To był wielki skok Stelmetu Zielona Góra!

Andrzej Flügel 68 324 88 06 aflugel@gazetalubuska.pl
Co za radość, zielonogórzanie mistrzem!
Co za radość, zielonogórzanie mistrzem! Tomasz Gawałkiewicz
Stelmet jest autorem majstersztyku. Już w trzecim sezonie po powrocie do ekstraklasy zespół zielonogórski zdobył mistrzostwo kraju! Zdobył je w kapitalnym stylu, udowadniając, kto jest obecnie w Polsce najlepszy.

A przecież przed rokiem był brązowy medal, a w trakcie zakończonego dawno sezonu świetny występ w Eurocupie i awans w dobrym stylu do drugiej rundy. Mało tego. Właściciel Janusz Jasiński już powiedział, że to nie koniec. Chce by zespół dobrze zaprezentował się w Eurolidze. Wielu, nawet tych, którzy sceptycznie podchodzili do szans Stelmetu na stanie się znaczącą siłą na długie lata, uważa, że w najbliższych sezonach nikt nie da rady przerwać dominacji zielonogórskiego zespołu. Czy mają rację? To się okaże. Łatwiej jest wejść na szczyt niż się na nim zostać na dłużej. I nawet chyba nie chodzi o to, że chcąc utrzymać supremację w kraju i aby powalczyć w Eurolidze trzeba znaleźć kilka milionów więcej. Już sam fakt, że w Zielonej Górze potrafiono stworzyć budżet wielkości około dziewięciu milionów złotych każe docenić to, co zrobiono. Trudniej będzie zaspokoić apetyty kibiców, fakt, że wszyscy będą grali ,,na mistrza", czy okiełznać gwiazdy, które się pojawią w ekipie. Czekają nas, więc nowe przygody, ale i nowe wyzwania.

Ale na to przyjdzie jeszcze czas. Na razie cieszmy się z sukcesu, bo jest, z czego. Cztery razy pokonaliśmy lidera po rundzie zasadniczej, zespół typowany na faworyta finałowej rozgrywki! Z tych czterech zwycięstw trzy razy nie daliśmy rywalom szans. Czy może być piękniejszy finał?
A przecież mieliśmy chwile zwątpienia, były trudne sytuacje, kontrowersje i lęk czy zespół jest w stanie zrobić coś więcej niż powtórzyć brąz, który - powiedzmy sobie szczerze - dla tej ekipy nie byłby żadnym sukcesem. Dziś, kiedy osiągnęliśmy cel łatwiej i bez jakichś napięć można je wymienić. Jak choćby nieudany transfer Adama Łapety, potem odejście Piotra Stelmacha w atmosferze pomówień o zdradę.

Przez wiele miesięcy Quinton Hosley nie dawał tyle zespołowi ile mógł i powinien. Kilka razy przeszedł obok meczów co irytowało kibiców. Także brak szansy dla Filipa Matczaka. Jedynego w ekipie wychowanka klubu mającego szansę na zaistnienie w profesjonalnym baskecie. Wreszcie, już na samym finiszu, nadal dziwne dla wielu, odsunięcie od zespołu Waltera Hodge'a. A przecież tak potraktowano w ostatnich latach symbolu klubu i koszykarza, bez którego niemożliwe byłby nasze sukcesy! Jednak po sposobie wychodzenia z kłopotów poznaje się mistrzów. Stelmet zrobił to znakomicie. Dowodem może być chemia w ekipie, która pojawiła się już w play offach. Widać było, że na nie gra tylko piątka będąca aktualnie na parkiecie, ale ,,żyje" także ławka. Potrafiono dotrzeć do Hosleya, lub on sam wreszcie zechciał pokazać w całej krasie, co potrafi. Hodge, nie obraził się, że w pierwszej piątce wychodzi nie on, a Łukasz Koszarek. Zresztą obaj świetnie współpracowali, chcąc jakby potwierdzić, że superlatywy, jakimi określali siebie w wywiadach nie były tylko zasłoną dymną, co podejrzewali niektórzy.

Walczyli wszyscy, także ci, którzy mogli przypuszczać, że w nowym sezonie nie starczy dla nich miejsca w tym zespole. Metamorfozę przeszedł również trener Mihailo Uvalin. Potrafił zejść z raz utartego i wytyczonego szlaku, co wcześniej wydawało się niemożliwe. Znalazł miejsce na parkiecie dla Mantasa Cesnauskisa, choć w momencie pojawienia się w ekipie Łukasza Koszarka, odstawił Litwina z polskim paszportem twierdząc, że tak być musi. Cesnauskis grał i wiele razy dawał dobre zmiany z wielką korzyścią dla naszej ekipy. Końcówka i wspólny cel zjednoczyła nie tylko koszykarzy, ale i działaczy. Wcześniej, choć starano się by na zewnątrz to nie wychodziło, słychać było, iż szefostwo klubu jest podzielone, jeśli chodzi o opinie o szkoleniowcu i sposobu prowadzenia przez niego ekipy. Tak wiec sztukę jednoczenia się wokół celu, potwierdzenia, że ,,nieważne jest jak się zaczyna, ale jak kończy" w Stelmecie opanowano do perfekcji. Oprócz zespołu, który pokazał, kto rządzi w polskiej lidze, klub zaczął profesjonalne działania marketingowe.

Działacze nie ukrywają, że w tej sprawie podpatrywali żużlowy Stelmet Falubaz, ale przecież uczenie się na dobrych wzorach też jest sztuką. Były, więc gadżety, koszulki, żyły portale społecznościowe, organizowano wyjazdy fanów na mecze. To wyraźnie ruszyło z miejsca, a kibice zaczęli się identyfikować z klubem. Stał się on rozpoznawalny, o nim się mówiło, czekano na mecze, transmisje i relacje. Zielona Góra przestała się kojarzyć tylko i wyłącznie z żużlem.
W sumie Stelmet w pierwszym roku istnienia pod nową nazwą dokonał wielkiego skoku. Miejmy nadzieję, że na tym nie poprzestanie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie