Tokio 2020. Doświadczenie zdobyte przez Igę Świątek i Huberta Hurkacza może zaprocentować w przyszłości [ROZMOWA]

Hubert Zdankiewicz
Hubert Zdankiewicz
Iga Świątek dotarła do drugiej rundy singla i ćwierćfinału miksta
Iga Świątek dotarła do drugiej rundy singla i ćwierćfinału miksta Pawel Relikowski / Polska Press
- Była też sytuacja, że Hubert Hurkacz poszedł na mecz koszykówki, w towarzystwie szefa naszej misji olimpijskiej Marcina Nowaka. No i zadzwonił do niego jeden z polskich dziennikarzy z pytaniem, co Hurkacz robi na meczu koszykówki…- wspomina Tomasz Iwański. Z trenerem głównym Polskiego Związku Tenisowego rozmawiamy o jego pobycie w Tokio, kulisach igrzysk, koronawirusowych obostrzeniach i występie naszych reprezentantów.

W Tokio był pan służbowo, jako trener główny PZT, ale była to też okazja, by przyjrzeć się z bliska igrzyskom. Jakie one były?
Moje pierwsze, więc nie mam porównania. Natomiast jako przeżycie to było na pewno coś bardzo ciekawego, coś zupełnie innego niż imprezy, na których wcześniej bywałem. Nawet biorąc pod uwagę różnego rodzaju utrudnienia związane z protokołem covidowym, który – nie ma co ukrywać – był bardzo dokuczliwy. Co do wioski olimpijskiej, to rozmawiałem na ten temat z osobami, które były parę razy na igrzyskach. Wszyscy mówili, że jeśli chodzi o infrastrukturę była na zdecydowanie wyższym poziomie, niż poprzednia. Oczywiście nie był to standard jak w Hiltonie, ale było czysto i wygodnie, z fajnym widokiem. Na jedzenie też nie narzekałem, było naprawdę dobre i urozmaicone. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Jak bardzo utrudniał wam życie wspomniany protokół covidowy?
Chwilami był trochę abstrakcyjny. Na przykład wtedy, gdy dzień przed ceremonią otwarcia, na którą nie można było wpuścić kibiców, widzi się w telewizji mecz krykieta, który ogląda z trybun kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Albo jak uczestnicy igrzysk, którzy są testowani codziennie, nie mogą iść obejrzeć zawodów w innych konkurencjach, w których występują również testowani codziennie sportowcy. Tym bardziej, że na zwody jeździło się transportem zabezpieczonym przez organizatorów. To było… może nie przesadą, ale czymś trudnym do zrozumienia.

Chyba organizatorzy po prostu dmuchali na zimne po tym, jak wykryto w wiosce kilka przypadków zakażenia koronawirusem? Media pisały, że bańka pękła jeszcze przed startem igrzysk.
Też tak to sobie tłumaczyliśmy. Tym bardziej, że było też kilka przypadków złamania protokołu. Wyrzucono nawet kilku sportowców z igrzysk za samowolne wyjście z wioski.

Teoretycznie mogło się to skończyć jedną wielką wielką kwarantanną...
Zgadza się. Organizatorzy wręcz uczulali, na spotkaniach z team liderami i przedstawicielami misji olimpijskich, żeby przestrzegać obostrzeń a nawet informować o przypadkach ich naruszania ze strony innych. Dochodziło chwilami do nieco absurdalnych sytuacji, bo na przykład jedna z reprezentacji poszła do portu sprawdzić swoje kajaki. Nikogo postronnego nie było w pobliżu, więc zdjęli maski, bo było gorąco. No i sfotografowali ich przy tym rywale, a potem donieśli organizatorom, że nie przestrzegają protokołu. A oni po prostu stali przy tym swoim sprzęcie, nie stanowili zagrożenia dla nikogo. Była też sytuacja, że Hubert Hurkacz poszedł na mecz koszykówki, w towarzystwie szefa naszej misji olimpijskiej Marcina Nowaka. No i zadzwonił do niego jeden z polskich dziennikarzy z pytaniem, co Hurkacz robi na meczu koszykówki…

Czyli jednak dało się wejść na zawody w innych dyscyplinach?
Nie na wszystkie, ale tak. Trzeba było wcześniej zgłosić się do swojej misji po specjalne rozszerzenie do akredytacji, które to umożliwiało, spełnić wszystkie warunki. Wtedy można było zasiąść na trybunach. Ja na przykład skorzystałem z takiej możliwości, żeby obejrzeć na żywo pierwszy polski medal, naszej mieszanej sztafecie 4x400 m. Jeden z jej uczestników, Kajtek Duszyński, to zawodnik mojego klubu AZS Łódź. Przy okazji, jako wiceprezes AZS-u, muszę się pochwalić – nasz klub miał w sumie aż trzech reprezentantów w Tokio. Oprócz Duszyńskiego jeszcze tenisistę Kamila Majchrzaka i pływaka Jakuba Kraskę.

Wielu Japończyków nie było – najdelikatniej mówiąc – zadowolonych z tego, że igrzyska jednak się odbyły. Dało się chociaż przez chwilę wyczuć niechęć z ich strony?
Wręcz przeciwnie. Przynajmniej ze strony Japończyków, których gdzieś tam widziałem. Machali do nas, skakali i pozdrawiali, gdy zatrzymywaliśmy się na przejściach dla pieszych w drodze na zawody. To było bardzo miłe.

W swoich wpisach na Facebooku, komentujących rywalizację tenisistów, wspominał pan o bardzo trudnych warunkach do gry. Teoretycznie były takie same dla wszystkich, ale...
Były nieprawdopodobnie trudne i nie można mówić, że były takie same dla wszystkich. To jak reaguje mózg zawodnika w temperaturze 40 stopni nie ma wiele wspólnego z poziomem jego wytrenowania, bo ten jest na pewnym etapie porównywalny z poziomem innych, tylko z genetycznymi uwarunkowaniami. Jedni lepiej radzą sobie w takim upale, inni gorzej, a pewnych rzeczy po prostu nie powinno się robić. Błędem organizatorów było to, że przez pierwsze trzy dni turnieju olimpijskiego gry nie rozpoczynały się o 15, jak w kolejnych fazach, tylko o 11. Tłumaczyli to dużą liczbą meczów, godziną policyjną i td. To jednak trochę wypaczyło rywalizację, bo obniżył się poziom spotkań. Stąd większa liczba niespodzianek. Nic nie stało na przeszkodzie, by później zaczynać i później kończyć.

W jednym z wpisów porównał pan warunki w Tokio, do tych w Melbourne.
Zgadza się. Australian Open przypada na środek tamtejszego lata i też zdarzają się tam ekstremalne upały. Pamiętam sytuację, że mecze zostały odwołane, bo słońce grzało z góry i było ponad 40 stopni w cieniu. Tyle, że w Melbourne jest gorąco, ale bardzo sucho. W Tokio oprócz temperatury dochodzi jeszcze 90-procentowa wilgotność powietrza.

A same korty? Jeden z komentatorów Eurosportu porównał je do tartanu.
Nie zgodzę się. Odbijałem na nich i moim zdaniem nie były ani za szybkie, ani za wolne. Na pewno kort nie był przyczyną porażki żadnego z naszych reprezentantów. Warunki mogły być, choć nikt nie skończył jak Paula Badosa [pogromczyni Igi Świątek dostała w trakcie kolejnego meczu udaru słonecznego i musiała skreczować – red.]. Wiele było spotkań, w których ludzie cierpieli.

Jak obiektywnie ocenić występ naszych tenisistów?
O tym też pisałem, że z jednej strony na pewno jest to występ poniżej oczekiwań. Trochę rozdmuchanych a trochę takich, które zawsze pojawiają się w takich okolicznościach. Takie oczekiwania z jednej strony nie są pozbawione podstaw, a z drugiej wiele jest rzeczy nie do przewidzenia, bo nigdy nie wiadomo kto i jak zagra. Obiektywnie uważam, że kilka meczów naszych reprezentantów na pewno mogło zostać zagranych się lepiej, ale wynikowo to i tak były nasze najlepsze igrzyska. To jednak nie jest żaden powód do świętowania i myślę, że żaden z naszych reprezentantów nie był do końca zadowolony ze swojego występu.

Krótko mówiąc: klęski nie było, ale sukcesu też nie...
Można i tak to ująć. Trzeba też pamiętać o tym, że nasze główne nadzieje medalowe, czyli Iga Świątek i Hubert Hurkacz, są jeszcze bardzo młodzi i doświadczenie zdobyte przez nich w Tokio może zaprocentować w przyszłości. Turniej olimpijski jest czymś zupełnie innym niż imprezy, w których do tej pory występowali, a oni następnym razem będą już wiedzieli co ich czeka.

Czy nie było trochę tak, że oni sami sobie dołożyli tej presji opowiadając o tym, że marzą o olimpijskim medalu? Hurkacz wręcz stwierdził, że po to leci do Tokio.
Nie przesądzałbym kto mocniej napompował ten balonik: czy media, czy kibice czy sami tenisiści. Myślę, że wszyscy po trochu, ale nie ma w tym niczego dziwnego, bo gra się po to, żeby wygrywać. Presja oczekiwań to również w zawodowym sporcie codzienność i jeśli ktoś sobie z nią nie radzi, to powinien zająć się czymś innym. Nie twierdzę oczywiście, że nieumiejętność radzenia sobie z presją była przyczyną porażek Igi czy Huberta, bo nie znam wszystkich okoliczności. O to trzeba by zapytać ich trenerów.

Hurkacz wspominał po meczu o zatruciu pokarmowym.
Nie znam szczegółów, ale jeśli tak było, to możemy mówić o okolicznościach łagodzących. Hubert na pewno nie chciał przegrać z Liamem Broadym i na pewno Iga nie chciała przegrać z Badosą. Takie rzeczy zdarzają się jednak nawet najlepszym, spójrzmy na Novaka Djokovicia. Wydawał się pewniakiem do złotego medalu, a nie zdobył nawet brązowego. A wracając do Igi, to zagrała przyzwoity, trochę nerwowy mecz. Będąc pod presją i mając po drugiej strony siatki dziewczynę, która rozgrywa bardzo dobry sezon i zagrała przeciwko niej na naprawdę wysokim poziomie. Nie wszyscy to zauważyli, tak jak po latach wszyscy pamiętają porażkę Agnieszki Radwańskiej w Londynie, a nie wszyscy o tym, jak dobrze zagrała wówczas jej rywalka [Julia Görges – red.].

Miał pan czas obejrzeć coś poza tenisem i wspomnianą już naszą sztafetą mieszaną?
Niewiele go miałem, bo starałem się również pomagać Łukaszowi Kubotowi i Alicji Rosolskiej, którzy w Tokio byli bez swoich trenerów. Były też różne kwestie organizacyjne do ogarnięcia, wynikające z mojej funkcji. Zawody oglądałem w telewizji, w wiosce olimpijskiej miałem za to okazję oglądać z bliska wielu znanych sportowców, z różnych dyscyplin i to było bardzo ciekawe przeżycie.

Wyobraża pan sobie – jako trener główny PZT – sytuację, że ktoś z naszych tenisistów nie może zagrać na igrzyskach, bo został do nich źle zgłoszony? Piję oczywiście do afery z pływakami.
Miałem okazję porozmawiać o tym z Jakubem Kraską [ostatecznie został w Tokio – red] i jego trenerem Maciejem Hampelem. No i muszę stwierdzić, że to nie jest takie jednoznaczne, jak to przedstawiały media. To była w znacznym stopniu wina PZP, ale nie wyłączna. Po części zawiniła również FINA [Światowa Federacja Pływacka – red], która taką listę zgłoszeń przyjęła bez komentarza i dopiero na miejscu okazało się, że jest problem. Wina PZP jest oczywiście bezsporna, ale trzeba pamiętać, że zaistniał szereg innych przyczyn, które do tej sytuacji doprowadziły. Można to zrozumieć, choć ciężko jest to oczywiście przyjąć. Zwłaszcza pływakom, którzy w efekcie nie mogli wystąpić. To fatalne przeżycie dla sportowca. Koszmarne. Z drugiej jednak strony gdyby wszystkie procedury były przestrzegane jak należy, to część z nich w ogóle by na igrzyska nie poleciała. Myślę, że PZP chciał po prostu wysłać do Tokio jak najwięcej naszych reprezentantów i łapał się każdej szansy. W trochę niemądry sposób, jak się na końcu okazało.

Wideo

Materiał oryginalny: Tokio 2020. Doświadczenie zdobyte przez Igę Świątek i Huberta Hurkacza może zaprocentować w przyszłości [ROZMOWA] - Sportowy24

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie