Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Z Klępska do Australii

Redakcja
Mieszkańcy Klępska, Kolesina, Sulechowa chodzili po sklepach, lumpeksach i kupowali kapelusze, suknie, stare kamizelki - żeby wyglądać jak chłopi w 1838 r.
Mieszkańcy Klępska, Kolesina, Sulechowa chodzili po sklepach, lumpeksach i kupowali kapelusze, suknie, stare kamizelki - żeby wyglądać jak chłopi w 1838 r. fot. Paweł Janczaruk
Jak to się dzieje, że 120 osób szyje sobie stroje z epoki wsiada na wozy i rusza śladem emigrantów sprzed 170 lat?

[galeria_glowna]
W Klępsku, Kolesinie, Sulechowie i sąsiednich wioskach od paru dni ludzie nie rozmawiają o niczym innym tylko o "emigracji do Australii". Emocje po sobotnim widowisku historycznym dotąd nie opadły.

- Ci, którzy nie wzięli udziału teraz żałują! - uważa Elwira Umerska (Elizabeth Rau podczas rekonstrukcji wydarzeń sprzed 170 lat). - Ale nie chodziło jedynie o założenie strojów i przejechanie się wozami z Klępska do Cigacic, to było coś więcej.

- Rozpłakałam się przed kościołem, gdy żegnaliśmy się z pozostającymi rodzinami - przekazuje Agnieszka Jelinek (z rodziny Fiedler). - Tych chwil nie da się opowiedzieć, ani opisać, trzeba je przeżyć. Wczuć się.

- Mnie wzięło na płacz, gdy byliśmy w porcie - dodaje Janina Szłyk (Eleonora Schumman), jedna z organizatorek "emigracji z Klępska do Australii". - Wcześniej zajęta byłam rozdawaniem paszportów.

- Rodzina w Kolesinie chciała słuchać tylko o tym: siadaj i opowiadaj, kazali synowej - relacjonuje Krystyna Szachta. - A ona oglądała zdjęcia i łzy jej same leciały.

Wejście w rolę

Cóż się stało, że właśnie teraz tyle emocji objawiło się w Klępsku, skąd dawno, bo w 1838 r., 125 osób pod wodzą swego pastora wyemigrowało do Australii? Otóż ludzie pozornie bawiący się historią nieznanych, na dodatek niemieckojęzycznych mieszkańców tej samej miejscowości, niespodziewanie dla samych siebie przeżyli wstrząs.

- Gdy w stroju stałam przy kościele i czekałam na wyjazd, gdy widziałam ludzi idących "na emigrację", jak wreszcie wozy ruszyły, to czułam jak mi serce tak: pach-pach, pach-pach - oddaje ów moment pani Elwira. - Wyobraziłam sobie, jak oni stąd odjeżdżali, zostawiali rodzinne strony i byłam z nimi. A może - nimi?

- Odjeżdżały niemowlaki, dzieci, dorośli, starcy, wszystkie pokolenia - wylicza Agnieszka Jeleń. - Wśród nas też był dwuletni chyba Hubercik, a najstarszą osobą jego 87-letnia prababka.

Najpierw próby

Od połowy kwietnia rozpoczęły się przygotowania. W środy spotykali się ludzie namówieni przez panią Janinę. Każdy otrzymał "nowe" nazwisko. Proboszcz Olgierd Banaś przywoził książki, zdjęcia, dokumenty mówiące o emigrantach. Wiedzę fachową przekazywała też Anitta Maksymowicz z Muzeum Ziemi Lubuskiej, które ma kontakty z potomkami emigrantów, często ich gości, a niedawno zorganizowało na ten temat specjalną wystawę. Tak zdobywano wiedzę o dawnych klępszczanach. Z czasem zaczęto myśleć o strojach.

- Chodziliśmy po sklepach, lumpeksach i kupowaliśmy kapelusze i stare kamizelki, żeby wyglądać jak ówcześni chłopi - tłumaczy Zbigniew Kasprzyk z Bukowa. Ustalono, że panie będą w czepkach i sukniach babuni, panowie w białych koszulach, kamizelkach i czarnych spodniach. Iwona Kasprzyk, żona pana Zbigniewa, pożyczyła czepek z teatru, zrobiła następny na wzór i puściła w obieg po kobietach uczestniczących w widowisku.

Realia do przesady

Realiów epoki aż do przesady pilnował ksiądz Olgierd. Np. chleb na drogę nie mógł być wcześniej pokrojony, chodziło o to, żeby go w porcie kroić nożem, co się ostatecznie nie udało, gdyż piekarnia z Sulechowa dostarczyła pokrojone bochenki. Upominał nawet, żeby się nie uśmiechać, wszak sprawa tyczyła rozstania. Ale nie było to konieczne, ludzie znakomicie wcielili się w role.

- Nawet pożyczyłam sobie dziecko - stwierdza A. Jelinek i wyjaśnia: - No, bo ja wyszłam za mąż za wdowca z trójką dzieci i miałam jeszcze dwoje swoich. A w rzeczywistości nie mam tylu dzieci, więc jedno pożyczyłam. Postanowiłam tylko nie umierać w porcie w Adelajdzie, jak to było w rzeczywistości.

- Chciałam wziąć ze sobą do Australii szczepkę winorośli i zapomniałam - podaje J. Szłyk.
Gdy wreszcie wozy ruszyły, gdy pożegnano się, wszyscy wciąż przeżywali rozstanie.
- Pani Czepiżak z Sulechowa, która jechała na wozie ze mną, miała ściągnięte z internetu informacje o emigrantach i czytała - wspomina pani Janina. - Okazało się, że nie sami święci jechali. Byli złodzieje, pijacy, a także "kobiety niepohamowane", cokolwiek by to znaczyło...

Nie dało się spać

- Niektórzy nie mogli zasnąć, czekając na ten dzień - wskazuje Agnieszka Jeleń (z rodziny Thiele).

- Oj, tak, pani Halina Cholewa, która odgrywała rolę matki pastora Kavela, w sobotę nie mogła wytrzymać do 14.00 i już o 8.00 przyszła do mnie - przypomina A. Jelinek.

- Parę dni wcześniej obudziłem się spocony o drugiej w nocy i przypomniałem sobie, że mam w Sulechowie kolegę, Czesława Bartoszewicza, który zajmuje się szyldami - opowiada Z. Kasprzyk. Tablice, z literkami oddanymi w gotyku, stały przed "Züllichau", "Klemzig", na trasie przejazdu. A w cigacickim porcie napis "Hamburg" mówił dokąd barkami rzecznymi udawali się emigranci.

- Czy będzie się ludziom chciało? Czy to się nie znudzi? A może tak co dwa, trzy lata organizować widowisko? - zastanawiają się klępszczanie parę dni później. Szef promocji Edward Fedko chce zgłosić "emigrację" do budżetu na 2009 r. Trzeba więc myśleć o kolejnym rejsie do Australii.

Eugeniusz Kurzawa
0 68 324 88 54
[email protected]

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na gazetalubuska.pl Gazeta Lubuska