MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Rafał Wanat to maratończyk z wyboru. Ale nie biegowy, lecz kolarski

Robert Gorbat
Robert Gorbat
Rafał Wanat startuje w kolarskich maratonach od 2019 roku. Łącznie uczestniczył już w dziewięciu takich wyścigach.
Rafał Wanat startuje w kolarskich maratonach od 2019 roku. Łącznie uczestniczył już w dziewięciu takich wyścigach. AdrianCrapciu/Tadeusz Ciechanowski/Małgorzata Michalik/Mateusz Birecki/Rafała Wanat
Gdy miał 24 lata, ważył 91 kilogramów. Teraz, w wieku 42 lat, wskazówka pokazuje 67 kilogramów. Gorzowianin Rafał Wanat jest jednym z nielicznych w Lubuskiem kolarskich maratończyków.

Rafał Wanat pochodzi z Legnicy. Aż 25 lat swego życia spędził w Hiszpanii. Bo ojciec tam pracował. Ożenił się z legniczanką Anną, lecz od dziesięciu lat mieszkają w Gorzowie. Tutaj urodził się im 6-letni dziś syn Franciszek. Zawodowo jest dyrektorem generalnym w ZUST Nowak sp. z o. o.

Przestraszył się wagi

- W wieku 24 lat ważyłem 91 kilogramów. Nie jestem wysoki, więc przestraszyłem się tej wagi. Powiedziałem sobie: basta! I wsiadłem na rower. Po pięciu miesiącach treningów schudłem 21 kilogramów – wspomina 42-letni dziś Rafał Wanat.

Z wykształcenia jest inżynierem budownictwa, skończył politechnikę w Madrycie. Długo nic nie zapowiadało, że jego sportową pasją stanie się kolarstwo. Podczas pobytu w Hiszpanii zajmował się szachami. Był nawet kandydatem na mistrza i podczas studiów dorabiał jako instruktor szachowy.

– Gdy odkryłem kolarstwo, pochłonęło mnie bez reszty – mówi otwarcie. – Żona to rozumie i nie robi mi żadnych przeszkód. A zresztą chyba bym jej nie podsłuchał. Bo jak się pobieraliśmy, to ja już jeździłem na rowerze. Czyli wzięła mnie z dobrodziejstwem inwentarza – dodaje ze śmiechem.

Pokochał maratony

Pan Rafał nigdy nie bawił się w klasyczne ściganie na dwóch kółkach. Od razu zafascynowało go ultrakolarstwo, czyli wersja długodystansowa. Taka od 500 km w górę, na jeden strzał. Na starcie pierwszej imprezy stanął w 2019 roku.

– Nasza dyscyplina dzieli się na dwie kategorie – wyjaśnia. – Pierwsza to wyścigi z punktami kwalifikacyjnymi i bufetami. Druga to tak zwany self supported, czyli pełna samowystarczalność.

Na czym polega różnica? Pierwsza kategoria – na przykład Pierścień Tysiąca Jezior na Mazurach czy Bałtyk – Bieszczady Tour – to wyścigi w granicach tysiąca kilometrów, które pokonuje się mniej więcej w ciągu doby, najwyżej dwóch. Zawodnicy praktycznie niczego ze sobą nie wiozą, bo po drodze mają punkty kontrolne i bufety. Samochód organizatorów zabiera plecaki kolarzy, którzy potem mogą do nich sięgnąć na przykład na 300. i 700. kilometrze.

- Liczącą 1008 kilometrów trasę z promu w Świnoujściu do Ustrzyk Dolnych przejechałem bez spania w ciągu 43,5 godziny. Zająłem 17. miejsce na 250 startujących – wspomina pan Rafał.

Self supported to wyższa szkoła jazdy. Te wyścigi liczą już grubo ponad tysiąc kilometrów, część trasy zawodnicy planują samodzielnie, a na całym dystansie muszą być absolutnie samowystarczalni.

- W praktyce polega to na tym, że mamy wspólny start, a organizatorzy przygotowują tylko kilka punktów kontrolnych i tak zwanych parcourów, czyli odcinków specjalnych, przez które musimy obowiązkowo przejechać. Tak naprawdę zapewniają nam… tylko pieczątki do książeczek wyścigowych na punktach kontrolnych - wyjaśnia Rafał Wanat.

Musiał się nauczyć samego siebie

Pan Rafał ma w dorobku udział w pięciu wyścigach w pierwszej kategorii i cztery w drugiej.

– Pierwszej imprezy self supported nie ukończyłem. Wycofałem się po przejechaniu 700 kilometrów, bo doznałem kontuzji kolana. Po prostu za mocno kręciłem – wspomina. – To była nauczka, z której szybko wyciągnąłem wnioski. Zrozumiałem, że nie mogę szarżować, że muszę szanować swój organizm i nie przeceniać swoich możliwości.

Regulamin wyścigów self supported jest bardzo rygorystyczny. Zawodnicy nie mogą korzystać z dróg krajowych (dozwolony jest tylko dojazd odcinkiem o długości maksimum 1 kilometra, potem nalicza się kary czasowe), sami muszą zadbać o swoje wyżywienie i noclegi. Na trasie nie wolno też pomagać innym – wyjątkiem są tylko sytuacje, zagrażające życiu.

– Na starcie staje zwykle około 100-110 osób. Nikomu nie przyjdzie do głowy, by złamać te zasady. Nawet jeśli ktoś potrzebuje pomocy lekarskiej, to sam musi ją sobie zorganizować – zapewnia pan Rafał. – A nagrody na mecie? Tylko szacunek, satysfakcja i uścisk dłoni. Tylko, albo aż.

Przejechał przez całe Karpaty

W ostatnich dniach maja br. Rafał Wanat przejechał wyścig Race Through Poland. Przez Polskę, Słowację i Węgry. Łącznie 1,5 tys. kilometrów i 20 tys. metrów różnicy wzniesień. Pokonanie tego morderczego dystansu zajęło mu pięć dni i dziewięć godzin. Był 37. w stawce 87 zawodników z całego świata, którzy dotarli do mety.

- Aby się dostać do takiego wyścigu, najpierw trzeba wypełnić 11-stronnicową ankietę, przedstawić ubezpieczenie NNW i zostać zaakceptowanym przez organizatorów – wyjaśnia. – Reszta to już własna inwencja.

Po drodze nie brakowało przygód. Na Słowacji, koło Koszyc, przejechał niechcący psa. Chyba należał do Romów, których były tam ogromne skupiska. Miał więcej szczęścia od Niemki Klaudii Deker, która po obrzuceniu przez „lokalsów” patykami i kamieniami wycofała się z imprezy. Było brnięcie po kolana w rzeczkach, było spanie po kilka godzin na punkcie kontrolnym, przystanku autobusowym, w prywatnej kwaterze na Węgrzech czy schronisku. Ciągle w trybie wyścigowym.

– U nas się mówi: każda minuta, przez którą stoisz, nie zbliża cię do mety – twierdzi. – Śpi się więc najwyżej 4 godziny. Dla każdego z nas taki wyścig stanowi swoiste mistrzostwa w jedzeniu i poznawaniu samego siebie. W ciągu doby spalamy około 7-8 tysięcy kalorii, więc musimy dostarczać organizmowi odpowiednią ilość energii.

Trzeba mieć fundusze

Rafał Wanat mówi, że rocznie może wystartować najwyżej w dwóch maratonach self supported. Po pierwsze z powodu wielkiego wysiłku fizycznego, a po drugie ze względu na finanse. Ostatni wyścig przez Karpaty kosztował go 4 tysiące złotych. Ale na sierpień, kiedy zamierza stanąć na starcie Transiberiki – z włoskiego Bolzano przez Alpy, Szwajcarię, Francję i Pireneje do baskijskiego Bilbao, łącznie 2,7 tys. kilometrów oraz 36,5 tysiąca metrów wzniesień – będzie już musiał wydać około 8-9 tysięcy złotych.

Największym przyjacielem ultrakolarza jest oczywiście jego rower. Używany przez pana Rafała kosztował 30 tysięcy złotych. Jest klasycznym rowerem szosowym, lecz można na niego zakładać szersze opony o szerokości 32 milimetrów. Takie na trudniejsze trasy.

- Normalnie kolarze używają na szosie opon o szerokości 28 milimetrów, ale na przykład na wyścig Paryż – Rubaix zakładają „32-ki”. Ja na moim dwuśladzie przejechałem już 30 tysięcy kilometrów. Świetnie wszystko wytrzymuje, wymieniam tylko od czasu do czasu drobne komponenty - zapewnia Rafał Wanat.

A bagaż? Podczas pierwszych startów rower pana Rafała ważył 8-9 kilogramów, teraz dochodzi do 15. Zabiera ze sobą: podstawowy zestaw narzędzi do naprawy roweru, ubrania na pogodę od 5 do 35 stopni Celsjusza, po dwa komplety lampek na przód i tył roweru, zapięcie rowerowe (żeby nie ukradli), mini sprzęt biwakowy (materac, płachta, dmuchana poduszka), power banki, dokumenty, podstawowe kosmetyki, trochę gotówki i kartę płatniczą.

- Człowiek uczy się z imprezy na imprezę. Eliminuje błędy, do których należy też zbędne wyposażenie – zapewnia.

Trenuje mniej niż by chciał

Pan Rafał przejeżdża rocznie na rowerze 12-13 tysięcy kilometrów. Czyli średnio ponad tysiąc miesięcznie, licząc z zimowymi zajęciami na trenażerze.

– Chciałbym trenować więcej, ale muszę też pamiętać o obowiązkach zawodowych i rodzinnych. Proszę mi wierzyć, że zawodnicy z czołowych „dziesiątek” nie mają żon i dzieci – mówi. – Żyję ultrakolarstwem, lecz staram się być rozsądny. Nie wyznaję zasady: po trupach do celu.

Ma kilku kolegów do treningu, ale w maratonach self supported jest jedynym Lubuszaninem. Wie, że kilka osób z Gorzowa startuje w wyścigach pierwszej kategorii, że kiedyś była maratońska para z Zielonej Góry. Naśladowcom chętnie pomoże. Oczywiście teoretycznie, bo na wyścigu każdy musi sobie radzić sam.

Self supported!

Czytaj również:
Rower z dzieckiem: łatwe i piękne trasy rowerowe w całej Polsce, które można pokonać z maluchem

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Sensacyjny ruch Łukasza Piszczka

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na gazetalubuska.pl Gazeta Lubuska