Spowiedź detektywa: przez 12 godzin siedział ukryty w...

    Spowiedź detektywa: przez 12 godzin siedział ukryty w krzakach

    Artur Matyszczyk 606 983 305 magazyn@gazetalubuska.pl

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Spowiedź detektywa: przez 12 godzin siedział ukryty w krzakach
    Siedział 12 godzin ukryty w krzakach. Obserwował. Na co dzień nie gania bandziorów z karabinem maszynowym, nie strzela w zatłoczonych miejscach. Bo tak robota wygląda tylko w filmie. - W rzeczywistości pracuje się głową - mówi Bogdan Naruszewicz, licencjonowany detektyw z Zielonej Góry.
    Spowiedź detektywa: przez 12 godzin siedział ukryty w krzakach
    Nie będzie panu przeszkadzało, jak zapalę? - zapytał pan Bogdan, zanim jeszcze na dobre rozsiadłem się w jego gabinecie. Przytaknąłem, choć nie palę. Ale pomyślałem, że w kłębach papierosowego dymu rozmowa z prywatnym detektywem nabierze kolorytu i smaczku.

    Biuro ma w Zielonej Górze. Gdzie mieszka? Nie zdradzi. Bo i po co. Utrudniać sobie robotę? Im mniej ludzie o nim wiedzą, tym lepiej. 22 lata spędził w policji, nadzorując pracę w wydziale kryminalnym i przestępstw gospodarczych. Potem odszedł na zasłużoną emeryturę. Ale czegoś mu w życiu brakowało.

    Wpadł więc na pomysł, żeby wykorzystać umiejętności nabyte przez lata służby. Otworzył biuro detektywistyczne. Jedyne w południowej części województwa. - Ponadto jestem współzałożycielem Polskiego Stowarzyszenia Licencjonowanych Detektywów z siedzibą w Krakowie. Pomyślałem, że ta branża musi się doskonalić. Dać ludziom pewność, że detektywi to nie żadna amatorka czy wolna amerykanka - przekonuje.

    Naruszewicz w rozmowie nie okazuje emocji. Cechuje go spokój. Wzrok ma przenikliwy niczym rentgen. Opowiada o pracy niskim, stonowanym głosem, ale z wyraźną nutą pasji. Już po kilku zamienionych słowach łatwo wyczuć, że to facet, który z byle powodu nie wpada w panikę i nie da się wyprowadzić z równowagi. - Bo taki musi być dobry detektyw - rozwiewa wątpliwości. - Dużo widzieć, obserwować, rozmawiać z ludźmi...

    Znaleźć się w odpowiednim czasie i miejscu. Zdarzają się w branży ci, którzy stawiają na tak zwany "pijar". Latają z karabinami maszynowymi, w kominiarkach, z obstawą. To fałszywy obraz. Ja nie muszę być uzbrojony po zęby. Przecież do nikogo nie strzelam, nie zabijam. Sztuką jest tak pozyskać informację, żeby pozostać niezauważonym. Kunszt to działanie bez nawet minimalnej szkody dla środowiska, w którym zbiera się dane. Mam swoje sposoby. Jakie? Prywatny detektyw bazuje przede wszystkim na obserwacji i wywiadzie. To dwie najważniejsze metody.

    Oczywiście niezbędna jest umiejętność śledzenia ludzi. Rzecz jasna, bez możliwości demaskacji, bo inaczej sprawa upada. Warunki, w jakich odbywa się zbieranie materiałów, bywają jednak zaskakujące i nieprzewidywalne. - Kiedyś siedziałem ukryty w krzakach przez 12 godzin. Tego wymagała obserwacja - wspomina z uśmiechem Naruszewicz.

    - To nie jest tak, jak się niektórym wydaje, że my nic nie robimy. Kto wytrzyma cały dzień w aucie, bez możliwości wyjścia - nawet za potrzebą? Ano właśnie...

    Jako detektyw działa od czterech lat. Żeby zdać państwowy egzamin i zdobyć licencję, musiał od A do Z poznać kodeks karny, cywilny, rodzinny i szereg innych ustaw, począwszy od Służby Ochrony Kolei, na ABW skończywszy. Od początku funkcjonowania w branży pozytywnie załatwił już sporo spraw. Klienci często traktują go jak psychologa, przychodzą się wyżalić. Płaczą, złoszczą się... Po prostu rozładowują emocję. Często detektywa traktują jak ostatnią deskę ratunku. Czasem to u niego w biurze coś w ludziach pęka.

    Kto przychodzi najczęściej? Mężowie i żony, ci, którzy czują się zdradzani. Wynajmują go, żeby sprawdził. Zebrał dowody. Niestety, często się udaje. Choć nie sfotografował nigdy współmałżonka akurat podczas aktu zdrady. - Nawet gdybym był świadkiem, to nie mógłbym robić zdjęć. Ze względu na aspekt moralno-etyczny. To urąga ludzkiej godności - wtrąca.

    Ale nie tylko żony i mężowie gromadnie stawiają się w jego biurze. Ostatnio coraz częściej odwiedzają je też przedsiębiorcy. Chcą sprawdzenia rzetelności i wiarygodności innych firm. Zdarza się, że korporacje wewnątrz własnego środowiska mają złodziei. Pomoc detektywa bywa wówczas niezbędna. Przydaje się także w sprawdzeniu kandydatów do pracy. Szczególnie, jeśli chodzi o obsadę kluczowych stanowisk.

    - W przypadku tego typu spraw bazuje głównie na wywiadzie środowiskowym. Docieram do osób, z którymi dana jednostka studiowała czy wcześniej pracowała. Tam jest jej przeszłość i tam można zgromadzić najwięcej informacji. Ponadto sprawdzam wiarygodność świadectw, jakimi się legitymuje - zdradza Naruszewicz.

    Od razu dodaje, że praca detektywa wcale nie wygląda tak, jak w popularnych serialach. Pokazywany w nich obraz jest zdecydowanie przerysowany. - Często przychodzą do mnie klienci, którzy naoglądali się różnych filmów. I żądają, żebym od razu pozakładał podsłuchy, kamery albo inne sprzęty - opowiada. - Odmawiam.

    Ludzie nie wiedzą, że zgodnie z prawem, mnie robić tego nie wolno! Nie oszukujmy się, faktyczną pracę detektywa, a to, co widzimy w serialach, dzieli ogromna rozbieżność. Ja przecież nie gonię złodziei, nie strzelam w zatłoczonych miejscach, nie narażam innych. Pracuję głową. Choć czasem obserwacja wymaga, żebym gdzieś wyżej się wdrapał...

    Trafiają się i klienci oryginalni. Tak, jak pani z miejscowości pod Zieloną Górą, która poprosiła o pomoc w odnalezieniu... owczarka niemieckiego. - Szybko zrezygnowała. Koszt sprawy był zbyt wysoki - wspomina detektyw.

    A skoro już o finansach... Czy opłaca się być detektywem? - Wiele zależy od sprawy. Widełki w cenniku są bardzo szerokie. Od kilkudziesięciu złotych do nawet kilkunastu tysięcy. W branży przyjęło się, że połowę klient płaci przed sprawą, resztę po - ujawnia Naruszewicz.

    Co o biurach detektywistycznych myślą policjanci? Chwalą je sobie. Oczywiście pod warunkiem, że działają legalnie i zgodnie z literą prawa. - Każda firma, która przyczynia się do poprawy porządku publicznego, jest mile widziana - zauważa Piotr Puchała, zastępca komendanta miejskiego policji w Zielonej Górze. - Jeżeli detektywi prowadzą własne śledztwa, ujawniają przestępstwa czy łapią sprawców i przekazują ich nam, to bardzo dla nas pomocne.

    Zdaniem specjalistów liczba biur detektywistycznych w niedługim czasie może wzrosnąć. Tak, jak błyskawicznie rośnie popularność programów telewizyjnych poruszających ten problem. Obecnie właściwie nie ma kanału, który nie mógłby poszczycić się serialem czy fabularyzowanym dokumentem o tematyce detektywistycznej.

    - Dla widzów liczy się sensacja. Lubimy oglądać w telewizji zdradę, intrygi, plotki. Grzeszki - te małe i nieco większe - ocenia Beata Trzop, socjolog. - Seriale kryminalne zawsze były popularne. Spełniają nasze zapotrzebowanie na ciekawość świata. Poza tym cieszymy się, że nam jest lepiej niż tym, którzy są zdradzani, cierpią...


    Oferty pracy z Twojego regionu

    Czytaj treści premium w Gazecie Lubuskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (5)

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    GazetaLubuska.pl poleca:

    Jest praca w świebodzińskiej firmie SECO/WARWICK

    Jest praca w świebodzińskiej firmie SECO/WARWICK

    Tu znajdziesz kandydatów w wyborach samorządowych 2018

    Tu znajdziesz kandydatów w wyborach samorządowych 2018