Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Nasz doktor Dolittle kochał zwierzęta

Jakub Pikulik 95 722 57 72 [email protected]
fot. Jakub Pikulik
Ciepły, serdeczny, bezinteresowny, oddany swojej pracy - tak znajomi wspominają Leszka Gruntkowskiego ze Słońska. Weterynarz pomógł setkom zwierzaków. Pozostawił azyl dla pupili.

Na łamach naszej gazety gościł wiele razy. Ostatnio pod koniec października. Pisaliśmy o nim jako o naszym doktorze Dolittle. Gdy dzwonił, mogliśmy być pewni, że ma kolejną niesamowitą historię. Zawsze i każdemu powtarzał, by mówić do niego po imieniu. Po prostu Leszek. W redakcji wciąż uśmiechamy się, gdy wspominamy wizyty w jego zwierzęcym azylu.

Dzik w bagażniku

Przed rokiem zadzwonił i po raz pierwszy zaprosił mnie do siebie. Ktoś przywiózł mu sarenkę znalezioną przy drodze. Jej matkę potrącił i zabił samochód. W wyniku uderzenia urodziła się Bambi. Karmił ją jak niemowlę - mlekiem z butelki. Budził się co dwie godziny. Bambi rosła jak na drożdżach. Teraz jest już na wolności.
Kilka miesięcy później kolejny telefon.
- Kuba, siedzisz? - pyta Leszek.
- Siedzę - odpowiadam.
- Mam bażanta, który ożył mi w zamrażarce! - krzyczy podekscytowany weterynarz.
Ptak miał nie żyć i czekał na sekcję. Ale gdy trafił do zamrażarki, nie był... całkiem martwy. Niska temperatura zwalczyła chorobę. Bażant ożył, a kilka dni później odzyskał wolność.
Takich historii jest mnóstwo. W tym roku Leszek uratował sześć małych bobrów, które w czasie powodzi znaleziono na wałach. Wcześniej w jego azylu w sen zimowy zapadły małe jeżyki. Byliśmy tam, kiedy zasypiały. Byliśmy, kiedy się budziły.
Pewnego razu wiózł w aucie chorego dzika. Pech chciał, że złapał gumę. Ale jak tu zmienić koło, gdy zapasowe jest w bagażniku, w którym przesiaduje niebezpieczny dzik? Weterynarz nie dojechał do domu voklswagenem na "kapciu", niszcząc felgę i zawieszenie.

Życie w azylu

Pod koniec października do wszystkich dotarła szokująca informacja. Leszek zmarł w tragicznych okolicznościach. Pozostawił po sobie ogromną pustkę.
- Będzie po nim wielka luka, której nikt nie wypełni. Podchodził do zwierząt tak samo, jak do ludzi, był im bardzo oddany - wspomina Łukasz Szyszkowski ze schroniska w Górzycy.
- On inspirował innych, był bardzo aktywny. Gdy wpadał na herbatę, żartowaliśmy, opowiadał o azylu i o swoich zwierzakach. Pisał drugą książkę. Nie zdążył jej wydać - dodaje Franciszek Jamnik, radny gminy Słońsk.
W azylu Leszek miał klatki, zagrody, drzewa, wysoką trawę, a w pobliżu przepływała rzeczka. W klatkach mieszkały chore jeże i ptaki. W zagrodach kozy, od których miał mleko dla małych, schorowanych pupili. Były tam też bociany z amputowanymi, poparzonymi przez przewody wysokiego napięcia skrzydłami. Nie mogły latać. Chodziły po zagrodzie i witały się z Leszkiem. W wysokiej trawie pasły się konie. W okolicy rzeczki mieszkały bobry, budowały żeremia. Część zwierząt już dawno wyzdrowiała. Mogły odfrunąć, odejść albo odpłynąć gdziekolwiek chciały. Zostały w azylu. Mimo że Leszek już ich nie dokarmiał.

W azylu mieszkały nie tylko zwierzęta. Swoją altankę miał tam też Leszek. Żył z pupilami, mimo że kilkadziesiąt metrów dalej miał duży dom. W altance była wersalka, stół, trochę książek, gazet. W pobliżu stała figura św. Franciszka, także wielkiego przyjaciela zwierząt. Było tam też motto Leszka: "Człowiek bez zwierząt, a zwierzęta bez człowieka, to tak, jak życie bez miłości i przyjaźni".
- Zawsze powtarzał, że kto kocha zwierzęta, kocha też ludzi. On faktycznie taki był. Pisał wiersze, uczestniczył we wszystkich gminnych uroczystościach, pomagał zawsze, gdy się go o to poprosiło. Po prostu społecznik. Już przymierzaliśmy się do kupienia od niego dużej partii nowej książki, która - jak się okazało - niestety, nie została dokończona - opowiada Janusz Krzyśków, wójt gminy Słońsk.

Tomuś! Tomeczek!

W najodleglejszym miejscu azylu, na starej wierzbie mieszka Tomek. To orzeł bielik, który trafił tu 13 lat temu. Jest już w pełni zdrowy, swobodnie szybuje w przestworzach. Przez cały ten czas ani razu nie opuścił Leszka. Odlatywał tylko na polowania.
- Tomuś! Tomeczek! Jesteś, przyjacielu! - krzyczał Leszek, gdy widział na gałęzi ogromnego ptaka. A wtedy orzeł bielik powoli zlatywał coraz niżej. I witał się z człowiekiem, któremu zawdzięcza życie.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na gazetalubuska.pl Gazeta Lubuska