Wenecja w Gorzowie: kawiarni już nie ma, ale wspomnienia pozostały. I kapitalne zdjęcia!

Tomasz Rusek
Tomasz Rusek
Wenecja mieściła się tuż przy Kłodawce. Wejście było od ul. Sikorskiego. Dziś jest tutaj parking. A o dawnym lokalu przypomina tylko mural.
Wenecja mieściła się tuż przy Kłodawce. Wejście było od ul. Sikorskiego. Dziś jest tutaj parking. A o dawnym lokalu przypomina tylko mural. Kurt Mazur
Była kiedyś w Gorzowie kawiarnia, o której niektórzy gorzowianie nie mogą zapomnieć. I choć została zamknięta została na przełomie 1969 i 1970 r., to ze wspomnień nie zniknie nigdy.

O Wenecję upomniała się Czytelniczka Olga. Przypomniała, że kawiarnia była klimatycznym miejscem i napisała, że marzy się jej… powrót Wenecji! W tym samym kształcie i miejscu, co przed laty.

„Jest sporo osób w naszym mieście, które pamiętają to miejsce i wspomnieniami dość często do niego wracają. I na hasło przywrócenia reagują entuzjastycznie”.

Pani Olga oczami wyobraźni widziała nawet w przywróconej do życia Wenecji gościnne występy lokalnych artystów, wieczorki poetyckie…

Zobacz wideo: CyberGorzów 2021? Nie, to nie gra. Choć miasto wygląda w nim jak plansza

Pozostały wspomnienia, zdjęcia i książka

Niestety - to plan nie do zrealizowania. Obecnie teren, który zajmowała dawna Wenecja (koło wodospadku, nad Kłodawką przy ul. Sikorskiego), jest podzielony i znajduje się częściowo w rękach prywatnych. Nie ma szans, by zlokalizować tam restaurację.

Ale możemy powspominać. A jest co! Dawna Wenecja była wyjątkowym miejscem. Najlepiej świadczą o tym wspomnienia gorzowian. Kilka lat temu zostały zebrane w książce "Cafe Voley" - bo tak Wenecja nazywała się, gdy Gorzów jeszcze był Landsbergiem. Wydawnictwo Miejskiego Ośrodka Sztuki w Gorzowie było pomysłem Zbigniewa Sejwy. A na listę autorów wpisali się także: Dariusz Rymar (dyrektor Archiwum Państwowego) oraz regionaliści i historycy: Jerzy Zysnarski i Robert Piotrowski. Swoją cegiełkę dołożyła też Gazeta Lubuska - w 2015 r. zebraliśmy relacje byłych pracowników i gości. Które prezentujemy poniżej.

Wenecja mieściła się tuż przy Kłodawce. Wejście było od ul. Sikorskiego. Dziś jest tutaj parking. A o dawnym lokalu przypomina tylko mural.

Wenecja w Gorzowie: kawiarni już nie ma, ale wspomnienia poz...

Wenecja dała jej miłość

Janina Hawryłko urodziła się w 1943 r. Do Gorzowa przyjechała siedem lat później. Gdy dorosła, w latach 60., szukała pracy. Akurat znajoma mamy musiała się zwolnić z Wenecji i poleciła ją na swoje miejsce. Udało się: w 1964 r. przyjęto ją do kuchni w Wenecji. Nie, nie, nie. W Wenecji nie było kuchni jako takiej – nie przyrządzano tam obiadów, nie wydawano wielkich posiłków. Każdy przecież to wie. To w zasadzie były drobne, szybkie potrawy. – Przygotowywałyśmy kiełbasę na gorąco, jajka po wiedeńsku, pamiętam też, że ręcznie ubijałyśmy bitą śmietanę. Pewnie dlatego tak wszystkim smakowała, bo była prawdziwa, robiona tradycyjnie – wspomina pani Janina. Pracę w Wenecji wspomina wspaniale. – System był przyjemny: pięć na pięć. Pięć dni się pracowało, pięć było na wolnym. I tak na zmianę. Choć nie pracowaliśmy po osiem godzin – zastrzega. Zmiany były dwie. Jedna od 8.00 rano do 23.00 wieczorem i druga od 11.00 przed południem do 1.00 w nocy. – W zasadzie nie upierałam się przy żadnej ze zmian, każda była w porządku – opowiada pani Janina.

Do roboty miała blisko: mieszkała koło dawnego kina Słońce, więc dosłownie kilka minut przed początkiem zmiany wybiegała, przecinała park szybkim krokiem i już była na miejscu. Chciało się pracować, bo ekipa Wenecji była zżyta, mocno zakolegowana. I bufetowe, i kelnerki i kuchnia trzymały się razem. Mogłyśmy na siebie liczyć, pomagaliśmy, gdy było trzeba, nie było zawiści, intryg. Byliśmy jak wielka rodzina, naprawdę. Dużo rozmawiałyśmy, radziłyśmy się nawzajem. Jak była wolna chwila, siadałyśmy i spędzałyśmy razem czas – wspomina z uśmiechem. Choć czasu to za wiele na ploteczki nie było. Wenecja żyła cały dzień. Od rana do nocy. I cały tydzień. Za dnia przychodziło się na lody i oranżadę. W niedzielę dla całych rodzin to był niemal zwyczaj: po mszy rodzice z dziećmi wpadali na słodką przekąskę z widokiem na park. Ale wieczory i noce to był czas imprez. Oj, bywały szalone. – Kto przychodził? Wszyscy. Naprawdę. Od młodych po starszych, od biedniejszych po bogatych. Przedstawiciele wszystkich zawodów, ze wszystkich dzielnic Gorzowa – opowiada pani Janina. Co ciekawe, poszczególne grupy zawodowe trzymały się razem, więc mówiło się, że przyszli np. prokuratorzy (mieli siedzib w obecnej bibliotece – czyli rzut kamieniem), aktorzy, lekarze czy żużlowcy. I ten wieczorny czas schodzenia się ludzi był najgorętszym okresem dnia. Trzeba było wszystko porozstawiać, popodawać, zamówienia sypały się jedno za drugim. Później nieco się uspokajało. Ale w kuchni, a nie na sali. Bo na sali to było raczej coraz goręcej. Tańce, śpiewy, szaleństwa. Nic dziwnego, że każdy chciał do Wenecji wejść, nawet gdy już… nie było miejsca i szans na bilet. Dlatego niektórzy próbowali wchodzić na dziko, poprzez Kłodawkę. Kto miał pecha, kończył przeprawę w rzece, w mokrym ubraniu. I to raczej eleganckim, bo do Wenecji chodziło się elegancko. – Nie było jakichś wymogów, ale każdy chciał się pokazać w ładnym stroju – wyjaśnia nasza rozmówczyni. Jako że Wenecja należała do bogatej wówczas Powiatowej Spółdzielni Pracy Usług Wielobranżowych, często przesiadywali w niej pracownicy spółdzielni. Mieli swój stolik. No i przy okazji obecność „swoich” sprawiała, że w Wenecji było grzecznie i miło. – Awantury należały do rzadkości. Przynajmniej ja ich nie pamiętam. Atmosfera też była spokojna. Pewnie, goście podrywali kelnerki i personel płci pięknej, ale były to zaloty na poziomie, eleganckie, żadnych nieuprzejmości nie doświadczałyśmy – zaznacza pani Janina. Wenecja dała jej też… miłość. Tu poznała męża Jana. Pracował w spółdzielni. Poznali się, zakochali. Takich historii było więcej. Dziś, gdy pani Janina patrzy na mural w miejscu dawnej Wenecji, zawsze tam w środku się uśmiecha. Bo wspomnienia wracają. I znowu widzi wielkie okna, znajomych przed wejściem, koleżanki.

–Szkoda, że Wenecja zniknęła… Pamiętam, że co roku spuszczano wodę, by posprzątać i ponaprawiać konstrukcję, na której trzymała się część budynku. To był dla nas, pracowników, czas na urlopy, wycieczki, czas wypoczynku. I gdy ostatni raz zamknięto Wenecję na taki remont, były zapewnienia, że to chwilowe, że lokal znowu będzie otwarty. Nigdy jednak już go nie uruchomiono – mówi. Zdradza jeszcze, że mało kto wie, ale od zaplecza Wenecji często do kuchni zaglądały np. listonoszki. Wpadały na kawkę, odpoczywały z wielkimi torbami pełnymi listów. A po małej-czarnej szły dalej na rejon. Za to taksówkarze, którzy też mogli liczyć na szybką kawę od zaplecza, mieli z pracownikami Wenecji niepisany układ i po robocie, nocą, odwozili pracownice do domów z upustem. Zawsze czekając, aż bezpiecznie wejdą do domu. Janina Hawryłko pracowała w Wenecji od 1964 r. do końca istnienia lokalu.

Do dziś widuje koleżankę z pracy. – Ciekawa jestem, czy i kto z pracowników jeszcze żyje. Pozdrawiam ich serdecznie – mówi, ostatni raz zerkając na mural pokazujący kawiarnię przy Kłodawce.

Kolejeczka się zdarzała

Lech Cybulski urodził się w 1946 r. W Gorzowie od zawsze mieszkał i mieszka do dziś na ul. Puszkina, na Piaskach. – Wenecja? Ech, takiego lokalu nie było, nie ma i nie będzie – wzdycha. A potem uśmiecha się i mówi: - Będę mówił prawdę i tylko prawdę! Przede wszystkim to potwierdza to, co powiedziała nam pani Janina: do Wenecji chodziło się ładnie ubranym. Nie trzeba było być odstrzelonym, ale panie zawsze prezentowały się w sukienkach i spódniczkach, a panowie to przynajmniej w koszuli, ale większość w marynarkach. Kolejeczka się zdarzała. Wejście było z ul. Sikorskiego (tuż przy wodospadku), więc wężyk ludzi stał przy samej ulicy i każdy w centrum wiedział, że zaczyna się dancing. On odkrył lokal w latach 60. – Zacząłem tam chodzić około 1965, a skończyłem chwilę przed zamknięciem i rozbiórką, w 1969 r., bo akurat poznałem żonę – śmieje się na samo wspomnienie. Pracował w Zrembie. Zarabiał przyzwoicie, więc w Wenecji bywał często. W tygodniu, za dnia, na lodach i kawie. A w soboty na potańcówkach. Ależ to były dancingi! Po pierwsze: chętnych do zabawy było zawsze więcej niż miejsca w lokalu. – Bilety były po 15 zł, jeśli mnie pamięć nie myli. Kupowało się je przy wejściu u pana Grabarczyka z władz spółdzielni. Pilnował kasy, sam witał gości. Szatnia była zaraz obok, po lewej. Po kilku krokach stawało się przed wielkim lustrem. Poprawka kołnierza, krawatu, marynarki i już wchodziło się na salę. A tam: po prawej bufet, a mniej więcej pośrodku podest dla orkiestry i miejsce do tańca. Tańczyło się na dechach - opowiada dokładnie topografię lokalu.

Wielką atrakcją była muzyka na żywo. Pan Lech pamięta, że jednym z wokalistów był Kazimierz Możdżer. Szczupły, ciemne włosy, kawał głosu. Pięknie śpiewał – wspomina. Do tego niemal zawsze był kilkuosobowy zespół muzyków. – Grali największe ówczesne szlagiery. Nogi same rwały się do tańca – mówi pan Lech. Awantury? Nie w Wenecji. To znaczy zdarzało się, że ktoś z kimś się poróżnił. Czy to o stolik, czy o koleżankę czy inną dancingową sprawę życia i śmierci. Ale wówczas albo samemu wychodziło się na zewnątrz, albo… obsługa uprzejmie wypraszała. – A co się działo poza lokalem, to już nie obciąża renomy Wenecji, prawda? – uśmiecha się nasz rozmówca. Czyli kilka bijatyk, jakieś „przypadkowe” kąpiele w Kłodawce i inne takie, to już nie historie dotyczące lokalu… Pan Lech doskonale pamięta też, że sami goście dbali o porządek. W Wenecji byli to np. bracia Lemiesze: Włodek i Marek. Trenowali boks. Nie byli wielcy, ale mieli posłuch i jak grzecznie sugerowali komuś, żeby już pobawił się poza lokalem, to człowiek grzecznie szedł bawić się poza lokalem (pana Włodka znaleźliśmy w historycznych tabelach bokserskich amatorów z lat 60., faktycznie wielki nie był, walczył w kategorii 51 kg). Czasem wystarczyło, że tylko wstali i podeszli do jakiegoś jegomościa, by ten wiedział, że dla niego zabawa się skończyła i czas już wychodzić…

Jedno pan Lech podkreśla w rozmowie kilka razy: klimat miasta lat 60. – Był zupełnie inny niż dziś. Po potańcówkach, jak się poznało dziewczynę, w dobrym tonie było ją odprowadzić do domu, bo nie zawsze miało się na taksówkę, a i spacer był przyjemniejszy – uśmiecha się. No więc takie nocne spacery były w Gorzowie częste, bezpieczne i nikt nikogo nie zaczepiał. – Zdarzyło mi się z Wenecji iść piechotą na koniec Zakanala, aż na Strażacką, a potem wrócić do siebie przez całe miasto aż na Puszkina. Bez jednej zaczepki. Dziś chłopakowi z dziewczyną o 2.00 nad ranem to chyba by się nie udało – mówi pan Lech. Nie ma też wątpliwości, że więcej osób miało czas, ochotę i pieniądze na zabawę. – Nie trzeba było być bogatym, by przetańczyć i pobawić się w lokalu. W Wenecji byli i robotnicy i urzędnicy. Na lampki wina było stać każdego – dodaje. A gdyby istniała machina i mógłby się cofnąć do lat 60.? – To poszedłbym do Wenecji na jeszcze jeden dancing. A co! Tylko nie w koszuli non iron. Może i były modne, ale nie oddychały i człowiek strasznie się w nich pocił. To była kłopotliwa moda. A jak już się w takiej koszuli poszło do Wenecji, to trzeba było wytrzymać w niej całą noc. A tańczyło się naprawdę dużo – wspomina ze śmiechem pan Lech. Na koniec dodaje, że pewny nie jest, ale… chyba kiedyś w Wenecji śpiewała Krysia Prońko.

Z saksofonem za filarem

Prońko w Wenecji? Tak. Ale nie był to śpiew, tylko gra. I nie Krystyny Prońko, ale jej brata: Piotra. - To była końcówka lat 60. Wówczas zacząłem grywać w Wenecji. Jakaż to była nobilitacja! Jaka duma! Ja, 15, może 16-latek, grałem na saksofonie w najlepszym lokalu w mieście! – wspomina dziś znany muzyk i – tak – brat piosenkarki K. Prońko. Z tym graniem w Wenecji były też problemy. W szkole (chodził do techniku Elektromechanicznego, które mieściło się przy ul. Dąbrowskiego i składało z dzisiejszego Elektryka i Mechanika) albo nie wiedziano, że dorabia w lokalu, albo krzywo na to patrzono. – Nauczyciel przyłapał mnie ze dwa razy podczas dancingu. Dlatego potem, na widok kogoś z grona pedagogicznego, chowałem z saksofonem nieco za filarem – zdradza swój patent na znikanie P. Prońko. Sam lokal pamięta jako miejsce z klasą, ze skromną, ale jednak kuchnią (czyli kiełbasy na gorąco i jajka po wiedeńsku autorstwa pani Janiny ktoś jednak pamięta), gdzie bawili się raczej młodzi gorzowianie, w tym słynni już bikiniarze. – Wenecja przyciągała wolne duchy, odważnych ludzi szukających czegoś nowego. Tutaj poznałem czym jest jazz, tu spotykali się ci, którzy lubi zabawę, modne dźwięki i melodie. Pewnie, graliśmy przede wszystkim do tańca, jednak czasami przemyciło się coś innego – wspomina. Co jeszcze zostało mu w głowie? Sama estrada! – Ta w Wenecji była umiejscowiona nad wodą. I doskonale pamiętam, że płynącą wodę było słychać nawet podczas dancingów. Niesamowite! – mówi P. Prońko. Co ciekawe, ekipa z Wenecji czasami brała się też za organizowanie spontanicznych występów w muszli, która kiedyś stała w pobliskim Parku Róż. – To w niej pierwszy raz usłyszałem Blue Suede Shoes – śmieje się na samo wspomnienie, bo wyznanie brzmi jak fragment „Autobiografii” zespołu Perfect.

Paliło się, że ho, ho

Józef Mazurek do Wenecji trafił w 1958 r. Przeniósł się do niej za namową kolegi z innej restauracji - z Gorzowianki. Zaczynał na sali, potem był barmanem. - Wenecja to była klasa. Szyk. Niby oficjalnie nie było żadnych wymagań co do stroju, ale ludzie sami czuli, że trzeba wyglądać porządnie. Lokal był czynny nawet do 2.00 w nocy – wspomina. Wada Wenecji? Dym papierosowy! – Wszystko było w tym dymie. Dosłownie. Wentylacji nie było, więc co najwyżej otwieraliśmy okna. Popielniczki zapełniały się błyskawicznie. Każdy palił, nie było zakazów, więc nawet niepalący po wieczorze musieli prać ubrania z dymu – słyszymy od J. Mazurka.
Doskonale pamięta, że stoliki były wiecznie zarezerwowane i zajęte. Na wolne miejsce czekało się w kolejce przed lokalem. A czekać było tym trudniej, że wszystko było przeszklone i doskonale można było widzieć, jak w środku ludzie świetnie się bawią. Sprzedaż biletów nadzorował osobiście pan Grabarczyk, wiceprezes Spółdzielni Usług Wielobranżowych, która prowadziła lokal, albo jego zaufani ludzie.

Muzyka ze środka niosła się poza lokal. Więc jak dla kogoś zabrakło biletów, to tańczył przed lokalem, na polance przy Kłodawce od strony parku. - Muzykę było doskonale słychać, ludzie normalnie tu się bawili. Za dnia przychodzili rodzice z dziećmi na lody. Naszym hitem były te o nazwie cassate. Mieliśmy je tylko my. Szły jak woda – opowiada J. Mazurek. Dorośli zamawiali też np. Piwo Grodziskie. Było na drożdżach i koszmarnie się pieniło. Strzelało z butelki tak, że potrafiło oblać sufit. Czasami z jednego można było napełnić… cztery pokale – głównie pianą, ale ludzie i tak brali jak leci. I zostawiali napiwki. Klienci ich nie szczędzili i raczej nie było oszukiwania przy zapłacie. To też wyróżniało lokal przy Kłodawce. Muzycznie Wenecja była dla każdego. No i orkiestra za banknocik grała, co kto chciał. – Najbardziej pamiętam chyba utwór „Gdy mi ciebie zabraknie” – zamyśla się nasz rozmówca. To możliwe. W 1960 r. wybrano ten utwór w wykonaniu Ludmiły Jakubczak najpopularniejszym utworem powojennym.
J. Mazurek, podobnie jak P. Prońko przyznaje, że do Wenecji zaglądało sporo młodych ludzi, którzy byli awangardą miasta. Przesiadywali tam na przykład bikiniarze. Czyli goście w butach na wysokiej podeszwie, w kolorowych marynarkach, kaszkietach, pod którymi nosili gazetę, Trybunę Ludu, bo tak charakterystycznie podnosiła im daszek. - Raz ci bikiniarze, w złości, zabrali wino ze stolika żużlowców. A żużlowcy to nie byli potulni chłopcy, więc zaczęła się awantura. Bijatyka była taka, że stłuczone zostało lustro w holu – słyszymy od J. Mazurka.

Bywało też wesoło. Mazurek pamięta jedną taką sytuację. Podczas zabawy do wodospadku (jest do dziś, zaraz przy ul. Sikorskiego, niemal na wprost ul. Garbary) skoczył jeden z gości. Ludzie pobiegli w stronę Warty, czekając, aż wypłynie. A on jakoś wygramolił się z wody szybciej, poszedł do domu, i wrócił na parkiet. - Tam go odnaleźliśmy – śmieje się dawny barman z Wenecji.
Pamięta też klientkę, starszą panią, po 80., która ubierała się jak hrabianka i zawsze z całym ceremoniałem zamawiała u niego, gdy podszedł do stolika, kawę oraz Stefanka, takie ciasto. - Po wielu wizytach postanowiłem zrobić jej przyjemność i już na wejście postawiłem kawę i Stefanka. I wie pan co? Obraziła się, ofunknęła mnie, po czym zamówiła herbatę i bezę – śmieje się J. Mazurek. O Wenecji nie zapomni nigdy, bo przypomina mu o niej także pokaźna blizna na głowie. Od czego ją ma? - To było w 1960 r. Klient popił, pojadł i zaczął się ubierać. Podszedłem do niego i grzecznie poprosiłem, by uregulował rachunek. A on bez słowa, błyskawicznie wyjął zza pazuchy cegłę. Normalną, dużą cegłówkę i zdzielił mnie nią w skroń. Nie wiedziałem, co się dzieje, a ten człowiek zaczął uciekać. Wiem, że kilka osób rzuciło się za nim w pogoń. Ale zdołał uciec – opowiada J. Mazurek. Jednak nie odpuścił napastnikowi. Z kolegami wezwał taksówkę i tak długo jeździli po mieście, aż na obecnej ul. Drzymały namierzyli gagatka i… - I po obywatelskim zatrzymaniu wezwaliśmy milicję – kończy opowieść J. Mazurek. Zdradza, że do dziś niektórzy z dawnych gości, którzy rozpoznają go na ulicy, najczęściej dopytują, gdzie są te wszystkie pyszne wina, które były w Wenecji (hitem była choćby Mistella czy Lacrima). No i wielu tęskni za… akustyką lokalu. Tak, tak! – W Wenecji, nawet gdy głośno grał zespół, można było spokojnie rozmawiać i się usłyszeć. Dziś muzyka to głównie dudnienie i będąc przy jednym stoliku trzeba do siebie krzyczeć – tłumaczy pan Józef.

ZOBACZ TAKŻE:

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie