Nie damy naszej Beaty do tego psychiatryka!

DANUTA KULESZYŃSKA 0 68 324 88 43 dkuleszynska@gazetalubuska.pl
- To straszne, że można człowieka zamknąć w szpitalu psychiatrycznym wbrew jego woli i woli rodziny - Kamila Pietrzak długo nie mogła dojść do siebie.
- To straszne, że można człowieka zamknąć w szpitalu psychiatrycznym wbrew jego woli i woli rodziny - Kamila Pietrzak długo nie mogła dojść do siebie. fot. Ryszard Poprawski
- Błagam ratujcie moją siostrę, bo chcą ją wywieźć do Ciborza i zamknąć w pokoju bez klamek! - Kamila Pietrzak jest cała roztrzęsiona. Lekarz, który podjął taką decyzję nie chce rozmawiać z GL.

Czwartek po południu. Zapłakana Kamila Pietrzak przychodzi do redakcji. Jest cała roztrzęsiona, nie może mówić, ręce jej się trzęsą. Co chwila wyjmuje chusteczkę, wyciera oczy. Jej młodsza siostra Beata (imię zmienione) od dwóch dni przebywa w zielonogórskim szpitalu na oddziale wewnętrznym. Dochodzi do siebie po nieudanej próbie samobójstwa.

- Był u niej z wizytą psychiatra i powiedział, że Beata nie wyjdzie do domu, tylko zabiorą ją do Ciborza i że my jako rodzina nic w tej sprawie nie możemy zrobić - mówi drżącym głosem. - Błagam, pomóżcie, żeby tam nie trafiła!

Nałykała się tabletek

Z Kamilą idę do szpitala. Jej siostra leży w sali 119. Lekarza prowadzącego już nie ma. Pielęgniarka potwierdza: wczoraj był psychiatra i rozmawiał z pacjentką.
Beata jest ciągle w szoku. - Jak wróciła do sali po rozmowie z psychiatrą, to pół nocy przeszlochała - opowiadają kobiety z sąsiednich łóżek. - Była przerażona i tylko powtarzała, że lekarz groził jej ubezwłasnowolnieniem.

Z Beatą wychodzę do świetlicy. Ma 21 lat, jest ładną blondynką. Już spokojniejsza, uśmiecha się od czasu do czasu. Mówi, że nie chce umierać. Że dopiero teraz zaczyna kochać życie. Ma przecież dobrą pracę, musi spłacać kredyty. Choć jest młoda, wiele przeszła. Od 4 lat mieszka ze swoim chłopakiem w domu jego rodziców. - Nie wytrzymałam, bo jego matka ciągle mi dokuczała, a Krzysiek zawsze trzymał jej stronę - opowiada. - Kocham go, jest dobry, ale dłużej już nie mogłam... Przestało zależeć mi na życiu. ..

We wtorek rano nałykała się relanium. A potem zadzwoniła do chłopaka, żeby się pożegnać. Przyjechał natychmiast...I wezwał karetkę.

Ona tam zwariuje

W środę wieczorem na wewnętrzny przychodzi Wojciech Ryngier, psychiatra z którym szpital współpracuje. - Wziął mnie na rozmowę i oznajmił, że nie ma mowy, bym wróciła do domu. Że jadę do Ciborza na leczenie. Byłam w szoku.

Mówiłam, że nie chcę, że zmądrzałam, że będę chodzić na terapię do przychodni...Ale on swoje... I nawet mi zagroził, że może mnie sądownie ubezwłasnowolnić. Powiedział jeszcze, że jak będę niegrzeczna, to zamkną mnie w sali bez klamek i że mogę w psychiatryku spędzić resztę życia...Proszę, niech pani coś zrobi, ja do Ciborze nie mogę...ja tam zwariuję...

Wróciła do domu

Piątek rano. Z Kamilą znów odwiedzam Beatę. Ożywia się na nasz widok, uśmiecha.

- Już czuję się dobrze, chciałabym do domu... Wczoraj był tata i potwierdził, że będę mieszkać u niego, że mnie do psychiatryka nigdy nie odda.
Namawiam Kamilę, by pogadała z lekarzem prowadzącym. By domagała się kontaktu z psychiatrą. W. Ryngier powinien raz jeszcze spotkać się z Beatą. Bo jak można na podstawie krótkiej rozmowy kierować człowieka do szpitala psychiatrycznego.

- Decyzja już zapadła, doktor Ryngier wystawił skierowanie do Ciborza - informuje Kamilę doktor Pietrasz. - Miała pojechać dzisiaj, ale karetki nie było. Zabiorą ją w sobotę.

Lekarka rozkłada ręce: - Nie mam na to żadnego wpływu, rodzina także. Tylko psychiatra może cofnąć decyzję.

Kamila prosi lekarkę, by ściągnęła go do szpitala. Ja wracam do redakcji. Niedługo potem telefon: - Lekarz będzie za 20 minut, około godziny 11.30 - informuje Kamila.
Na oddziale jestem o 11.50. Beata siedzi na łóżku, obok - jej chłopak. - Właśnie piszę do pani sms, że wracam do domu - cieszy się jak dziecko. - Doktor był i zgodził się mnie puścić.

- Gdyby nie gazeta, Beata skończyłaby w psychiatryku - dodaje Kamila. - Bardzo wam dziękujemy.
Cieszy się ojciec Beaty: - Jak tylko skończę pracę, biegnę do szpitala i zabieram ją do domu - nie kryje radości.

Po godz. 14.00 dodzwaniam się do W. Ryngiera. Jest ordynatorem oddziału psychiatrycznego w ośrodku dla młodzieży w Zaborze. Nie chce rozmawiać. Nie odpowiada na pytania.

- Dlaczego nagle zmienił pan decyzję?
- Nie potwierdzam i nie zaprzeczam, że podejmowałem jakąkolwiek decyzję i że ją zmieniłem - mówi.

Wideo

Komentarze 38

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

~Magda~

Dajcie spokój... jak ktoś chce się zabić to idzie do szpitala. Proste.

a
asia
W dniu 30.03.2009 o 13:13, ~karola~ napisał:

Kilka lat temu, będąc w szpitalu po próbie samobójczej, musiałam również rozmawiać z tym psychiatrą, to też mówił że nie musi mieć mojej zgody na pobyt w szpitalu psychiatrycznym - do którego trafię z miejsca, bez powrotu do domu, moich rodziców zgody również nie potrzebował, bo to on decyduje. Więc go trochę z pewnymi sprawami okłamałam, lecz nie wiem czy w to uwierzył czy się zlitował albo jeszcze coś innego, ale w karcie wpisał epizod depresyjny, i nie wypisał mi skierowania.Na koniec rozmowy, pamiętam że dodał iż jeśli jeszcze raz trafię do tego szpitala po próbie samobójczej to bez żadnych rozmów wypisze mi skierowanie do szpitala psychiatrycznego... Drugi raz już zbijać się nie próbowałam, i nie mam takiego zamiaru, na początku ze strachu, z czasem zachciało mi się żyć. Jeśli ktoś nie chce się leczyć to żaden szpital mu nie pomoże, a zaszkodzić może.Jednak różne są szpitale i różne się w nich traktuje pacjentów, różne szpitale funkcjonują. Znam osoby, które nie narzekały na pobyt w szpitalu, znam tez osoby które niezbyt miło wspominają ten czas.Btw, czytam niektóre posty, i się zastanawiam czy inni umieją czytać artykuły ze zrozumieniem.bo np. w artykule o pokojach bez klamek mówi dziewczyna która miała się w tym szpitalu znaleźć, bo lekarz jej tak powiedział.Więc słowem - straszył ją. W samym artykule nie doczytałam niczego na temat warunków w samym szpitalu, tego jak w szpitalu psychiatrycznym jest, czy też wyobrażeń autorki artykułu na ten temat. To się chyba nazywa nadinterpretacja słów. Siostra tej dziewczyny poszła do gazety, więc może ona ma jakiś stereotyp względem szpitala psychiatrycznego...?Zdaje się, że bez zgody osoby zainteresowanej i jej rodziny można umieścić kogoś w szpitalu psychiatrycznym jeśli stanowi zagrożenie dla siebie samej lub dla innych ludzi, a jak ktoś ma chęć życia, to uważam iż takie osoby powinno się najpierw kierować na terapię do psychologa i/lub psychiatry a nie od razu do szpitala psychiatrycznego. Gdy ktoś idzie po raz pierwszy na wizytę do psychiatry, to psychiatra też mu z miejsca nie daje skierowania do szpitala psychiatrycznego, najpierw z nim odbywa ileś tam rozmów, jeśli widzi że nic się nie poprawia, nie zmienia na lepsze to wtedy są rozmowy na temat szpitala psychiatrycznego - tak przynajmniej dzieje się, bądź działo się w przypadku osób mi znanych.Ostatnio czytałam artykuł na temat tego że szpitale psychiatryczne bywają przepełnione, więc tym bardziej powinno się rozważniej decydować kto naprawdę powinien się w szpitalu psychiatrycznym znaleźć. Przykład >szpitala psychiatrycznego pękającego w szwach.a tu artykuł ze stycznia, o realizacji w latach 2009-2013 >Narodowego Programu Ochrony Zdrowia PsychicznegoZgadzam się z powyższymi słowami.

c
czytacz
W dniu 31.03.2009 o 00:10, Racjonalista napisał:

Artykuł jest po prostu żenujący, dyletancki i szkodliwy ! Szkoda dyskusji !!!Gazeta Lubuska winna zastanowić się nad swoją przyszłością i zatrudnić dziennikarzy !!!



Sądzę ,że ten wpis jest krzywdzący , poza tą Panią pracują jednak w Gazecie Lubuskej
rzetelni dziennikarze. Nie można dyskredytować całego zespołu Gazety z powodu jednej dziennikarki.
Miejcie też litość na Nią ,chciała tylko raz w życiu na 5 minut być lekarzem.Każdy z nas kiedyś chciał być kimś , strażakiem , lotnikiem
policjantem czy lekarzem. Dajcie Jej szansę , niech powie PRZEPRASZAM WIĘCEJ TEGO NIE ZROBIĘ,dziewczynę na obserwację tak jak sugerował lekarz i zakończmy sprawę.
R
Racjonalista

Artykuł jest po prostu żenujący, dyletancki i szkodliwy ! Szkoda dyskusji !!!
Gazeta Lubuska winna zastanowić się nad swoją przyszłością i zatrudnić dziennikarzy !!!

~karola~

Kilka lat temu, będąc w szpitalu po próbie samobójczej, musiałam również rozmawiać z tym psychiatrą, to też mówił że nie musi mieć mojej zgody na pobyt w szpitalu psychiatrycznym - do którego trafię z miejsca, bez powrotu do domu, moich rodziców
zgody również nie potrzebował, bo to on decyduje. Więc go trochę z pewnymi sprawami okłamałam, lecz nie wiem czy w to uwierzył czy się
zlitował albo jeszcze coś innego, ale w karcie wpisał epizod depresyjny, i nie wypisał mi skierowania.
Na koniec rozmowy, pamiętam że dodał iż jeśli jeszcze raz trafię do tego szpitala po próbie samobójczej to bez żadnych rozmów wypisze mi skierowanie do szpitala psychiatrycznego...

Drugi raz już zbijać się nie próbowałam, i nie mam takiego zamiaru, na początku ze strachu, z czasem zachciało mi się żyć.

Jeśli ktoś nie chce się leczyć to żaden szpital mu nie pomoże, a zaszkodzić może.

Jednak różne są szpitale i różne się w nich traktuje pacjentów, różne szpitale funkcjonują. Znam osoby, które nie narzekały na pobyt w szpitalu, znam tez osoby które niezbyt miło wspominają ten czas.

Btw, czytam niektóre posty, i się zastanawiam czy inni umieją czytać artykuły ze zrozumieniem.
bo np. w artykule o pokojach bez klamek mówi dziewczyna która miała się w tym szpitalu znaleźć, bo lekarz jej tak powiedział.
Więc słowem - straszył ją.

W samym artykule nie doczytałam niczego na temat warunków w samym szpitalu, tego jak w szpitalu psychiatrycznym jest, czy też wyobrażeń autorki artykułu na ten temat.
To się chyba nazywa nadinterpretacja słów.
Siostra tej dziewczyny poszła do gazety, więc może ona ma jakiś stereotyp względem szpitala psychiatrycznego...?

Zdaje się, że bez zgody osoby zainteresowanej i jej rodziny można umieścić kogoś w szpitalu psychiatrycznym jeśli stanowi zagrożenie dla siebie samej lub dla innych ludzi, a jak ktoś ma chęć życia, to uważam iż takie osoby powinno się najpierw kierować na terapię do psychologa i/lub psychiatry a nie od razu do szpitala psychiatrycznego.
Gdy ktoś idzie po raz pierwszy na wizytę do psychiatry, to psychiatra też mu z miejsca nie daje skierowania do szpitala psychiatrycznego, najpierw z nim odbywa ileś tam rozmów, jeśli widzi że nic się nie poprawia, nie zmienia na lepsze to wtedy są rozmowy na temat szpitala psychiatrycznego - tak przynajmniej dzieje się, bądź działo się w przypadku osób mi znanych.

Ostatnio czytałam artykuł na temat tego że szpitale psychiatryczne bywają przepełnione, więc tym bardziej powinno się rozważniej decydować kto naprawdę powinien się w szpitalu psychiatrycznym znaleźć.
Przykład >szpitala psychiatrycznego pękającego w szwach.a tu artykuł ze stycznia, o realizacji w latach 2009-2013 >Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego

W dniu 22.03.2009 o 12:47, Danuta Kuleszyńska napisał:

Drodzy internauciDziekuje wam za wpisy. Rowniez i tej osobie, ktora uwaza, ze jestem niedouczona dziennikarka, jak i tej, ktora proponuje, by dziennikarzy tez kierowac do zakladow psychiatrycznych... To tak na marginsesie...A teraz do rzeczy: zeby wydawac jednoznaczne opinie o sytuacji w jakiej znalazla sie Beata trzeba faktycznie wiedziec cos wiecej o niej samej i o jej nielatwym zyciu. (tu sie zgadzam z mf98). Niestety, nie da sie wszystkiego opisac w jednym tekscie, bo gazeta nie jest z gumy. Warto by choc czasami zaufac dziennikarzowi... Sprawy ducha sa delikatna materia i jesali jednym leczenie w zakladzie psychiatrycznym moze pomoc, dla innych moze to byc prawdziwy dramat. Kazdy z nas jest inny i nie nalezy stosowac tej samej miary do wszystkich. Oczywiscie, lekarze najlepiej wiedza (wiedziec powinni) jaka metoda leczenia jest najskuteczniejsza. Bywa jednak, ze dla swietego spokoju i odhaczenia tematu wybieraja droge na skroty - i wlasnie kieruja pacjenta do "psychiatryka" . I wydaje im sie, ze sumienia maja wowczas czyste, pozbyli sie problemu...W tym miejscu pozwole sobie powolac sie na opinie prof. Jaremy, ktory jest krajowym konsultantem psychiatrii i kierownikiem w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Mialam z nim przyjemnosc rozmawiac kilka tygodni temu, uczestniczas w warsztatach dla dziennikarzy. Otoz pan prosesor mowil nam: najgorsze co moze byc w leczeniu psychiatrycznym to przedmiotowe traktowanie pacjenta (niestet, tak sie u nas zwykle traktuje chorych). A metoda ostateczna w leczeniu powinien byc szpital psychiatryczny. Tam powinni trafiac ci pacjenci, dla ktorych inne metody do tej pory zawiodly. Z chorym (tak jak z Beata) trzeba przede wszystkim rozmwiac, rozmawiac, rozmawiac a nie straszyc zamknieciem w szpitalu. Lekarz, ktory skierowal dziewczyne do szpitala poswiecil jej zaledwie kilka, moze kilkanascie minut. I to rozmawial z nia w momencie, gdy jeszcze nie calkiem doszla do siebie (bo nastepnego dnia po probie samobisczej). A ja pytam: jak na podstawie tak krotkiej rozmowy mozna podejmowac tak powazne decyzje???? Ja gdybym byla lekarzem nie odwazylabym sie na taki krok...Z moich dlugich rozmow z Beata wiem jedno: ta samobojcza proba to byl faktycznie (jak pisze ktorys z internautow) jej krzyk rozpaczy. Gdyby naprawde chciala odejsc, to nie dzwonilaby do chlopaka. Pozdrawiam wszystkich i kazdemu zycze sily. Tej psychicznej zwlaszcza


Zgadzam się z powyższymi słowami.
M
Myślący
W dniu 21.03.2009 o 05:57, _:_ napisał:

wspolczuje dziewczynie, ale macie zly obraz szpitala psychiatrycznego, sama przeszlam 5 lat temu zalamanie nerwowe i do dzis borykam sie z depresja bylam w takim szpitalu , najgorsze sa pierwsze dni ale trzeba pamietac ze osoby ktore tam leza to tez ludzie po zatym jest wlasnie wielu ludzi nie chorych psychiczniie ale z roznymi zaburzeniami ktorzy nie moga sobie sami poradzic .Ja jezeli by byla taka potrzeba poszla bym jeszcze raz , a prowadze normalne zycie mam dziecko,meza sama prowadze swoj sklep...... mysle ze taki obraz ''psychiatrykow'' jak maja co niektorzy to wynik naogladania sie zbyt wielu filmow.....



Pani Redaktor nie wie że w Polsce o wsadzeniu do "psychiatryka" decyduje SĄD i pani Kuleszyńska ma g*** do powiedzenia.
N
Nurek

Pani Kuleszyńska !

Jak Pani może pisać takie bzdury,że gdyby nie Pani to Betka trafiła by do "psychiatryka".
Kto Pani nagadał gupot , że w Polsce w środku Europy wsadza się ludzi do szpitala wbrew ich woli wedłu kaprysu lekarza . W to nawet ... nie uwierzy.
Informuje Panią ze żebykogoś wsadzić do szpitala , to trzeba go ubezwłasnowolnić poprzez sąd. I nie decyduje o tym ani lekarz ani Pani Kuleszyńska .
Proszę więc takich gupot nie pisać o mojej Ojczyźnie . Ostatnim krajem gdzie bez sądu wsadza się ludzi do psyciatryka jest Albania ) chociaż nie jestem tego pewien .

p
pacjentka

Kiedy trafiłam do Szpitala dla Psychicznie i Nerwowo Chorych w Ciborzu byłam w miejscu, w którym załamał mi się świat i nie widziałam żadnego światełka w tunelu. Nie widziałam nawet samego tunelu. Zmęczona, zobojętniała, otępiała nie miałam już nawet siły na płacz.
Chciałam tylko leżeć, nie robić nic. W domu wielkim wysiłkiem fizycznym było dla mnie starcie kurzu z telewizora. Kiedy kroiłam marchewkę na zupę płakałam z bólu, jaki mi to sprawiało. Ale chciałam być dzielna i upierałam się, że „dam radę” - bo przecież wszyscy tak mówili..... Bo byłam taka silna. Bo 50-letnie kobiety nie mają depresji. Bo mają dzieci. I wnuki. I mają czym się zajmować. Przecież świat jest taki piękny. Istwarza tyle możliwości. Więc byłam dzielna. I silna. Dopóki mąż nie znalazł mnie leżącej na podłodze obok odkurzacza. Z pociętymi nadgarstkami. Bo za daleko miałam do sypialni, a odkurzanie dywanu tak bardzo wyczerpało..
Mądry i dobry lekarz nie słuchając moich słabych protestów priorytetem wysłał mnie na oddział psychiatryczny.
Nie pamiętam drogi na sam oddział, nie pamiętam, jak zamykano za mną drzwi na oddział, nie pamiętam, kto mi pomagał rozebrać się w sali, kto pościelił łóżko, przyniósł dodatkowy koc. Chciałam tylko odrętwienia, które przynosiło ulgę, bo nie narażało mnie na jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym. Przez kilka następnych dni z trudem rejestrowałam, co działo się obok mnie. Leżałam tyłem do moich współtowarzyszek, wstawałam tylko do toalety i na poranne badania lekarskie. Posiłki przynosiła mi pielęgniarka i karmiła jak dziecko, i namawiała cierpliwie i spokojnie a ja płakałam, bo nie umiałam się zmusić do przełknięcia kilku łyżek. Pierwsze przebudzenie świadomości nastąpiło po trzech dniach. Wtedy odważyłam się odwrócić twarzą do moich – już wkrótce – dobrych koleżanek. Takich jak ja – otulonych kokonem nieruchomej świadomości - było sporo.
Powoli uczyłam się reguł obowiązujących na oddziale, imion pacjentek, lekarzy, pielęgniarek, salowych. Wkrótce już wiedziałam, że co tydzień wybiera się starościnę grupy, której zgłasza się problemy pobytowe, np.brak szamponu, dyżurne do pomocy przy posiłkach, jedną do pilnowania porządku w palarni a w środy na zebraniu całej grupy społecznej omawiałyśmy minione dni. Roznoszenie posiłków, porządkowanie świetlicy, ścieranie kurzu, mycie podłogi miało aktywizować pacjentki – choć na chwilę. I nosiłyśmy w jeszcze drżących, słabych dłoniach kubki, talerze, sztućce, zamiatałyśmy nieraz z własnej woli korytarz. Czasami w ramach terapii porządkowałyśmy otoczenie wokół budynku, grabiłyśmy liście, podlewałyśmy kwiaty. Wizyty lekarzy odbywały się zawsze w poniedziałki, środy i piątki. Oprócz tego pani doktor była zawsze dostępna w innych godzinach, tak samo psycholog, który prowadził z nami terapię. Dla regilijnych był dostępny też ksiądz, który raz w tygodniu przychodzil modlić się na oddział z chętnymi. Miło było też patrzeć przez okno oddziału, jak w niedzielny poranek zgodnie do kościoła maszerowali pacjenci i mieszkańcy miasteczka – bo kościół mieści się na terenie szpitala, który na szczęście nie jest oddzielony od miasteczka. Idąc asfaltową dróżką po pięciu minutach jesteś już na jego terenie – cztery sklepy, poczta, punkt bankowy, przedszkole, stragany, fryzjer, kilkanaście, może trochę ponad dwadzieścia bloków mieszkalnych. „Wsi spokojna, wsi wesoła” można by rzec za poetą...
Codziennie terapeutka zabierała chętne do klubu dla pacjenta, gdzie można było skorzystać z zajęć plastycznych, a dwa razy w tygodniu przez dwie godziny była organizowana dla chętnych dyskoteka. Moja pierwsza wizyta w klubie skończyła się jednak łzami i ogromnym zmęczeniem. Przestraszona liczną grupką ludzi, śmiejących się i żartujących, zaszyłam z powrotem na oddziale i odważyłam wyjść dopiero po kilku dniach.
Na oddziale czułam się bezpiecznie. Zawsze istnial zawór bezpieczeństwa w postaci pielęgniarki, do której nawet w środku nocy można było przyjść i wypłakac na ramieniu swoje smutki. Siostrom w tajemnicy powierzało się rzeczy, o których człowiek wstydził się rozmawiać z najbliższymi. A one to rozumiały.
Pozwolenie na picie kawy było mocno reglamentowane, ze względu na zdrowie pacjentek. Czajnik stał zawsze w kuchni i pierwsze parzenie tego ciemnego napoju odbywało się dopiero po zmierzeniu ciśnienia, śniadaniu, podaniu leków. Niektóre dziewczyny, miłośniczki-kawoszki, cichcem zalewały fusy wrzątkiem, który leciał z kranów. Nazywałyśmy to ze śmiechem „ciborzanką” i tuptałyśmy rano z kubkami do palarni na pierwszego papierosa, a kiedy nas przyłapała oddziałowa, załamywała ręce. Dziewczyny – narzekała – przecież ciśnienie wam skoczy. Drugą kawę można było dostać po obiedzie, a o godz. 16.00 pacjentki stawiały kubki na stoliku obok drzwi kuchennych na parzenie herbaty, wezwane wcześniej śpiewnie przez salową. „Paaaaaaaaaaaanieeee, paaaaarzeeeeeenieeeee” niosło się po korytarzu. Popularnością niesłychaną cieszyły się pestki słonecznika, to uspokajało ręce i umysł. Jakże często siadywałyśmy na ławeczkach, usadowionych pośród drzew na polance przed oddziałem, z kubkami kawy w dłoniach i nieśmiertelną paczką słonecznika i jak słoneczniki wszystkie wystawiałyśmy buzie do słońca.

Kaśka - matka sześciorga dzieci, nie wytrzymała nawału obowiązków.
Ala - ekspedientka ze sklepu, którą napadli.
Agnieszka - nabawiła się nerwicy przy egzaminach na studia.
Magda - schizofreniczka, którą raz w roku, gdy nasilała się choroba, przywoził mąż, zakochany w niej bezbrzeżnie od 20 lat.
Małgorzata - rozwód i próby odebrania jej dziecka przez męża doprowadziły do załamania nerwowego.
Marta – z początkami afazji, której łagodny uśmiech nas rozczulał.
Ewa – depresja dwubiegunowa, prześliczna młoda kobieta, która – dopóki jej nie zdiagnozowano – potrafiła położyc się na środku ulicy. Skończyła psychologię, żeby samej umieć walczyć z chorobą.
Jola – próbowała podciąć sobie żyły. Mąż i dwójka dorosłych dzieci byli w szoku.
Cyganeczka – schizofrenia. Mówiłyśmy na nią „malutka”. W zamian za papierosy uczyła nas języka romów.
Elka - depresja przewlekła, kiedy było źle, szła na oddział. Mieszkała w małej wsi. Oj, to powiedz sąsiadom, że jestem w Ciborzu. Najlepiej, że siedzę na oddziale dla uzależnionych, bo piłam za dużo – irytowała się, kiedy mąż mówił, że znajomi wypytują.
Wiktoria – nie zdała matury, groziła że się zabije.
Ewa – śmierć przyjaciółki wprawiła ją w przygnębienie.
Hrabina – zamknięta w sobie, zawsze w innym świecie, zawsze smutna.
Kaja - cierpiąca na schozofrenię, była niespokojnym duszkiem. Usiądź, dziewczyno, chociaż na chwilę – namawiałyśmy. Brała garść pestek, przysiadała na chwilę i znowu zaczynała krążyć. Roześmiana gaduła, uzdolniona artystycznie. - Kaja, po co zbierasz te kamyszki, krzywdę komuś zrobisz – mówiłyśmy. - Eee tam – śmiała się – jednego wariata mniej do żywienia będzie. W niedziele rano zawsze raczyła nas śpiewem „Madonno, czarna madonno..” leciało po korytarzu. Zirytowane zakrywałyśmy głowy poduszkami.

Po śniadaniu i lekach część dziewczyn jeszcze dosypiała, część robiła pranie i z plastikowymi miskami pełnymi mokrych ciuchów szła na polankę przed oddział, rozwieszając pomiędzy drzewami, na rozciągniętych sznurkach swoje rzeczy. Klamerki kupowało się po dwa złote w znajomych sklepach. Najczęściej u Henia. Tam też zamawiało się przepyszny chleb z ziarnem. - Na ósemkę trzy bochenki na rano – ordynowała wydelegowana przez nas. ( „Ósemka” to jeden z oddziałów psychiatrycznych. Jest jeszcze „siódemka”, „jedynka” i inne).
Po obiedzie na oddziale już mało kto zostawał. Większość szła do klubu, reszta „na miasto”, zawsze po drodze mijając nieszkodliwego Jasia-śpiewaka, który za dwa papierosy wyśpiewywał różne trele.
Włóczyłyśmy się, odkrywając coraz to nowe zakątki: przystań kajakową, gdzie można było z rodziną śmignąć po jeziorze i płoszyć ptaki, plażę, gdzie przychodzili też mieszkańcy Ciborza na kąpiele, a co odważniejsze pacjentki miały stroje kapielowe przemycone w plecaczkach
O godz. 18.00 musiałyśmy już meldować się na oddziale, gdzie pielęgniarki liczyły nas jak kurczęta i przekazywały zmianie. Wtedy w pokojach było przeglądanie łupów, upolowanych na przyjezdnych ciuchlandach i butach, porównywanie opalenizny, czasami nasiadówki w jednym pokoju i śmiech, śmiech, śmiech... słyszany nawet w dyżurce pielęgniarskiej. - Normalnie kolonia.. I wy jesteście chore – kręciła głową z niedowierzaniem pielegnarka, zwabiona naszym zarykiwaniem się. - Siostro, wariaci zawsze się śmieją – puszczałyśmy oczko. Kiedy jakaś z nas miała urodziny albo imieniny, choć nie zdarzało się to często, kupowała kawę, ciasto, podkręcałyśmy głośniej radio i cały oddział szumiał gwarem kobiecych głosów.
Najgorzej miały te, które przywiozła rodzina i otrzepała ręce, zadowolona, że pozbyła się „wariata”. Taką ratowało się, pożyczając kawę, papierosy, częstując ciastkami.
Niektóre z nas miały specyficzne poczucie humoru. - Patrzcie, kupiłam pół kilo za złotówkę – pokazywała nam Lucyna woreczek z ciastkami. - Tanio, podejrzane – mówiłyśmy. - Świeżutkie – odpierała Lucyna z niezmąconym spokojem. - Panie, powiedziałam do faceta, ja jestem biedna i chora!! Chora, rozumiesz pan??? (z naciskiem na słowo chora) Daj pan za złotówkę.. Dał, bo obcy, bo z miejscowymi sklepikarzami taki numer by nie wyszedł. - Lucka, trzeba było jeszcze wziąć pomidory – skręcałyśmy się ze śmiechu.
Kibicowałyśmy też rodzącej się miłości Natki i Tomka, bo w dwupiętrowym budynku na parterze był oddział kobiecy, na górze męski i często obie grupki spotykały się na „pikniku”, smażąc kiełbaski i chleb przed oddziałem. Tomek, marynarz, schował się w Ciborzu, żeby leczyć rany po zawiedzionej miłości. I znalazł drugą.
W pochmurne dni zaliczałyśmy „muła bagiennego”, jak humorystycznie określiła jedna z dziewczyn. „Muł” potrafił przeleżeć sobie cały dzień na tapczanie, plotkując, drzemiąc, oglądając telewizję albo siedząc w palarni z telefonem w ręku. Niektóre, ogarnięte nerwowością, wolały spacerować po korytarzu. Ula, wyjdź na dwór - namawiałyśmy najstarszą z nas. - Nie, kotku, ja lepiej się czuję jak pochodzę - mówiła Ula dobrodusznie i krązyła sobie od okna do okna, zatopiona w swoich świecie, swoich myślach. I też było fajnie.
Powoli oczyszczałyśmy się z naszych smutków, goryczy, zaczynały działać leki u tych ciężej chorych, każda z nas dochodziła do siebie, zaczynała tęsknić za rodziną i wyjeżdżała. Na jej miejsce natychmiast zjawiał się ktoś inny, przerażony, że trafił do „wariatów” a po tygodniu gardzący tymi po drugiej stronie życia, którzy gardzili nami.
Bo już zrozumiał....

Miasteczko Cibórz i szpital Cibórz funkcjonują w idealnej symbiozie. Dzieci mówią każdemu dzień dobry, na chodnikach pacjenci mieszają się z mieszkańcami, po kilku dniach znasz większość twarzy: miejscowych, pacjentów z innych oddziałów. Spacery po lesie, w którym mieści się szpital i miasteczko, cisza, szelest liści i ptaki, które budzą cię rano. Tęsknię za tym spokojem.

Taki jest „ten psychiatryk”, pani niedouczona dziennikarko. „Temu” wyśmianemu, wyszydzonemu szpitalowi zawdzięczam życie. Gdybym nie „skończyła w psychiatryku”, skończyłabym na cmentarzu.

W Ciborzu nigdy nie czujesz się samotny. Wyjeżdżasz stąd z energią w sercu i zrozumieniem dla ludzkich ułomności. Zmienia się kąt widzenia i postrzegania ludzi zmęczonych życiem.

A pani nawet do pięt nie dorasta tym wszystkim zagubionym, dobrym duszom, jakie tam spotkałam. Dobrze, że nie spotkałam pani.

"Na oddziale jestem o 11.50. Beata siedzi na łóżku, obok - jej chłopak. - Właśnie piszę do pani sms, że wracam do domu - cieszy się jak dziecko. - Doktor był i zgodził się mnie puścić.

- Gdyby nie gazeta, Beata skończyłaby w psychiatryku - dodaje Kamila"

G
Gość

"Na oddziale jestem o 11.50. Beata siedzi na łóżku, obok - jej chłopak. - Właśnie piszę do pani sms, że wracam do domu - cieszy się jak dziecko. - Doktor był i zgodził się mnie puścić.

- Gdyby nie gazeta, Beata skończyłaby w psychiatryku - dodaje Kamila. - Bardzo wam dziękujemy.
Cieszy się ojciec Beaty: - Jak tylko skończę pracę, biegnę do szpitala i zabieram ją do domu - nie kryje radości."

Teraz proponuję GL wynająć ochronę dla Pani Beaty - gdyby jednak próba samobójcza się powtórzyła - okazałoby się, że dzięki GL dziewczyna nie dostała potrzebnej jej pomocy. Będzie temat jak znalazł!

n
nn
W dniu 25.03.2009 o 09:35, ~zdegustowana~ napisał:

Jestem ostatnio zdegustowana poziomem GL. W publikacjach pojawiają się ewidentne błędy rzeczowe - dotyczące interpretacji kodeksu pracy. Obecnie wypociny osoby, ktora nic nie wie o temacie, o którym pisze. Czyżby lubuska chciała zostać lubię czytać Gazetę Lubuską? Czy musi drukować takie wypociny? Gratuluję p.danucie kuleszyńskiej zdrowia psychicznego oraz wiedzy na ten temat.



W Lubuskiej Liscie Płac napisali ze dziennikarz regionalnego dziennika zarabia 2,3 bodajże - za taką kwotę istotnie mozna miec tylko niedouczonych absolwentów polonistyki na UZ - takiego nauczyli gdzie stawiać kropki i przecinki i to w zasadzie wszystko co wie o tej robocie:)
~zdegustowana~

Jestem ostatnio zdegustowana poziomem GL. W publikacjach pojawiają się ewidentne błędy rzeczowe - dotyczące interpretacji kodeksu pracy. Obecnie wypociny osoby, ktora nic nie wie o temacie, o którym pisze.
Czyżby lubuska chciała zostać lubię czytać Gazetę Lubuską?
Czy musi drukować takie wypociny?
Gratuluję p.danucie kuleszyńskiej zdrowia psychicznego oraz wiedzy na ten temat.

K
Krasnal

To okropne!
Zła dziennikarka z pomocą rónie złej rodziny, bez żadnych zahamowań, nagłośniła problemy młodej dziewczyny, nie licząc się z tym ,że robi Jej krzywdę . Jedyny człowiek , któy zachował się jak Człowiek to lekarz , mimo ,że bezpardonowo atakowany zachował w tajemnicy wszystko .

~Ekspert~

To drugi wybryk Pani Redaktor .
W poprzednim swoim artykule stwierdziła , żę narkotyki to leki ! Teraz twierdzi , że obserwacja psychiatryczna u niedoszłej samobójczyni to bzdura .
Co będzie gdy ta Pacjentka rzeczywiście znowu targnie się na życie ?
Co zrobi superlekarz Kuleszyńska ? Powie "sorry".

K
Krówka

Pani Redaktor !
To co Pani zrobiła jest okropne!
-Młodziutka 21 letnia dziewczyna , która Pani zaufała została napięnowana publicznie , bo w tak małej społeczności nie trudno ustalić Jej tożsamość.
- Po kres życia Jej przejściowe, mam nadzieję, problemy zostały upublicznione i nigdy nie wiadomo kto i kiedy wykorzysta to przeciw Niej!
- Bez zdania racji nia znając się na tym podważyła Pani publicznie zaufanie do wspaniałego i oddanego swojej pracy psychiatry.
- Poniżyła Pani publicznie osoby leczące się w szpitalach psychiatrycznych.
- Nie znając realiów współczesnego szpitala psychiatrycznego zdeprecjonowała Pani cięzką i ofiarną służbę pracujących tam ludzi.
Po co ? Dlaczego ? Czy warto krzywdzić ludzi ?

H
Hrabia

Skierowanie osoby targającej się na swoje życie na obserwacje psychiatryczną jest obowiązkiem lekarza , każde dziecko o tym wie .Niech lepiej Kuleszyńka pisze o brudnych szafkach ,to jej poziom.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3