W Gorzowie Niemcy szukają korzeni

Renata Ochwat 0 95 722 57 72 [email protected]
MIROSŁAWA WINNICKA. Urodziła się w Sulęcinie, skończyła VII LO w Zielonej Górze i ekonomię menedżerską na Politechnice Koszalińskiej. Mieszka w Janczewie, ma dwa psy, owczarka kaukaskiego i jamnika. Syn jest w maturalnej klasie. Wolny czas poświęca ogrodowi.
MIROSŁAWA WINNICKA. Urodziła się w Sulęcinie, skończyła VII LO w Zielonej Górze i ekonomię menedżerską na Politechnice Koszalińskiej. Mieszka w Janczewie, ma dwa psy, owczarka kaukaskiego i jamnika. Syn jest w maturalnej klasie. Wolny czas poświęca ogrodowi. fot. Katarzyna Chądzyńska
Rozmowa z Mirosławą Winnicką.

- Szuka pani jednej osoby do pracy, która będzie poszukiwania danych Niemców. Czy dużo takich próśb trafia do USC?

- W ostatnich czasach bardzo dużo. Tylko w tym miesiącu załatwiliśmy już 58 podań. Ale nie oznacza to, że wydaliśmy tylko tyle aktów. Bo bywa, że w jednym wniosku jest prośba o wydanie nawet aż 18 dokumentów. Ludzie piszą do nas e-maile, ale też trafiają do nas listy pisane ręcznie, których odczytanie jest samo w sobie trudne.

- Skąd nagle takie zainteresowanie?

- W Niemczech jest olbrzymia moda na tworzenie drzew genealogicznych, to ich narodowe szaleństwo. Nawet młodzi Niemcy zaczynają się interesować historią, tropią ślady swoich przodków. Młode pokolenie przyjeżdża tu ze swoimi rodzicami czy dziadkami i zaczyna szukać, poznawać zarówno historię rodziny, jak i miejsca, skąd pochodzą ich przodkowie.

- O co najczęściej ci ludzie proszą?

- O wydanie aktu ślubu rodziców, ciotek, babek, kuzynów, słowem całej rodziny. Ale rzadko kto pamięta szczegółowe dane. Bywa, że mamy nazwisko i miejscowość oraz rok. Jednak najczęściej jest tylko nazwisko i rok oraz określenie "w pobliżu Gorzowa".

- I co wtedy?

- Pracownik siada i kartka po kartce przegląda stare księgi. Proszę pamiętać, że spisane są one ręcznie, wydłużonym niemieckim gotykiem. Trzeba być nieźle zorientowanym, aby naprawdę dać sobie z tym radę, umieć kojarzyć różne drobiazgi.

- Ile czasu zajmują takie poszukiwania?

- My staramy się to robić maksymalnie szybko, czyli do dwóch tygodni. Wiem od innych szefów urzędów, że takie poszukiwania mogą trwać miesiąc i dłużej. Poza tym my na wydawaniu tych dokumentów nie zarabiamy. Ludzie płacą 5 zł za ksero jednej decyzji. Tymczasem archiwa państwowe kasują 40 euro za pierwszą godzinę poszukiwań i 30 euro za każdą kolejną i to bez gwarancji sukcesu.

- Ile ma pani tych starych ksiąg?

- Sporo, bo to są dokumenty z całego powiatu. Zgodnie z prawem mamy księgi z ostatnich 100 lat. Sukcesywnie przekazujemy je do archiwum państwowego. To są dokumenty, których nie wolno nigdy niszczyć.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie