Jankes z Falubazu idzie na mistrza

Paweł Tracz 95 722 69 37 ptracz@gazetalubuska.pl
Zawsze uśmiechnięty Greg Hancock ma w Grand Prix samych przyjaciół. To nie oznacza, że koledzy z toru pozwolą mu na łatwe zdobycie złota.
Zawsze uśmiechnięty Greg Hancock ma w Grand Prix samych przyjaciół. To nie oznacza, że koledzy z toru pozwolą mu na łatwe zdobycie złota. Tomasz Gawałkiewicz
Kiedy w poprzednim sezonie w Grand Prix Gregowi Hancockowi wiatr często wiał w oczy, powiedział: - Teraz mam problem, ale w 2011 roku zostanę mistrzem świata. Wówczas nikt w to nie wierzył, ale dziś Amerykanin jest liderem cyklu.

Od początku tegorocznej rywalizacji o mistrzostwo świata popularny "Herbie" jest dla rywali niedościgniony. Przez pewien czas kroku dotrzymywał mu as Caelum Stali Gorzów i obrońca tytułu Tomasz Gollob, ale po dwóch ostatnich rundach w Cardiff i Terenzano przewaga "jankesa" urosła do 22 punktów. Nikt nie dokonuje jeszcze koronacji, ale wielu jego rywali przyznaje, że to filar Stelmetu Falubazu Zielona Góra jest głównym kandydatem do złotego medalu.

Greg nie ma wrogów

W żużlowym światku, w którym nie brakuje zawiści, złośliwości i zazdrości, pierwsze miejsce doświadczonego zawodnika zza Oceanu nie budzi jednak żadnych kontrowersji. Można zaryzykować nawet tezę, że zawsze uśmiechnięty Hancock ma w cyklu samych przyjaciół. Taki pogląd to efekt charakteru i postawy na torze "Herbiego". Jemu nikt nie zarzuci, że w imię zwycięstwa przeprowadzi atak, który grozi poważną kontuzją rywala, nikt nie oskarży o butę i nadmierną śmiałość. Poza torem to dusza towarzystwa, słoneczny chłopak z Kalifornii, któremu przyświeca zasada uśmiechu, niezależnie od nastroju i okoliczności.

W porządku, ale sam charakter to za mało, by być mistrzem świata. Nawet wtedy, gdy już raz się nim było. Od pierwszego tytułu Amerykanina minęło jednak już 14 lat.
Greg urodził się w Whittier, 19 km od Los Angeles. To tu kręcono słynne filmy: "Powrót do przyszłości II" i "Terminatora III", to tu znajduje się największy cmentarz w Stanach Zjednoczonych. O Hancocku słyszeli nieliczni. Amerykanom jego nazwisko kojarzy się raczej z wybitnym pianistą i kompozytorem jazzowym Herbiem Hancockiem. Nie trudno zgadnąć skąd wziął się przydomek zawodnika.

Szkoła życia

Nie byłoby jednak Hancocka-żużlowca, gdyby nie to, że jeszcze w latach 60. fanatycy czarnego sportu zbudowali tor w Costa Mesa. Tor, który wychował takie gwiazdy amerykańskiego speedway'a, jak Bruce Penhall, Dennis Sigalos czy Bobby Schwartz. To tam przeprowadził się z rodzicami mały Greg.

- Pierwszy raz na zawodach byłem w wieku pięciu lat. Od razu połknąłem bakcyla i marzyłem, żeby być takim, jak oni. Chciałem się ścigać i nie mogłem doczekać, kiedy dostanę pierwszy motocykl - wspomina po latach Hancock.
Tyle, że rywalizacja na krótkim torze w Costa Mesa nie jest łatwa. - Bywa, że jeździliśmy po pięciu, a nawet sześciu w biegu - akcentuje lider Grand Prix. Być może stąd bajeczna technika i świetne umiejętności 40-latka, który doskonale radzi sobie z jazdą w tłumie. Banda drewniana i brak miejsca na rozwinięcie odpowiednich prędkości jak w Europie kształtowały przyszłego mistrza.

Do Europy przyjechał mając 18 lat. I od razu rozwinął swój talent. A potem wspólnie z rodakiem Billy Hamillem stworzył słynny Team Exide, który był wzorowany na zespołach Formuły 1. Ich współpraca wypadła wzorowo: najpierw Hamill (1996 r.), a następnie Hancock (1997 r.) zostali mistrzami świata. Ostatnimi w historii Stanów Zjednczonych. Teraz Ameryka znów ma szansę przypomnieć się światu.

Diabeł tkwi w tłumikach

Co przemawia na korzyść "Herbiego"? Po pierwsze, stabilizacja formy. W jego wynikach nie ma przypadku, zaskoczenia. "Jankes" od początku punktuje jeździ w każdych zawodach na niemal takim samym poziomie. Co ciekawe, niczego nie zakłada, po prostu żyje od turnieju do turnieju. - W tym tkwi siła Grega. Zawsze był taki sam, tak, jakby nie przykładał wagi do zawodów. Ale już na torze tylko pozornie jest staruszkiem, bo drzemie w nim wulkan - zdradza mistrz świata z 1993 r. Sam Ermolenko, rodak Hancocka.

Po drugie, sprzęt. Gdy niemal wszyscy, w tym Gollob, mają kłopoty z dopasowaniem motocykli do nowych tłumików, filar Falubazu radzi sobie znakomicie. Doskonały przykład mieliśmy dwa tygodnie temu we włoskim Terenzano. Nie szło mu, tak samo jak Polakowi, ale wystarczyły zaledwie dwa biegi, by Amerykanin podjął błyskotliwą decyzję: zmiana motocykla. Nowa "fura" zawiozła go na podium i dała solidną przewagę nad naszym obrońcą tytułu. Skąd taka moc w rezerwowym sprzęcie?

Już nie jest tajemnicą, że to sprawka szwajcarskiego tunera Marcela Gerharda. Swego czasu specjalista od długiego toru z pewnością wprowadził do motocykli Hancocka jakieś nowinki, oczywiście zgodne z przepisami. Jakie? Tej tajemnicy na razie nikt nie chce zdradzić.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

i
inwestor

Eh tifosi
Greg ma od wtorku juz wakacje jak byscie nie wiedzieli
takze kupowac stoperan i parier toaletowy bo inaczej zapchacie kanalizacje
A jak macie jeszcze franciszka ozenionego na 30 lat to zapinajcie pasy bo bedziecie leciec w kosmos
Nikkei w Japonii jak p***nął w 1997 to do dzis sie nie podniosl
wiec kupowac pampersy i na stadion bo wakacje tuz tuz

g
gość

A jak tam wasz miszcz gożowiaki? Całe czy oczka przywiusł!

Dodaj ogłoszenie