośnięty przełyk.

Z takimi wadami przyszła na świat. Urodziła się w szpitalu w Żarach 9 listopada zeszłego roku. W skali Agpar lekarze dali jej 10 punktów. Ale jeszcze wtedy nie wiedzieli, że tej samej nocy trzeba będzie postawić inną diagnozę.

W pierwszej dobie życia maleńka Laura przeszła operację przełyku. Gdy zaczynała swój drugi dzień życia trafiła na stół operacyjny w Klinice Kardiologii i Nefrologii Dziecięcej w Poznaniu. Lekarze zoperowali jej chore serduszko, wstawili zastawkę. Niedługo potem dostała zapalenia płuc.

W ciągu czterech miesięcy przeszła cztery zapalenia, trzeba było transportować ją helikopterem do Poznania. Ostatni raz w szpitalu była niespełna trzy miesiące temu, miała cewnikowanie serca. - Tyle cierpień w takim malutkim ciałku - Ilona Kosecka wyciera łzę. Nie chce się rozklejać, bo przecież musi być silna. Musi walczyć o życie swojej ślicznej, małej córeczki.

- Lekarze na początku nie dawali jej żadnych szans, ale ona dzielnie znosi te wszystkie cierpienia, bo chyba bardzo chce żyć... Ale, żeby żyć musi mieć kolejną operację i to w ciągu dwóch miesięcy...

Laura jest pod stałą opieką poznańskiej kliniki. A tam lekarze każą jej czekać w kolejce. Termin badania kontrolnego wyznaczyli dopiero na styczeń. - A gdzie operacja? - pyta zrozpaczona mama.

Profesor wyznaczył termin

Od dwóch tygodni maleństwo jest pod opieką Fundacji na Rzecz Dzieci z Wadami Serca "COR INFANTIS" (www.corinfantis.org). Fundacja pomogła Ilonie Koseckiej skontaktować się z profesorem Edwardem Malcem, wybitnym kardiochirurgiem w Klinice uniwersyteckiej Groshadern w Monachium.

Z tym samym, który niedawno uratował życie malutkiej Ani z Wolsztyna, a lada dzień zaopiekuje się chorym Adasiem z podzielonogórskiej Łężycy. - Wysłałam profesorowi wszystkie szpitalne dokumenty Lauruni. Rozmawialiśmy przez telefon. Powiedział, że trzeba ją natychmiast zoperować.

Kosecka pokazuje list, jaki właśnie otrzymała. Profesor już wyznaczył termin operacji na październik. Zabieg będzie kosztował prawie 17 tys. euro, czyli ok. 55 tys. zł. - Mój Boże, jak my zgromadzimy taką kwotę? To zupełnie nierealne. - Ilona powstrzymuje łzy. - Sprzedamy samochód, jaki dostaliśmy w prezencie ślubnym, rodzina nam pomoże, może wujek weźmie kredyt... Do 20 tys. uda nam się uzbierać z mężem, ale to za mało...

Koseccy są bezrobotni. Mieszkają w Drzeniowie, niedaleko Żar. Ilona jest pedagogiem z wykształcenia, ale do pracy pójść nie może, bo musi opiekować się Laurą. Jest jeszcze dwuletni Gracjan... Mąż Tadeusz ma fach budowlańca, ale pracuje dorywczo, bo w okolicy o robotę trudno... W poszukiwaniu pieniędzy na operację obeszli wiele firm, rozdawali ulotki, prosili... Na razie bez rezultatu.

Nawet na spacerze

Laura ma duże, czarne oczy. Z zaciekawieniem wpatruje się w aparat fotograficzny. Gdy Krzysiek robi jej zdjęcia, zaczyna się uśmiechać, przechyla główkę i zalotnie spogląda w obiektyw. Taka mała z niej modelka.

- To nieważne, kim będzie w życiu, ważne, żeby żyła. Jak w dzień śpi to tylko patrzę, czy się kołderka rusza. Bo jak się rusza, to znak, że Laurunia jest z nami. W nocy kładę się obok niej na wersalce i nasłuchuję czy oddycha. A gdy z płaczem budzi się rano, to dziękuję Bogu, że nie odeszła, że ciągle mogę patrzeć w te jej wesoło - smutne oczęta.

Bo Laurunia może odejść w każdej chwili. Nawet na spacerze...

Pomożecie?

Kochani Czytelnicy. Już niejeden raz pokazaliście, że macie cudowne, wielkie serca. Dzięki Waszej hojności malutka Ania z Wolsztyna mogła zostać zoperowana w Monachium.

Wkrótce na operacje pojedzie Adaś z Łężycy. Teraz na taki łut szczęścia czeka śliczna, ale bardzo chora Laura. Może i jej uda nam się pomóc wspólnymi siłami? Grosz do grosza... Jeśli 55 tysięcy osób wyjmie z portfela po złotówce, życie Laury zostanie uratowane. To przecież tak niewiele, a zarazem tak wiele. Spróbujmy jej pomóc.

