Żużlowe szkiełko: Nabici w puchar

Rafał Darżynkiewicz [email protected]
Rafał Darżynkiewicz
Rafał Darżynkiewicz archiwum GL
Piękny plan na stadion w Częstochowie i wielkie zdziwienie. Pustka na trybunach. Tak telewizyjnie rozpoczął się Drużynowy Puchar Świata.

Tylko sześć tysięcy kibiców oglądający reprezentację Polski to smutny rekord ostatnich lat. Pewnie, gdyby zawody rozegrano zgodnie z planem czyli w sobotni wieczór byłoby inaczej. Pewnie tak, ale to tylko jeden z powodów marnej frekwencji. Częstochowski półfinał od początku sezonu zapowiadał się frapująco. Niestety, z wielkiego widowiska, w którym Polacy wcale nie mogli być pewni pierwszego miejsca "wyszła" impreza słabiuteńka. Kontuzje, które wyeliminowały Chrisa Holdera i Emila Sajfutdinowa to jedno. Brak braci Łagutów do drugie. Rosjanie od dłuższego już czasu starty na międzynarodowej arenie traktują jako zło konieczne. A to problem z wizami, a to problem ze sponsorami. W przypadku Rosjan zawsze jest coś.

Kibic chciał zobaczyć ciekawe zawody, bo przecież reprezentacja smakuje zupełnie inaczej. Kto choć raz był w biało-czerwonym żużlowym tyglu ten wie o czym piszę. Szkoda kibiców. Szkoda mi także organizatorów, czyli ludzi z Częstochowy. Od lat marzyli o wielkiej imprezie. Marzyli o Grand Prix. W pierwszym podejściu przegrali z Lesznem. Potem starań zaniechali, choć marzenie trwało. W końcu dopięli swego. Zgodnie z utartym, ale drogim scenariuszem drogę do wymarzonego SGP musieli zacząć od półfinału DPŚ. Tę kolejność dobrze znają w Lesznie, znają także w Gorzowie. Ani jedni, ani drudzy nie zostali jednak aż tak nabici... w puchar. BSI kroi aż miło, a w zamian nie daje nic. Najgorsze jest jednak to, że nasze - podobno coraz biedniejsze kluby i samorządy - płacą i płaczą. Dramat polega na tym, że w kolejce czekają następni.

Rosjanie, w poprzednich latach startowali dzięki sponsorowi z Polski, kolejne drużynowe mistrzostwa rozpoczną z najniższego szczebla. Sajfutdinowa i Łagutów wcale mi nie żal. Ekipę - w teorii - mają na medal, ale organizacyjnie tkwią w latach osiemdziesiątych. Co innego nasi. Od lat brylują organizacyjnie, choć konkurencji w tej dziedzinie zbyt wielkiej nie mają. Bez Tomasza Golloba, ale z Patrykiem Dudkiem pewnie wjechali do finału. Śmiem przypuszczać, że złota młodzież Rafała Dobruckiego także dokonałaby tej sztuki. Wszak konkurencji nie było. W finale jedynymi, którzy z biało-czerwonymi mogą nawiązać walkę są Duńczycy. W sobotę w Pradze zaczynamy od srebra, a koniec powinien być złoty i to niezależnie od tego czy pojedzie Gollob czy Dudek.

W radosnych nastrojach - w końcu znów będziemy mieli ligę mistrzów świata - wrócimy do ekstraligowej młócki. Ta już całkowicie zagubiła się w regulaminowych kruczkach. Rzeszów w walce o byt wyciągnął paragrafy. W końcu trzysta stron regulaminów czemuś i komuś służyć musi. Z zapisów - w tym przypadku nie ma mowy o interpretacji - wynika jasno: PGE Marma mecz z Unią Tarnów powinna wygrać walkowerem. Liga znów stanęła pod regulaminową ścianą. Po stronie rzeszowian stoi prawo. Ocenianie dziś czy jest ono dobre, czy też złe nie ma najmniejszego sensu. Jest i należy go przestrzegać.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie