Takiej Wigilii się nie zapomina...

Natalia Dyjas-Szatkowska
Natalia Dyjas-Szatkowska
Mariusz Kapała
Mieliśmy takie Wigilie, które już na zawsze pozostają w naszej pamięci. Mimo że zdarzyły się wiele lat temu. Co takiego się wtedy wydarzyło?

Wigilia to wyjątkowy dzień w roku. Nie tylko dlatego, że potrafimy pogodzić się z tymi, których przez miesiące omijaliśmy z daleka, wysłuchać, co o północy mówią do nas zwierzęta... Każdemu z nas wydarzyły się też Wigilie, których nigdy nie zapomną. Z różnych powodów. Krystyna Nowak-Kawka, nauczycielka, wspomina Wigilię z lat 60.

- Mieliśmy żywą choinkę i świeczki na niej. Jedna z klamerek się przewróciła i zapaliła się zasłona przy oknie, od niej firanka - opowiada. - Cała rodzina gasiła ten mały pożar. Pod choinką leżały prezenty. Mój brat dostał... wóz strażacki.

Radny Grzegorz Hryniewicz (Zielona Razem) pamięta jedną z Wigilii, kiedy spełniło się jego wielkie marzenie.

- W domu się nie przelewało, a ja bardzo chciałem mieć drewniany flet. Niestety, grałem na plastikowym - wspomina. - Jakiż byłem szczęśliwy, gdy w prezencie dostałem prawdziwy, drewniany flet dobrej firmy. Grałem wtedy na dwóch.

- W Wigilię 1986 roku urodziłam pierwszego syna, Kamila. Mąż, mama, siostra, zamiast przy stole, stali pod szpitalem - mówi Ewa Szczerba, grafik komputerowy. - Co roku Kamil dostaje dwa prezenty. Ja też, bo mam imieniny...

Ale czasem Boże Narodzenie może być bardzo nietypowe. Takie święta wspomina Jarosław Marek Sobański z kabaretu Zachodniego:

- Przeżyłem w swoim życiu jedną bardzo nietypową Wigilię. To było w Egipcie, na zewnątrz upał, wokół nas pustynia. Spędzałem tę Wigilię w małej restauracji, w której ludzie chyba nawet nie wiedzieli, że to czas świąt. Jedynym akcentem świątecznym był mały, plastikowy Święty Mikołaj na jednym ze stołów. To mimo wszystko były bardzo miłe święta, ale brakowało mi kutii mojej babci. Bo trzeba wiedzieć, że moja babcia robiła najlepszą kutię. Na szczęście w tym roku już ją zjem. Niestety, nie będzie to kutia mojej babci, która jednak zdążyła przekazać tajniki tej potrawy mamie...

Czasem okres wigilijny może obfitować w niezwykłe wydarzenia. Tak okres świąteczny jawi się we wspomnieniach Agaty Miedzińskiej, dyrektor Zielonogórskiego Ośrodka Kultury:

- Są takie dwie Wigilie, które pamiętam szczególnie. Pierwsza z nich musiała dziać się prawdopodobnie podczas stanu wojennego, bo w momencie, w którym ta historia miała miejsce, produkty były wydawane na kartki. Pamiętam, że z tą Wigilią kojarzy mi się straszny stres. Byłam u dziadków, którzy mają siedmioro dzieci, więc zjechało się do nich naprawdę bardzo dużo osób. Wujostwo, stryjostwo. No wszyscy! Ciocia kazała mi zejść na dół po cukierniczkę. A przypominam, że cukier też był na kartki. Wzięłam tę cukierniczkę i szłam z nią na górę i... poślizgnęłam się. Cały cenny cukier wysypał się na podłogę. I co zrobiła cała moja rodzina? Siadła przy tym rozsypanym cukrze i na niego dmuchała, by go oczyścić... Druga wigilia, która mi jakoś zapadła w pamięci, to ta, kiedy byłam już młodą panienką. To mógł być 1988 lub 1989 rok. Wigilia odbywała się na wsi. Dostałam pod choinkę piękny, biały sweter w niebieskie kwadraty. Cudo! A tradycją na wsi było to, że chodzili kolędnicy. Tym razem też zbliżali się do naszego domu. Wiadomo było, że kolędnicy brudzą młode dziewczyny sadzą... I przyszli ci moi kumple z klasy, przebrani za różne postaci i zaczęli robić harmider na podwórku. Mój 95-letni wtedy dziadek zapewnił mnie, że do nich pójdzie i na nich nakrzyczy, by się tak źle nie zachowywali. Uwierzyłam mu i pewnie poszłam za nim, chcąc zobaczyć, jak będzie na nich krzyczał. Dziadek otwiera drzwi, a ja słyszę, jak woła do moich kolegów: „Bierzcie ją, bo dłużej jej nie utrzymam!”. Dziadek dla zabawy mnie okłamał. Wszystko po to, by kolędnicy mogli mnie posmarować sadzą. I posmarowali mnie i mój piękny, bieluśki sweter. Nie doprałam go już nigdy...

Jak Wigilia najbardziej zapadła w pamięć Robertowi Czechowskiemu, dyrektorowi Lubuskiego Teatru?

- Pamiętam Wigilię tuż po ogłoszeniu stanu wojennego. Miałem 21 lat i byłem na drugim roku studiów. Nie bardzo wiedzieliśmy, co się dzieje. Dziekan Igor Przegrodzki dał nam wtedy sporo wolnego, żebyśmy wrócili do rodzinnych miejscowości. Pamiętam, że powiedział nam wtedy: „Wsiadajcie, w co możecie i wracajcie do domu”. Sporą grupą poszliśmy na dworzec we Wrocławiu, by złapać jakikolwiek transport. Spotkaliśmy wtedy mężczyznę, który miał przyczepiony do klapy kurtki opornik - symbol „Solidarności”. I wtedy ten człowiek, nam, niewiedzącym, czego się spodziewać, powiedział wprost: „Lepiej wracajcie do domu, bo może się polać krew”. Udało mi się dostać do pociągu towarowego i jakoś dojechać do rodzinnego Rzeszowa. I co mnie poruszyło w tej Wigilii 1981 roku to fakt, że jak zawsze moi rodzice opowiadali przy stole historie o dawnych przodkach, walczących w powstaniu listopadowym chociażby, tak wtedy moja mama zaczęła wspominać czasy wojenne, kiedy sama była mała dziewczynką. Pamiętam tę atmosferę niepewności, co się stanie? Co będzie dalej? Bardzo to przeżywaliśmy... I to poczucie czegoś bardzo ważnego, że wspólnie jesteśmy przeciwko jednemu wrogowi... Kiedy patrzę na to, co się teraz dzieje w kraju, to przypomina mi się tamten czas. I może to zabrzmi górnolotnie, ale myślę, że Wigilia jednoczy rodzinę i właśnie od domu rodzinnego zaczyna się Polska...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie