Tułacze z Wielkopolski

Dariusz Brożek 0 95 742 16 83 [email protected]
- Ten dokument potwierdza zbrodnicze plany hitlerowców. To kopia listy proskrypcyjnej, na której umieszczono nazwiska osób wytypowanych do wysiedleń - mówi Łucjan Sobkowski.
- Ten dokument potwierdza zbrodnicze plany hitlerowców. To kopia listy proskrypcyjnej, na której umieszczono nazwiska osób wytypowanych do wysiedleń - mówi Łucjan Sobkowski.
Podczas wojny Niemcy deportowali w głąb kraju ponad 4,5 tys. mieszkańców powiatu miedzychodzkiego. Pierwszy transport wyruszył na wschód już 12 grudnia 1939 r. W jednym z bydlęcych wagonów rozpoczęła się wojenna tułaczka 82-letniego dziś Łucjana Sobkowskiego.

Żołnierze Wehrmachtu weszli do Międzychodu 3 września. A konkretnie wjechali na rowerach od strony Muchocina. Witali ich miejscowi Niemcy. Nad główną ulicą wywiesili transparent z napisem ,,Wir danke unsere Fürrer'' (Dziękujemy naszemu Wodzowi). Kobiety machały wiązankami kwiatów, mężczyźni podnosili dłonie w hitlerowskim pozdrowieniu. 12-letni wówczas Łucek Sobkowski wspomina opaski ze swastykami na ich rękawach. I furażerkę polskiego porucznika na masce niemieckiej ciężarówki.
- Zapamiętam ją do końca życia. Po policzkach ciekły mi łzy. A wokół Niemcy wiwatowali na cześć swoich żołnierzy - mówi.

W przygranicznym miasteczku mieszkało sporo Niemców. Jeszcze przed zajęciem Międzychodu przez umundurowanych rodaków zapowiadali miejscowym Polakom, że nadchodzi sądny dzień za lata rzekomych krzywd i upokorzeń. I nadszedł. Na początku listopada aresztowali woźnego miejscowej podstawówki Wincentego Iczka. Rozstrzelali go publicznie 9 listopada na Majowych Górkach. Był pierwszą ofiarą wojny z Międzychodu. Dlaczego zginął?

- Walczył w powstaniu wielkopolskim. Wziął do niewoli grafa Kalckreutha z Muchocina. Zapłacił za to życiem. Niemcy zamordowali także jego syna - mówi międzychodzki historyk Artur Paczesny.

Miesiąc o ślepych rybach

W pierwszych dniach okupacji Niemcy aresztowali około 20 osób. M.in. burmistrza Michała Skrzypczaka. Wywieźli ich do skwierzyńskiego więzienia, a potem do fortu V cytadeli w Poznaniu, gdzie zostali zamordowani. Kolejną odsłoną hitlerowkiego terroru było zatrzymanie przed Świętem Niepodległości 10 mężczyzn. Jednym z nich był Antoni Sobkowski - ojciec Łucjana. Zakładników wypuścili 12 listopada, ale w południe do drzwi ich mieszkań ponownie załomotali policjanci i żołnierze.

- Powiedzieli, że mamy pół godziny na opuszczenie mieszkania. Mama zdążyła zapakować ubrania w prześcieradło, chwyciła bochenek chleba i tak zaczęła się nasza wojenna tułaczka - wspomina międzychodzianin.

Siedmioosobową familię osadzono w gmachu obecnego liceum. Razem z nimi koczowało tam kilkanaście innych rodzin. Nie mogli wychodzić na zewnątrz. Przez miesiąc żyli o chlebie i cienkiej zupie ze ślepych ryb, jak Wielkopolanie nazywają kartoflankę. 12 grudnia 1939 r. Niemcy wywieźli wszystkich na wschód. Kobiety z małymi dziećmi jechały w wagonach osobowych, a reszta w bydlęcych. Wysadzili ich w Szymanowie niedaleko niepokalanowskiego klasztoru.

- Po prostu kazali nam opuścić wagony i iść przed siebie. Schroniliśmy się w klasztorze. Później przez Grodzisk Mazowiecki dotarliśmy do Żyrardowa, gdzie ojciec znalazł pracę, a ja rozpocząłem naukę. Ale to już zupełnie inna historia - mówi.

Niemiec na zagrodzie

Pierwszym transportem wywieziono 1.238 osób. Wysiedlenia trwały jednak nadal. Nikt nie był pewny dnia, ani godziny. Wojenną gehennę wspomina inny międzychodzianin Bolesław Cenkier. - Najgorsza była pierwsza zima. Byliśmy przygotowani na deportację. Spaliśmy w ubraniach z żywnością i pościelą spakowaną w tobołki - opowiada.

