Mogłem zgnić w więzieniu

BOŻENA BRYL 0 95 758 07 61 [email protected]
- Bardzo chciałbym się dowiedzieć, po co była prowadzona przeciw nam sprawa operacyjna Wiosna - mówi Krzysztof Hańbicki.
- Bardzo chciałbym się dowiedzieć, po co była prowadzona przeciw nam sprawa operacyjna Wiosna - mówi Krzysztof Hańbicki. fot. Bożena Bryl
- Ta fałszywka miała wsadzić za kraty co najmniej 25 osób, w tym mnie - denerwuje się mieszkaniec wioski pod Rzepinem.

Jakie to zbrodnie?

Jakie to zbrodnie?

Według ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, zbrodniami komunistycznymi są czyny popełnione przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego od 17 września 1939 do 31 lipca 1990 roku. Chodzi o represje lub inne formy naruszania praw człowieka, uznawane przez polskie prawo za przestępstwa.

Osłupiał, kiedy dostał z Instytutu Pamięci Narodowej swoje akta. - Oskarżono mnie, że byłem członkiem grupy, która chciała palić i mordować - mówi.

W latach 80. Hańbicki był aktywnym działaczem Solidarności w gminie Rzepin. - Dwa razy mnie wtedy zamykali, m.in. za roznoszenie ulotek - opowiada. W 2006 r. wystąpił do IPN-u o swoje akta i czekał na nie dwa lata. Kiedy je w końcu dostał, w kopercie oprócz zapisu jego działalności solidarnościowej były dokumenty sprawy operacyjnej "Wiosna", prowadzonej w wydziale II Lubuskiej Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza w Krośnie Odrzańskim. Opisano w nich grupę dywersyjną "Ben", działającą w 1982 r. w gminie Rzepin. Krzysztof Hańbicki rzekomo był jej członkiem. - Kiedy zacząłem to czytać, włos mi się zjeżył na głowie - opowiada nam mieszkaniec Lubiechni Wielkiej.

Tajne przez poufne

Sprawą zajmował się porucznik Józef P., a nadzorował ją ppłk. W.M. Notatki służbowe - opatrzone stemplem: tajne i napisem: egzemplarz pojedynczy - zawierają opisy spotkań porucznika ze swoim informatorem o pseudonimie "Robert". Zresztą byłym tajnym współpracownikiem. Podobno to on poprosił oficera o kontakt po tym, jak wyszedł z więzienia za nie płacenie alimentów i drobną kradzież. Powiedział mu, że w lutym 1982 r został wciągnięty do grupy "Bena", złożył nawet przysięgę, ale sumienie nie pozwala mu na taką działalność.

Dlatego postanowił o wszystkim opowiedzieć. Jego relacje mogłyby posłużyć za kanwę scenariusza filmu kryminalnego. Pewnie dlatego por. Józef P. nie wziął opowieści dosłownie, ale też ich nie zlekceważył. - Nie podejrzewam, żeby "Robert" kłamał - pisze w notatce. I dalej - Uważam, że w przekazanej informacji jest trochę prawdy. Być może tak liczna grupa nie istnieje. Mało prawdopodobne są również jej zamiary (ich ciężar gatunkowy). Aczkolwiek "mogą się pojawiać symptomy o mniejszych rozmiarach".

Dlatego proponuję dalsze stałe kontakty "Roberta" z grupą "Bena". Uważa, że należy zebrać o tych osobach bliższe dane, dokonać analizy posiadanych materiałów, a następnie je ocenić i opracować wnioski.

Przekonywał, że są groźni

"W styczniu (1982 r - dop. red.) z inicjatywy Benedykta F. powstała w Rzepinie grupa sabotażowo-dywersyjna" - opowiadał Robert porucznikowi WOP. Miała ona się składać z 25 dorosłych mężczyzn i pięciu uczniów Technikum Leśnego w Starościnie. Ci ludzie, według Roberta, zamierzali pod koniec kwietnia 1982 r. podpalić magistrat, zamordować naczelnika gminy i szefa wydziału komunikacji, a także komendanta posterunku milicji i jednego funkcjonariusza.

Po akcji planowali ewakuację do lasu w okolicy wsi Tarnawy. Informator krośnieńskiego WOP-u zapewnia swego mocodawcę, że grupa jest groźna. - Prawie wszyscy odbyli służbę wojskową, żaden z nich nie leczył się psychiatrycznie i wszyscy są pewni siebie, bo wierzą, że akcja się uda - twierdzi. - Ben uważa, że za nimi pójdzie przeciw komunie wojsko, bo Jaruzelski zamyka nawet starszych oficerów - opowiada.

Mieli napadać i zabijać

Taki funkcjonariusz

Za funkcjonariuszy państwa komunistycznego uznaje się funkcjonariuszy publicznych (m.in. prezydenta RP, parlamentarzystów, sędziów, prokuratorów, wojskowych, policjantów, pracowników administracji rządowej), a także osoby pełniące funkcje kierownicze w organie statutowym partii komunistycznych.

Przed główną akcją mieli napaść w Rzepinie na posterunki milicji i na dworzec kolejowy aby zdobyć broń i mundury. Robert też opowiadał, że na podpalenie siedziby urzędu gminy grupa zgromadziła 400 l benzyny (dwie dwustulitrowe beczki, które miały być przechowywane w garażu milicjanta).
W notatkach służbowych Józefa P. jest i o tym, że szef bandy ma dwie sztuki broni palnej, a grupa jest wyposażona w pięć noży sprężynowych.

- Jak przeczytałem, że ja ten nóż nosiłem, myślałem, że spadnę z krzesła - mówi nam K. Hańbicki. - Nie wiedziałem czy się śmiać, czy płakać - dodaje. - Bo z jednej strony to są bzdury wyssane z palca, ale z drugiej - w tamtych czasach to mogło wystarczyć do popisowego procesu z wielkimi wyrokami - podkreśla. Opowiada, że niektórych ludzi wymienianych przez Roberta jako członków bandy w ogóle nie zna, ale z niektórymi się wtedy kontaktował. Na przykład ze Zbigniewem Ciechowiczem z Rzepina, rzekomym zastępcą Bena.

- Jak mi Krzysiek przywiózł te papiery z IPN-u, najpierw myślałem, że to żart - mówi Z. Ciechowicz. - Jako niby zastępca szefa terrorystów miałem zabezpieczać teren Tarnawy. Co za głupoty! - kręci głową.

- Żeby to nie było w końcówce stanu wojennego, to pewnie byście długo oglądali świat przez kraty - wtrąca jego żona Ewa.

Pan Zbigniew mówi, że z Hańbickim podejrzewają, kto się kryje pod pseudonimem Robert, ale nie chcą zdradzić nazwiska. - To sprawa dla prokuratora - mówią.

Wiosna pod lupą IPN

Jak tylko K. Hańbicki dostał z IPN-u dokumenty o operacji "Wiosna", zaraz je zawiózł do prokuratury i oskarżył oficerów WOP-u o pomówienie. - Przekazaliśmy tę sprawę, według właściwości, do IPN-u, bo to ich kompetencje - mówi szef Prokuratury Rejonowej w Słubicach Mariusz Nowak.

Zajęła się tym Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu. Obecnie trwają przesłuchania świadków. - Sprawę prowadzi prokurator, który jest teraz na urlopie - powiedział nam w środę zastępujący szefa tej komisji prokurator Mirosław Więckowiak. Zaznacza, że sprawy nie zna, dlatego może mówić tylko ogólnie. - Jeśli oficerowie WOP-u sami sporządzili tzw. fałszywkę, pójdziemy z tą sprawą do sądu - mówi. - Gdyby czerpali wiedzę od informatora, nic mu nie możemy zrobić, jeśli nie jest funkcjonariuszem państwa komunistycznego - dodaje. Gdyby popełnił przestępstwo to taka sprawa jest już przedawniona, bo nie można jej zaliczyć do zbrodni komunistycznych.

- Nie wiem jak ten proces się skończy, ale chciałbym, żeby tego Roberta zmusili chociaż do tego, żeby spojrzał mi w oczy - mówi K. Hańbicki.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

H
HenrykG.

Widze że w wszystkich św. NIEMA lepszych tematów do wspominania, podobnych spraw w POLSCE są tysiące.
Nalezało by pochylić głowe i zadumać nad sensem zycia i za zmarłymi.
A sensacji nie brakuje może by dodać kamyczek do ogródka: że w latach 70-74 Krzysztof H. za co był zatrzymany i siedział ("włamali się do sklepu pod wpływem alkoholu i za pobicie" swoje odsiedział Eugieniusz K. i może coś więcej o tym powiedzieć) wstyd. Ile w tym artykule prawdy? sami oceńcie.
Obecnie Bezrobotny(zawsze unikał pracy?) i był bez prawka za jazde na drugim gazie. Aktualnie kierownik stoważyszenia "Promil dnia" lub coś podobnego. Działacz- to trzeba mu przyznać.

b
brytan

Wyssane z palca z bzudry ta gazeta zaczyna przypomimnac lubię czytać Gazetę Lubuską

Dodaj ogłoszenie