Pieniądze można wpłacać na konto Fundacji "COR INFANTIS".
Nr: 86 1600 1101 0003 0502 1175 2150

Koniecznie z dopiskiem: "dla Laury Koseckiej".

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
MaMaGu

A ja w pełni popieram wypowiedź belzebuba. Byle dziecko się urodziło a co dalej to już nieważne.

j
jan

durniejszego komentarza nie widzialem i nie slyszalem jaki podal belzebub puknij sie w w czolo jak cos napiszesz a ja dokladam pewna sume na leczenie laury

b
belzebub

jest tak bo....w Polsce woli sie budowac swiatynie ze zlotymi dachami a ludzi ma sie w d***....

a
ania m

NO WŁAŚNIE Z LECZENIEM ZA GRANICĄ NIE JEST TAK PROSTO.
NAJPIERW TRZEBA MIEĆ ZAŚWIADCZENIE OD KONSULTANTA KRAJOWEGO ZE NIE MA MOŻLIWOŚCI LECZENIA W POLSCE A ZANIM TO TO TRZEBA IŚĆ DO RODZINNEGO, DO SECJALISTY Z TYTUŁEM CHYBA PRZYNAJMNIEJ DOKTORA JAK NIE PROFESORA, WYPEŁNIĆ MASĘ PAPIERÓW I JESZCZE TO WSZYTTKO PÓŹNIEJ PRZETŁUMACZYĆ NA JĘZYK ANGIELSKI. PÓŹNIEJ CZEKA SIĘ NA PISMO I GENERALNIE WSZYSTKO TRWA CHYBA ZE 3 MIESIĄCE BO NIESTETY TAKĄ MAMY BIUROKRACJĘ.
JESLI CHODZI O KONSULTANTA KRAJOWEGO TO HMM... ZAPOMNIJCIE I ZAŚWIADCZENIU BO MOŻLIWOŚĆ LECZENIA W KRAJU JEST, NIE WAŻNE, ŻE TRZEBA TYLE CZEKAĆ, ALE JEST I ONI TEGO SIĘ TRZYMAJĄ.
TYLKO CZEMU SAMI LECZĄ SIĘ ZA GRANICĄ??
U NAS NAWET JEŚLI SĄ WYKSZTAŁCENI I ODDANI LEKARZE, BO TACY SIĘ ZNAJDĄ - TO NIESTETY BARDZO CZĘSTO NIE MAJĄ NA CZYM PRACOWAĆ ( SPRZĘT MAMY MARNY)
WIEM COŚ O TYM BO SAMA LECZYŁAM DZIECKO ZA GRANICĄ, SAMA SZUKAŁAM, PYTAŁAM I ZBIERAŁM PIENIĄDZE, WIC UWIERZCIE TO NIE JEST WCALE TAKIE PROSTE JAK SIĘ MOŻE WYDAWAĆ.

r
renia65

Czytając,ten artykuł-nie sposób uronić choć jednej łzy.Z drugiej strony,ogarnia żal i złość.Człowiek,którego dotyka nieszczęście,ciężka choroba w żaden sposób nie może liczyć na pomoc i wsparcie ze strony naszego,kochanego kraju.Czy u nas nie ma fachowców????Dlaczego nie dysponujemy odpowiednimi warunkami i sprzętem,jakim mogą pochwalić się inne kraje?Wstyd i oburzające,jest to,że dla ratowania życia bliskich musimy szukać pomocy na obczyżnie-płacąc krocie,a najczęściej poświęcamy wszystko.Jeszcze parę miesięcy temu,kiedy lekarze szarpali się o podwyżkę płac,każdy jeden określał siebie"najlepszym fachowcem",bo kwalifikacje,bo umiejętności....itd.Sranie w banie!!!Obowiązkiem lekarza jest walczyć z chorobą i ze śmiercią.Walkę tę powinien prowadzić do ostatka,choć wszystkie pozycje wydają się stracone.U nas jednak,to dalekie pojęcie od rzeczywistości.A,teraz do rodziców ślicznego dzieciątka.Jakże wielką radość mają rodzice, kiedy widzą uśmiech swojego dziecka.I głęboko wierzę,że jesteśmy,mimo wszystko bardzo solidarni,nie jesteśmy obojętni i każdy przysłowiową złotówką wzmocni serduszko dziecka.Mamy przecież różne FUNDACJE,one także powinny pomóc.Więc proszę się nie martwić.Wspólnie i razem,możemy więcej.Pozdrawiam.

p
prawniczka

Zastanawiam się dlaczego rodzice dziewczynki nie zwrócili się do Prezesa NFZ o zgodę na leczenie planowe za granicą. Przecież uzyskanie takiej zgody zajmie im mniej czasu niż zebranie pieniążków. Z tego co wiem, robi się to za posrednictwem oddziału NFZ.