Do końca wojny Niemcy deportowali ponad 4.5 tys. mieszkańców powiatu międzychodzkiego. Początkowo wielu z nich trafiało do przejściowych obozów. Takich jak tzw. polizeilager w ówczesnym Meseritz, czyli w Międzyrzeczu. Po zajęciu przez Wehrmacht Łotwy i Estonii w okolicach Międzychodu osiedliło się wielu tzw. Niemców Nadbałtyckich. Zajęli domy i zagrody Polaków. M.in. gospodarstwo w Dzięcielinie, w którym mieszkał 90-letni dziś Stanisław Kaczor. Razem z bratem został wywieziony do Łodzi.

- Z całym transportem trafiliśmy do przejściowego lagru. Niemcy kazali nam zdać pieniądze i kosztowności. Niby tylko na przechowanie. Oczy na wierzch mi wyszły, kiedy zobaczyłem jak niosą na drewnianych tacach stosy biżuterii i złotych monet. Pierwszy i ostatni raz w życiu widziałem taki majątek. Ja złota nie miałem, a pieniądze schowałem w bucie - wspomina.

Wojenną tułaczkę S. Kaczor zakończył w majątku pod Rokitnem. Pod koniec stycznia 1945 r. dotarł tam patrol czerwonoarmistów. Kompletnie pijany oficer kazał mu wsiąść na czołg i pilotować równie pijanych tankistów do Twierdzielewa. Zanim wrócił do Międzychodu krasnoarmiejcy zdążyli ,,wyzwolić'' go z zegarka.

Zaczęli od powstańców

Razem z Ł. Sobkowskim wertujemy stosy dokumentów. Międzychodzianin od wielu lat gromadzi materiały na temat historii swojego rodzinnego miasta. Jest autorem kilkudziesięciu tomów, w których opisał dzieje powstańców, harcerzy i szeregowych mieszkańców. Z jednego z nich wyciąga kopię dokumentu z 1940 r. sporządzonego na polecenie burmistrza Thüte. - To lista kilkudziesięciu osób, które hitlerowskie władze wytypowały do deportacji - opowiada z przejęciem.

Dokument ma już 69 lat, ale na pożółkłych kartkach bez trudu można odczytać znane w mieście nazwiska rodzin Przybylskich, Liberkowskich i Dawidowskich. A przy nich adresy i krótkie adnotacje, wśród których najczęściej powtarza się słowo ,,aufstender'', czyli powstaniec. - Bo właśnie powstańców wielkopolskich i ich rodziny deportowano w pierwszej kolejności - mówi międzychodzianin.

Wysiedli całą wieś

Dorobek życia można było stracić za słowiański lub polski wygląd. Tak jak Alojzy Łobozik, przy którego nazwisku odnotowano ,,Typische Pole''. Za cyniczny i hardy wyraz twarzy na liście proskrypcyjnej umieszczono Walentego Wiśniewskiego. Przy nazwisku Zdzisławy Fac jako przyczynę wysiedlenia podano męża-urzędnika.

- Niemcy wpierw wywieźli powstańców, potem nauczycieli, urzędników, działaczy stowarzyszeń społecznych i kupców, a później zabrali się za ich rodziny - dodaje Ł. Sobkowski.

Wielu Polaków ratowało się przed wysiedleniami podpisując tzw. Volkslistę. Byli lepiej traktowani, mieli większe przydziały żywności. Zapłacili za to wysoką cenę: po ataku na Związek Radziecki wcielano ich do wojska i dziesiątkami ginęli na wschodnim froncie. Jeśli przeżyli i nie zdążyli uciec przed Rosjanami, to po wojnie żyli z piętnem volksdeutschów.

Podczas wojny wysiedlono całą wieś Radusz w Puszczy Noteckiej. Niemcy dostali w zamian gospodarstwa, a Polacy doczekali końca wojny jako przymusowi robotnicy. O ile doczekali, gdyż - jak wylicza Ł. Sobkowski - podczas okupacji hitlerowcy zamordowali około 150 mieszkańców.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Rosjanie gdy się wycofywali, tez wszystko sprzątal. Ale po nich pozostawał zawsze bałagan...
p
po ojcu poznaniak
Mój dziadek mieszkał w Poznaniu przy obecnej ulicy 28 czerwca1956(dawniej F.Dzierżyńskiego),nie podpisał volkslisty i z babcią oraz trójką dzieci wysiedlony został na lubelszczyzną.Mieszkanie zajęli niemcy spoza Rzeszy.Opowadał,że jak wrócili tuż po przejściu frontu,to swoje mieszkanie zastali w stanie niezmienionym,wysprzątane...
Dodaj ogłoszenie