Wszyscy są dumni z drużyny dzieci

Artykuł sponsorowany SWISS KRONO
Drużyna dziecięca, duma OSP Dębinka , przy swoim wozie bojowym

- Jak ja nienawidziłam straży! Bo zabierała mi narzeczonego, a później męża. Ciągle z nią przegrywałam – wyjawia Justyna Popko. Aż… sama została druhną OSP Dębinka. Jednostka ma drużynę dzieci, z których wszyscy są dumni. Resuscytacja to dla tych maluchów pestka.

Przyszłego męża pani Justyna poznała 20 lat temu i od początku znajomości zawsze było tak samo: są umówieni, Roman nie przyjeżdża, bo pożar, bo przygotowania do zawodów strażackich. Mają jechać do kina, już wsiadają do samochodu, nagle wyje syrena, Roman znika. Tak też było w pierwszych latach małżeństwa. – Och, jak mnie to irytowało, że gdy zawyje syrena, zostawia mnie i wychodzi, bez względu na to, czy mamy ważne sprawy rodzinne, czy coś do załatwienia – opowiada Justyna Popko.

Później kilka razy zdarzyło się, że zabrała się ze strażakami na akcję. Ale jak urodziły się dzieci, na takie wyprawy nie było czasu. Kiedy dzieci trochę wyrosły, znów zaczęła jeździć do pożarów. - Sama chciałam wejść w ten ogień. Bywało tak, że jak mnie nie zabrali, to jechałam osobówką za nimi. I patrzyłam, co robią, jak gaszą. Z czasem zrozumiałam, że też chcę jeździć do akcji, gasić pożary, pomagać – opowiada.

Jej mąż Roman, prezes OSP Dębinka zauważa, że na tę chęć uczestniczenia w akcji zapewne duży wpływ miał fakt, iż przed kilku laty zdecydował się założyć kobiecą drużynę pożarniczą. Wyszkolone kobiety, w tym pani Justyna, jeździły na zawody, osiągając sukcesy na szczeblu gminnym, na zawodach powiatowych bywając w pierwszej trójce. To z pewnością przygotowało kobiety do bycia strażakiem. - Cztery lata te-mu razem z koleżanką Gośką zdecydowałyśmy się wstąpić do drużyny. Owszem, padały pytania, po co te baby. Ale uparłyśmy się, że chcemy działać. Gośka wstępowała z mężem, ja sama, bo przecież Roman działał już od lat. Zarząd przyjął nasze podania, przez rok byłyśmy tzw. wspierającymi. Po roku zrobiłyśmy szkolenie podstawowe, żeby móc wyjeżdżać do akcji – wspomina J. Popko.

Co tak ciągnie do straży? - Nie da się powiedzieć, to trzeba czuć. Jak dostajemy smsa, że coś się dzieje, a jesteśmy na przykład na rodzinnej imprezie, po prostu wstajemy oboje od stołu. Nasze dzieci wiedzą, że mama i tato jadą, tak to się przyjęło – wyłuszcza pani Justyna.

Ale i dzieci już są w OSP. - Dziecięcą drużynę pożarniczą stworzyliśmy po to, by dzieci pobawiły się wodą, by poczuły smykałkę do pożarnictwa – stwierdza jej pomysłodawca prezes R. Popko. – Regulamin mówi, że młodzieżowe drużyny mogą być tworzone od 12. roku życia. Nasza miejscowość jest mała, nie było tyle dzieci w tym wieku, miałem więc pod górkę. Ale przyciągnęliśmy maluchów, najpierw syna, córkę i dzieci znajomych. Syn miał niecałe 4 lata, jak latał z wiaderkiem, nosząc wodę starszym kolegom.

Drużynę założono w 2015 r., na początku liczyła ośmioro dzieci. Prezes uczył je niesienia pomocy, prowadzenia resuscytacji. Rodzice najpierw dość sceptycznie podchodzili do tych strażackich zajęć, ale gdy zobaczyli, jak dzieci wyciągają z namiotu misia i próbują go ratować, tylko przyklasnęli idei. Na początku była to zabawa, później prezes dołożył do szkolenia udzielanie pomocy, resuscytację… Ciągle podnosił poprzeczkę. - W ciągu pięciu lat dzieci doszły do profesjonalizmu. Podczas zbiórki na WOŚP czwórka małych ratowników wykonała resuscytację krążeniowo-oddechową na fantomie, z AED (defibrylator – dop. red). Gdy w fantomie zaczęło bić serce, ludzi aż przeszły ciarki, pojawiły się łzy. Coś wspaniałego – opowiada Roman Popko, sam się wzruszając. I zauważa: - Są tak dobrzy, że nie wiem, co wymyślić, by było lepiej, by się nie nudziły.

Najpierw drużyna pokazała się na zawodach gminnych. Z wozem strażackim z kartonu. Umiejętności dzieci zobaczył komendant powiatowy i zaprosił drużynę na zawody. Później zespół zaczął pokazywać się na festynach. By na nie dojechać, pożyczali przyczepkę. Z czasem p. Popkowie kupili ją sami. Sprzętu przybywało, kartonowy wóz zamienił się w blaszany, a wszystko woził busem ojciec jednej druhny. Dziecięca drużyna uczestniczyła w I

Ogólnopolskiej Olimpiadzie Dziecięcych Drużyn Pożarniczych w Wieruszowie, w drugiej również, która była też pierwszą międzynarodową. Startowało w niej 38 drużyn z Polski i dwie z Czech, czyli 400 małych strażaków.

– Uczestniczyły w niej dzieci od 3. do 10. roku życia. Była sztafeta, z prądownicą zamiast pałeczki, ćwiczenie bojowe przy użyciu wody, węży i pompy, coś co dzieci uwielbiają, także musztra – wymienia Justyna Popko, sekretarz OSP Dębinka i jak się śmieje, jej rzecznik prasowy. - Dwa lata temu i przed rokiem byliśmy na Ogólnopolskim Zlocie Czerwonych Samochodów w Poznaniu. Trzy razy występowaliśmy na piknikach rodzinnych, festynach w SWISS KRONO. Mieliśmy tam drewnianą deskę ortopedyczną, firma podarowała nam pediatryczną deskę ortopedyczną. To wielka rzecz, bo nie mamy pieniędzy na sprzęt dla dzieci. Ciągle ich szukamy, pisząc projekty raz na dzieci, raz na dorosłych.

By przewozić sprzęt drużyny dziecięcej, ochotnicy postanowili powalczyć o busa, którego oddawała PSP w Żarach. Dostali, teraz go remontują, ulepszają. – W remizie jest miejsce tylko na stara, więc postanowiliśmy zbudować dla busa garaż. Poprosiliśmy SWISS KRONO o płyty OSB i je dostaliśmy, więc wkrótce zbudujemy ten garaż – mówi prezes Popko.

W OSP Dębinka czynnych strażaków jest 11, w tym dwie kobiety. Jednostka ma 38-letniego stara. - Jak kupimy nowy sprzęt, nie mamy gdzie go zamontować, bo w starze jest za mało miejsca. Ale do pożaru dojeżdżamy, możemy gasić. Chciałbym mieć nowy wóz, to marzenie każdej jednostki – przyznaje pan Roman. Jego żona dodaje: - Jak dostaniemy nowy wóz, zrobię prawo jazdy kat. C, żeby wyjeżdżać, jak mąż będzie poza domem. Żebyśmy zawsze byli w gotowości.

Oboje mówią, że niestety jednostki spoza Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego są przy podziale pieniędzy traktowane gorzej. - A przecież my też pracujemy z zawodowymi strażakami, w parach wchodzi-my do budynku i nikt nie patrzy, czy jestem ze zwykłej straży, czy KSR-G. Wyszkolenie, umundurowanie, kwalifikowana pierwsza pomoc, ratownictwo techniczne – wszystko musimy mieć takie samo, ale sprzęt oni mają lepszy – stwierdza prezes.

Roman Popko jest strażakiem od 22 lat. Gdy pytam o zapamiętaną akcję, wymienia gaszenie pożaru domu w Dębince. - Nie uratowaliśmy mieszkającej tam kobiety, najprawdopodobniej się zaczadziła, ale uratowaliśmy dom. Dalej służy rodzinie – podkreśla. Pani Justyna dopowiada, że dom udało się ocalić, bo na akcję w środku pozwoliły im aparaty oddechowe. Pożyczyli je, bo część ochotników miała egzaminy i jeszcze nie zdążyli oddać. - Na zebraniu powiedziałem, że choćbym miał pojechać po nie do Warszawy, to je zorganizuję. Wszyscy mówili, po co wam, gdzie użyjecie? Nie minęły dwa miesiące i stała się tragedia. Nie zadysponowali nas do akcji, bo nie mieliśmy aparatów – wspomina R. Popko. Nie pojechali do pożaru w Chudzowicach w 2017 r., choć od Dębinki to tylko 3 km. W pożarze zginął człowiek.

OSP Dębinka ma już cztery aparaty – dwa kupił zarząd wojewódzki OSP, na prawie dwa nazbierali sami, resztę dorzucił wójt.

I prezes, i sekretarz podkreślają, że mieszkańcy zauważają to, co robią dla jednostki, dla bezpieczeństwa mieszkańców. – A my otwarcie mówimy, ile co kosztowało, skąd mamy pieniądze, żeby ludzie wiedzieli. Wkrótce pochwalimy się mieszkańcom wygraniem kolejnego projektu, a za otrzymane pieniądze kupimy nowe mundury – mówią oboje. I przyznają, że widzą wdzięczność mieszkańców, bo chwalą ich akcje, no i wspierają, przekazując OSP 1 proc. z podatku.

Strażacy z Dębinki włączają się też w akcje charytatywne. Występowali w Tuplicach na festynie charytatywnym, by pomóc zebrać pieniądze na leczenie i rehabilitację chorego chłopca. Na Facebooku jednostki można zobaczyć filmik, jak w ramach #Gaszynchallenge robią pompki i przysiady dla chorego Franka albo apel o zbieranie nakrętek i wsparcie Mii,

10-miesięcznej dziewczynki, która choruje na SMA typu 1 i potrzebuje 10 mln zł na najdroższy lek świata i leczenie w USA.

– Uczymy dzieci pomocy bezinteresownej. W straży pracujemy jako wolontariusze, tak szkolimy dzieci. Włączamy się w akcje, bo warto, bo dobro wraca czasami ze zdwojoną siłą – stwierdza pani Justyna. Pan Roman krótko: - Bo tak trzeba.

Czy dzieci przejmą pałeczkę? Oboje mówią, że to ich marzenie. One już inaczej postrzegają świat, inaczej reagują, wiedzą, jak się zachować. Jeden z małych druhów już wezwał pomoc, zadzwonił pod numer powiatowego stanowiska kierowania z informacją, że pali się las. Pięcioro małych druhów wójt Trzebiela nagrodził za to, że nie przeszli jak dorośli obojętnie obok człowieka leżącego pod sklepem.

- Jesteście z nich dumni?

- Bardzo – odpowiadają zgodnie.


Swoją siłą wyróżniają się w powiecie

- Mamy świetny zespół – mówi prezes OSP Lubanice Ryszard Kołoda. I dodaje: - Jest u nas kilka wielopokoleniowych rodzin. Tę miłość do straży dzieci wyssały z mlekiem matki.

Ryszarda Kołodę, prezesa Ochotniczej Straży Pożarnej Lubanice, rozpiera duma. Bo nie ma w powiecie większej strażackiej siły niż OSP Górzyn i Lubanice właśnie, z 27 w pełni wyszkolonymi strażakami ratownikami, wśród których jest pięć kobiet. Jednostka liczy 50 członków.

- Nasza siła to wyszkoleni i sprawni ratownicy – podkreśla prezes. Ten zespół uczestniczy w największej liczbie akcji w gminie Żary. W roku lubaniccy strażacy wyjeżdżają nawet 55 razy.

W wielu miejscach w kraju strażacy ochotnicy traktują swoich kolegów jak członków rodziny. – U nas też tak jest, ale my nie tylko czujemy się jak rodzina, my nią rzeczywiście jesteśmy, bo jednostkę tworzy kilka klanów, rodzin, w których strażakami są ojciec, dzieci, wnuki. Tę miłość do straży wysysają z mlekiem matki – zauważa z uśmiechem R. Kołoda. Ochotnicza służba faktycznie przechodzi z pokolenia na pokolenie, bo też jednostka z Lubanic za dwa lata będzie świętować jubileusz 75-lecia. Od lat ze strażą związane są rodziny Miciniowskich, Wieczyńskich, Czaja, Wineckich, Falkowskich, Miedlińskich. No i Kołoda.

- Mój starszy brat Czesław jest honorowym prezesem, on mnie wprowadził. Jestem w straży od 17. roku życia, najpierw byłem kronikarzem, w 2002 r. przejąłem po bracie stery w jednostce. Moje dzieci to też strażacy. Sama radość i przyjemność pracować z tak świetnym zespołem - stwierdza prezes, lat 58. W 2021 roku, tuż przed jubileuszem, kończy się kadencja R. Kołody. Jak mówi, marzy się mu oddanie owych sterów w młodsze ręce.

A jest co oddawać. Bo OSP Lubanice znajduje się w Krajowym systemie Ratowniczo-Gaśniczym, ma świetną załogę i dysponuje okazałą bazą. W 2014 r. jednostka wprowadziła się do nowej remizy. Zaadaptowano budynek sklepu. Wizję tego, co ma tam się znaleźć nakreślił prezes, na papier przeniósł ją mieszkaniec regionu, projektant Jacek Stróżyna za przysłowiową złotówkę. W remizie jest to, co niezbędne. Oprócz stanowisk na samochody są: szatnia i natryski dla kobiet i mężczyzn, przebieralnia, zaplecze socjalne, a także świetlica na 50 osób, część biurowa, jest kuchnia. Nic dziwnego, że remiza wykorzystywana jest również jako miejsce spotkań.

- Wyposażenie wewnątrz przy wsparciu gminy to nasza praca. Płyty, materiały na szafki ratownicze, na meble, stoły to darowizna SWISS KRONO. Inny sponsor, już nieistniejący Zakład stolarski Dara Danuty Tomczyk-Wietrzyk, wszystko nam przyciął. Gmina wsparła nas pieniędzmi na zakup akcesoriów, np. nóg do stołów, Rolmasz użyczył osprzętu, śrub, zawiasów, a my to zmontowaliśmy. Nasza remiza jest piękna, w środku wręcz imponująca – zachwala prezes Ryszard Kołoda.

Od 2018 roku strażacy mają nowy w pełni wyposażony samochód pożarniczy, jak zauważa prezes, taki jak ma też straż zawodowa. Kosztował niemal 1 mln zł. Jest lekki samochód pożarniczy, po karosacji (prace związane z przeróbką lub przystosowaniem konkretnego modelu samochodu do celów pożarnictwa), wykorzystywany przy wypadkach, w podtopieniach, w akcjach z błonkoskrzydłymi, czyli pszczołami, osami, szerszeniami, które OSP podejmuje w gminie, także w Żarach.

- Za nowe auto, o którym marzyliśmy od wielu lat, jestem wdzięczny Wojewódzkiemu Funduszowi Ochrony Środowiska, skąd dostaliśmy ponad 400 tys. zł, a także naszemu sprawdzonemu przyjacielowi, firmie SWISS KRONO, która do samochodu dołożyła 20 tys. zł. Wspiera nas różnymi kwotami w każdej sytuacji. Ostatni zastrzyk z tej firmy – na sprzęt ochrony osobistej strażaków ratowników, niezbędny bezpośrednio w akcji, czyli maski, hełmy, buty. Mieliśmy trochę pieniędzy, brakowało 4,5 tys. zł. Poprosiłem o tę kwotę, marzyłem, żeby dostać choć pół z tego, SWISS KRONO przekazało całą – cieszy się prezes.

Dodaje, że jednostka nie wyciąga ręki po wszystko, wiele strażacy robią sami. Organizują zabawy, festyny, z których dochód przeznaczają na szeroko pojętą działalność statutową. Na przykład dwa lata temu zorganizowali bal sylwestrowy, który przyniósł im kilkanaście tysięcy złotych.

Do pełni szczęścia strażakom z Lubanic brakuje jeszcze rozpieracza kolumnowego, niezbędnego sprzętu do ratowania ludzi w wypadkach, do których często docierają jako pierwsi. Już napisali wniosek do WFOŚ.

Od 11 lat przy OSP w Lubanicach działa klub honorowych dawców krwi. Co roku strażacy biorą udział w programie Ognisty Ratownik - Gorąca Krew. Dwa lata temu oddali 79 litrów krwi, najwięcej w województwie. Gdy akcję podsumowano w kraju, okazało się, że Lubanice zajęły trzecie miejsce! Co ciekawe, w 2019 roku w Lubuskiem wygrały pobliskie Mirostowice. Warto dodać, że dwóch druhów z Lubanic - Andrzej Gronkowski syn Jana (bo jest dwóch o tym imieniu i nazwisku) i Artur Trzoski, oddało już potrzebującym po 50 litrów życiodajnego płynu.

Prezes Kołoda: - Zawsze uczestniczymy w programie, w tym roku nie powstrzymał nas nawet koronawirus. Zwyczajowo akcja prowadzona jest w remizach, tym razem pojechaliśmy do punktu krwiodawstwa w Żarach. Krew oddało 26 strażaków z Lubanic.

Na takich strażaków zawsze można liczyć.

Dodaj ogłoszenie