MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Sprawa Ordona

ARTUR GUZICKI
- Przez księdza moja żona z domu odeszła - żali się Kazimierz Ordon
- Przez księdza moja żona z domu odeszła - żali się Kazimierz Ordon ARTUR GUZICKI
Parafianie z Białołęki w pow. głogowskim chcą usunięcia swojego proboszcza. Na liście zarzutów jest m.in. fałszowanie dokumentów i nieobyczajne zachowanie. - On jawnie kpił z przykazań - mówią też wierni z poprzedniej parafii w Niegosławicach.

Ksiądz Zbigniew, proboszcz z Białołęki, ma pod opieką cztery wsie. Jego przyjście do parafii wierni witali z nadzieją. Mówił o potrzebie pomocy najbiedniejszym, a tych tu nie brakuje. Kto znalazł pracę w pobliskim Głogowie albo ma rentę, uchodzi za szczęśliwca. Inni pracują dorywczo lub szukają szczęścia za granicą. W takich środowiskach proboszcz to potęga. Ma władzę i pieniądze, może wszystko.
- I robi, co chce. Rozbił nawet rodzinę, która dwadzieścia pięć lat żyła zgodnie. Judzi żonę przeciwko mężowi. Dzieci pozbawił kontaktu z matką. Wszystko dlatego, że chciał posiąść kobietę, która mu się spodobała - twierdzi Piotr Grombik.
Grombik stanął na czele grupy domagającej się odwołania proboszcza. Pismo do biskupa podpisało 87 osób. Mają już dość dokonań księdza.

Sprawa Ordona

Kazimierz Ordon, żonaty, dwoje dzieci. Córka Ewelina ma 21 lat, syn Tomasz - 22. Dom Ordonów jest zadbany, po remoncie. Przed wejściem trawniki, oczko wodne z drewnianą kładką, stylizowana studnia. Widać rękę gospodarza. W mieszkaniu nowe, robione na zamówienie meble.
- Na to wszystko syn ciężko pracował. Dla rodziny to robił. Niczego im nie brakowało. Normalnie żyli. Aż pojawił się u nas ksiądz, który w kilka tygodni to zniszczył - opowiada Ewa Ordon, matka Kazimierza. Ma prawie 80 lat. Uważa, że uwiedzenie przez księdza synowej - to największa tragedia w jej życiu. Nadal chodzi na msze do miejscowego kościoła, bo na pana Boga nie można się gniewać. Ale patrzenie, jak przy ołtarzu stoi ksiądz, który uprowadził synową, dużo ją kosztuje.
- Każdej niedzieli specjalnie siadamy w pierwszej ławce, żeby mu w oczy popatrzeć. Niech pamięta, że rozbił naszą rodzinę, że przez niego nasza mama uciekła - mówi Tomasz Ordon.
W romansowy nastrój proboszcz wpadł podczas pierwszej wizyty duszpasterskiej w domu Ordonów. W czasie kolędy uważnie obserwował panią domu.
- Na koniec powiedział, że mama to piękna kobieta, tu się marnuje, i dodał, że się w niej zakochał. Myśleliśmy, że żartuje. A on zaczął knuć intrygę. Wydzwaniał do mamy kilka razy dziennie. Po wsi opowiadał jakieś głupoty o naszym tacie. W końcu mama uległa i odeszła. Nie zostawiła ani adresu, ani telefonu - opowiada Ewelina Ordon.
Zniknięcie kobiety rodzina zgłosiła na policji. Formalnie policjanci nie znali miejsca pobytu zaginionej. Ale wieś wiedziała swoje: Ordonowa mieszka na plebanii. Ksiądz przygotował dla niej pokoik, zabiera na wczasy, obsypuje prezentami.
Kiedy mąż próbował ratować rodzinę, stał się wrogiem proboszcza.
- Ksiądz zaczął mnie straszyć policją i prokuraturą - opowiada Ordon. - Mówił, że go znieważam i żebym siedział cicho, bo on ma takie układy, że załatwi mnie na całe życie. I jak obiecał, tak zrobił. Zaczął mnie ciągać po sądach.

Sądowy serial

Ksiądz proboszcz jest częstym bywalcem sal sądowych. Raz on skarży, raz jego skarżą.
- Te procesy o zniesławienie to taki lokalny folklor - mówi Grombik. - Ale naszemu proboszczowi prokuratura postawiła poważny zarzut fałszowania dokumentów.
O sprawie pisaliśmy w "GL". Przypomnijmy: pracownik głogowskiego Urzędu Stanu Cywilnego porównał dwa dokumenty potwierdzające zawarcie tego samego związku małżeńskiego, zawartego w trybie konkordatowym (tylko w kościele). Jeden dokument przedłożyli nowożeńcy, drugi - kapłan. Daty ślubu były różne.
Okazało się, że proboszcz zapomniał o swoich obowiązkach, czyli przekazaniu dokumentu to USC. Kiedy się zorientował, że minął przepisowy termin, przerobił datę ślubu na późniejszą.
Wyszło na jaw, że małżeństwo jest nieważne, a proboszcz złamał prawo. Przed prokuratorem przyznał się do sfałszowania dokumentu i dobrowolnie poddał się karze. O jej wysokości niebawem zadecyduje sąd.
- To dowód na to, że on lekceważy wszelkie prawo. Boskie i ludzkie. Świeckie i kościelne. Potrafił nasłać na mnie kryminalistę, który groził, że jak nie zostawię proboszcza w spokoju, to mnie zabije. To też zgłosiłem do prokuratury - mówi Grombik. Według niego, ksiądz mści się na nim za to, że stanął w obronie Ordonów i głośno upomniał się o ich krzywdę.
- Nawet kiedy chciałem pochować swoją córeczkę, nie obyło się bez skandalu. Zupełnie mnie zlekceważył. I powiedział, że śmierć dziecka jest karą za moje grzechy - twierdzi Grombik.
Ksiądz Zbigniew nie chce komentować zarzutów parafian. Odmówił spotkania. W rozmowie telefonicznej stwierdził, że jest ofiarą nagonki kilku wichrzycieli, którzy nie chodzą do kościoła. - Nie wiem, dlaczego mam się tłumaczyć przed dziennikarzem. Mam swoich zwierzchników i tylko im mogę się tłumaczyć powiedział. - Ci ludzie chcą mnie usunąć z parafii, a ja stąd nie odejdę. Chyba że w trumnie. To wszystko są wymyślone problemy.
Tymczasem jego zwierzchnik nie ma wątpliwości: problem jest, i to duży.
- Zajmiemy się tym szczególnie wnikliwie. Niestety, mam podstawy, żeby dać wiarę ludziom - mówi ordynariusz diecezji zielonogórsko-gorzowskiej ks. biskup Adam Dyczkowski. - Z tym księdzem mieliśmy już poważne kłopoty. Wierni z poprzedniej parafii przyjeżdżali do mnie na skargi. Wtedy miałem podstawy do zawieszenia go w obowiązkach. Nie suspensowałem go ze względu na jego starą, schorowaną matkę.

Zrzucana sutanna

Poprzednia parafia ks. Zbigniewa - to Niegosławice w pow. żagańskim. Tu też wierni mieli go dość. Kilka razy cały autobus parafian jeździł do biskupa ze skargą.
- Kobiety, pieniądze i alkohol - to jego największe pasje. Za to msze potrafił pięknie odprawić. Aż chciało się słuchać kazania. Miał gadane, to i nie dziwota, że baby do niego lgnęły - mówi sprzedawczyni w sklepie w Niegosławicach.
- On jawnie kpił z przykazań. Za kobietami się uganiał, nawet się z tym nie krył. A jak mu kto uwagę zwrócił, to wrzeszczał, od bezbożników wyzywał. Sutannę miał za nic - dopowiada mieszkaniec wioski.
Początkowo parafianie chcieli załatwić sprawę po dobroci. Prosili, przekonywali. Na nic.
- Baby babami, ale chciał też naszego prałata z plebanii usunąć. Głodził staruszka. Prałat mu chyba w bezeceństwach przeszkadzał - twierdzą mieszkańcy Niegosławic.
- Kiedyś, żeby się ksiądz Zbigniew opamiętał, przywieźliśmy do wioski jego matkę. Ona mieszka w sąsiedniej wiosce. Szukamy księdza, a ludzie mówią, że poszedł do gospodarstwa takiej jednej. To my za nim. - opowiada kolejny parafianin. - Wchodzimy do stodoły, a tam na sianie leży sutanna, a ksiądz leży na babie. Matka mało zawału wtedy nie dostała.
Zresztą, ona także była ofiarą poczynań syna. Na domu, w którym mieszka, pojawiały się malowane nocą wulgarne napisy. Ich treść nie pozostawiała wątpliwości, co parafianie myślą o swoim pasterzu.
Obecny proboszcz Niegosławic nie chce rozmawiać o poprzedniku. - Nie wiem, czemu ma służyć pisanie tekstów o duchownych. Co było, to było i koniec - stwierdza. - Teraz łatwo skrzywdzić człowieka. Przykre jest to, że różni reformatorzy Kościoła reformują go, nie będąc w jego sercu. Nie znają prawdziwego życia parafii. To tak, jakby patrzeć na witraże świątyni z zewnątrz. Widać tylko szare szkiełka. A dopiero od środka można zobaczyć całe piękno. Tak samo jest z całym Kościołem.

Czarna kasa

W końcu ks. Zbigniew odszedł z Niegosławic. Na dwa lata zrezygnował nawet z pełnienia posługi kapłańskiej. Znalazł pracę jako kierownik Ośrodka Pomocy Społecznej w Szprotawie, ale formalnie nadal był duchownym.
- Chciałem przeczekać trudny dla kapłana czas. Wiedziałem, że nie zagrzeje tam miejsca zbyt długo. Wierzyłem, że przemyśli wszystko i wróci do Kościoła zmieniony - mówi biskup Adam Dyczkowski.
O czasie, gdy duchowny szefował Ośrodkowi Pomocy Społecznej, szprotawscy urzędnicy mówią niechętnie. Oficjalnie odszedł, bo się nie sprawdził.
- Nie miał fachowego przygotowania. Nie dawał sobie rady. Ludzie różnie o nim mówili, ale nie przypominam sobie, żeby odszedł w atmosferze skandalu - twierdzi Marian Bagiński, kierownik wydziału obywatelskiego, który ma nadzór nad działalnością ośrodka.
Ale byli podopieczni pamiętają go dobrze.
- Kasę na nas łoił jak nikt. Ponoć fałszował jakieś dokumenty, długów narobił i dlatego musiał odejść - mówi były podopieczny. Drugi dodaje: - Na staruszkach, takich tuż nad grobem, jakieś machinacje robił.
Ks. Zbigniew potrafi zadbać o pieniądze. Zaraz po przyjściu do Białołęki ogłosił, że każda rodzina musi płacić po 10 zł miesięcznie. Kto nie płacił, był wyczytywany z ambony. W wiejskim środowisku to duży wstyd. Ludzie narzekają, ale płacą.
- On z tego "podatku" ma kilka tysięcy złotych miesięcznie. Do tego dochodzi kasa z tacy i za sakramenty. Ludzie płacą, a potem po dancingach go widzą. Z plebanii fortecę zrobił. Ochronę najął, alarmy pozakładał, rolety w oknach pomontował - opowiada Grombik.
- Za ludzkie pieniądze drogie prezenty mojej żonie robi - dodaje Ordon. - Sama mi pokazywała łańcuchy ze złota. Do tego alkohole w sklepie najdroższe kupuje. Pan Tadeusz to jego ulubiona wódka. To nawet dobrze do niego pasuje, bo on sam jest jak ta trzynasta księga "Pana Tadeusza".

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na gazetalubuska.pl Gazeta Lubuska