Terytorialsi – jednostka dla każdego. Pomagaj innym w ramach służby wojskowej

Partnerem cyklu jest Dowództwo Wojsk Obrony Terytorialnej
Braterstwo, chęć niesienia pomocy i patriotyzm – właśnie tym kierują się przyszli żołnierze, wstępujący do Wojsk Obrony Terytorialnej. W sytuacjach kryzysowych są zawsze gotowi do działania. Czy warto podjąć służbę i stać się terytorialsem? Poznajcie historię Artura Zarzeckiego.

Czy misja w WOT jest dla każdego? Czym jest służba dla terytorialsów? O tym rozmawiamy z Arturem Zarzeckim.

Na jakich zasadach można służyć w Wojskach Obrony Terytorialnej? Ile trzeba mieć lat, jakie są wymagania, jak wygląda pobór?

- Przede wszystkim trzeba być osobą pełnoletnią i nie można być karanym za przestępstwa umyślne. Trzeba mieć tego świadomość, kiedy przychodzi się do Wojskowej Komendy Uzupełnień. Na początku trzeba przejść testy psychologiczne, a następnie badanie lekarskie i tu należy podkreślić, że poważne choroby wykluczają możliwość wstąpienia do WOT. Terytorialsem można zostać w wieku od 18 do 55 roku życia. Ja wstąpiłem gdy miałem 36 lat. Decyzja komisji lekarskiej jest właściwie jednoznaczna z tym, że można rozpocząć podstawowe szkolenie wojskowe. W Lubuskiem szkolimy się w 151 Batalionie Lekkiej Piechoty w Skwierzynie. Podlega on pod 12 Wielkopolską Brygadę Obrony Terytorialnej w Poznaniu.

Skąd wziął się pomysł na służbę w WOT?

- Skłoniła mnie idea. Uważam, że idea Wojsk Obrony Terytorialnej jest po prostu wspaniała. Zakłada ona, że ludzie, którzy na co dzień wiodą zwykłe życie, w sytuacji zagrożenia swojej ojczyzny występują w jej obronie. Terytorialsi są taką obronną tarczą dla społeczności. Zimą oglądałem też materiał w telewizji mówiący o WOT i długo się nie zastanawiając, postanowiłem się zgłosić. Zadzwoniłem do WKU i usłyszałem, że mam zgłosić się za dwa lata, bo wtedy będzie podejmowany batalion w Lubuskiem… To było dla mnie jak wieczność. Ale faktycznie już dwa lata później byłem na poligonie na szkoleniu podstawowym, a tam już czas leci o wiele szybciej.

Jak zareagowała na to Twoja rodzina? Czy wspierali Cię w tej decyzji?

- Moja żona na początku była przerażona. Pytała: - jak to? Wojsko? Chcesz zmienić pracę? Jak to będzie wyglądać? Pojawiły się też pytania, co w przypadku wojny? Wyjaśniłem, że w takiej sytuacji i tak mężczyźni byliby powołani, bo taka jest kolej rzeczy. Żona widziała, że bardzo mi na tym zależy, dużo o tym rozmawialiśmy. Teraz cała moja rodzina jest dumna z tego, że jestem w systemie obrony kraju. Traktujemy to również jako służbę mojej żony, ponieważ kiedy mnie nie ma, jestem na szkoleniu lub wyjeździe, to ona zajmuje się dziećmi i całym domem.

Jak zmienił się batalion w województwie lubuskim od czasu Twojego wstąpienia w szeregi WOT?

- Składaliśmy przysięgę na ziemi wielkopolskiej w styczniu tego roku. Wtedy dopiero zawiązywał się batalion w Skwierzynie, w województwie lubuskim. Bardzo się cieszę, że mogę obserwować jak od tego czasu się rozwija. Na początku roku było nas około 60. To wspaniałe uczucie, kiedy co drugi miesiąc dołącza do nas kilkudziesięciu ludzi. To taka chwila satysfakcji dla nas. Mamy oczywiście bardzo różne charaktery i usposobienia, ale elementem, który nas spaja jest patriotyzm. Część z nas pochodzi z rodzin o tradycjach wojskowych – ci żołnierze odziedziczyli patriotyzm. Inni znają go z książek, filmów i lekcji historii, a jeszcze inni dopiero się go uczą. I właśnie nasz batalion jest świetnym miejscem do tego.

Czym zajmujesz się na co dzień? Czy trudno połączyć służbę z życiem osobistym i wykonywanym zawodem?

- Nie jest to trudne. Pracuję w branży budowlanej, jestem specjalistą do spraw sprzedaży lubuskiego producenta blach dachowych. Już na początku roku otrzymałem kalendarz weekendów, kiedy będą odbywać się ćwiczenia. Zawsze jest to jeden weekend w miesiącu. Ten harmonogram przedstawiłem mojemu pracodawcy, więc był już przygotowany na to, że nie będę wtedy dyspozycyjny. Sytuacja związana z koronawirusem nieco spotęgowała naszą aktywność w WOT. Teraz, gdy służba zdrowia jest w dużych potrzebach, mocno ją wspieramy Działamy na zasadzie modelu przeciwkryzysowego. Każdy z nas deklaruje kiedy może przyjść na służbę – chodzi tu nie tylko o weekendy, ale również dni w tygodniu.

Jak wygląda Wasza pomoc w czasach pandemii?

- Pomagamy w szpitalach, w Domach Pomocy Społecznej, w punktach poboru wymazów. Dodatkowo organizujemy u siebie w batalionie akcje poboru krwi, do której zapisało się już kilkudziesięciu żołnierzy. W taki sposób wspomagamy służbę zdrowia w tych trudnych czasach. Robimy, co możemy.

Jaki jest Twój udział w sytuacjach kryzysowych? Czym się wtedy zajmujesz?

- Już od wiosny działamy w akcjach związanych z pandemią. Ja pomagałem policji w dozorowaniu kwarantanny. Jestem przeszkolonym wymazowcem, więc działałem w punkcie poboru wymazów oraz brałem udział w najbardziej znanej akcji w Lubuskiem, czyli ewakuacji Domu Pomocy Społecznej dla Kombatantów w Zielonej Górze. Było to dla mnie niesamowite doświadczenie, nie tylko ze względu na to, że byłem częścią tej trudnej sytuacji, ale również dlatego, że działałem tam pośród ludzi, którzy na co dzień są może niepozorni, natomiast w chwili, kiedy byli potrzebni działali tam, gdzie inni się bali wejść i okazywali przy tym dużo serca i empatii dla potrzebujących. Dzięki temu mogłem się przekonać, jak bardzo sprawdzają się zasady terytorialsów, które mówią o tym, że ludzie są najważniejszym zasobem.

Czy towarzyszył Ci strach? Bałeś się wtedy o swoje zdrowie?

- Strach jest nieunikniony w takiej sytuacji. Ale on jest tylko na początku. W momencie, gdy zaczynamy działać, nie ma na niego miejsca. Wchodzą inne uczucia. Chciałem pomóc ludziom, którzy byli w potrzebie i chciałem wesprzeć koleżanki i kolegów z mojego batalionu. To buduje więź i poczucie braterstwa. Kiedy dużo osób angażuje się w takie akcje, siłą naszego zespołu możemy zdziałać naprawdę dużo. Kiedy człowiek widzi innych żołnierzy wokół siebie, to po prostu wie, że może wykonać to zadanie, bo nie jest sam. Zasób ludzki jest naszą największą siłą.

Tak miło wypowiadasz się o kolegach i koleżankach. Mam wrażenie, że nie jesteście tylko żołnierzami, ale tworzycie w pewnym sensie grupę przyjaciół. Łączy Was jakaś więź…

- Tak, to prawda. W naszym batalionie panuje bardzo fajna atmosfera, ale myślę, że tak jest wszędzie, gdzie są dobrzy ludzie i ochotnicy. To przekłada się również na nasze prywatne relacje, czego przykładem jest fakt, że latem byłem na ślubie kolegi, chociaż rok temu się nie znaliśmy. Wspólne trudy i ten sam cel bardzo zżywają ludzi.

Co Ci daje służba w Wojskach Obrony Terytorialnej?

- Służba rozwija mnie jako człowieka. W dzisiejszych czasach bardzo trudno znaleźć czas, by pomóc bezinteresownie drugiej osobie. Postrzegam nasz batalion jako miejsce, gdzie ludzie w różnym wieku i z różnym doświadczeniem mogą nieść pomoc. Tam, gdzie są wichury, powodzie, czy pandemie – tam są nasi żołnierze i dzięki naszej organizacji, możemy szybko działać. Przemawia do mnie też to, że jestem żołnierzem Wojska Polskiego i dla mnie to ogromny zaszczyt. Dzięki służbie mogę się również wiele nauczyć, jak np. obsługi broni, która jest podstawowym narzędziem żołnierza, udzielania pierwszej pomocy, orientacji w terenie. Dzięki temu wiem, że w razie potrzeby będę w stanie bronić moją ojczyznę. Zdobyłem tu ogromne doświadczenie, poznałem wielu przyjaciół i stałem się bardziej pewny siebie.

Co byś powiedział tym, którzy jeszcze się wahają, czy wstąpić do Wojsk Obrony Terytorialnej?

- Każdego bardzo gorąco zachęcam. To przede wszystkim świetna przygoda. Można pomagać innym, a przy tym służyć ojczyźnie. Należy podkreślić, że jesteśmy ochotnikami i jeśli ktoś uzna, że nie jest to miejsce dla niego, zawsze można zrezygnować. To daje duży komfort psychiczny. Dlatego warto przyjść, spróbować i działać z nami! Nasz batalion to drzewo, które cały czas rośnie i się rozgałęzia. Niektórzy wprowadzają tu swoich znajomych. To świadczy o tym, że panuje tu dobra atmosfera, która przyciąga.

Dodaj ogłoszenie