„Nic wam już, k***, nie kupię! Wczoraj rozpi*** jedną piłkę na plaży” – wrzeszczy matka do dzieci

Ilona Burkowska
Ilona Burkowska
pixabay.com
Wszechobecny krzyk, papieroski i piwko. Nos w telefonie i kupa śmieci… Czy naprawdę to obraz plażowicza w Polsce? Przeczytajcie list od naszej Czytelniczki Anety i zobaczcie, jak wypoczywa się u nas, a jak za granicą. Kultura to jednak ważna sprawa!

Upalna sobota lipca, godzina 11. Ryneczek niedużego miasteczka (2500 mieszkańców), nad jeziorem, w województwie lubuskim. Dzień już na dobre się rozpoczął. Z pootwieranych na oścież okien jednopiętrowego domku wymazanego jakimiś bohomazami oraz wulgaryzmem (z błędem ortograficznym na dodatek) wyje muzyka disco polo. Na schodach sklepiku, w bardzo krótkich spodenkach i w koszulce więcej odsłaniającej niż zakrywającej siedzi sprzedawczyni (lat dwadzieścia). Pali papierosa.

Ktoś kieruje się do sklepu. Niedopalony papieros ląduje w „popielniczce”, czyli słoiku znajdującym się obok schodów. Z nieukrywaną niechęcią sprzedawczyni wchodzi do sklepu za klientem. Z drugiego końca ryneczku ktoś wrzeszczy: „Dominika! Na piwko zara przyjdę!”

Z drugiego końca ryneczku ktoś wrzeszczy: „Dominika! Na piwko zara przyjdę!

Ale sprzedawczyni już nie widać

Dostrzec można za to młodych mężczyzn objuczonych puszkami z piwem. Kierują się w stronę plaży, jednocześnie, w sposób ostentacyjny i donośny, wspominają piątkowy wieczór. W kilka sekund padają liczby dotyczące wchłoniętego przez nich „browca” oraz „żartobliwe” opisy stanu, w jakim się panowie znajdowali. Wczoraj, podobno, byli z nimi jeszcze „Miro, Ziomek i Łysy”. Dzisiaj mężczyzn jest tylko dwóch; za to przekleństw wypowiadają aż nadto – jak gdyby w ramach słownej rekompensaty w związku z tym, że nie ma z nimi „Mira, Ziomka i Łysego”.

Teraz na rynek wkracza rodzina. To znaczy jest pan, jest pani i jest dwoje dzieci. Z „częściowo podciągniętych” lub po prostu za małych kąpielówek pana wylewa się morze brzucha. Plastikowe klapki (to drugi i ostatni element garderoby) mężczyzny wydają dziwny pisk przy każdym kroku. Kobieta ma na sobie niedużo więcej ubrań. Oboje jednak są dość solidnie „ubrani” w światowe tatuaże - niosą na własnym grzebiecie cały ogród zoologiczny: węża, motylka, ptaszka, tygrysa, a na plecach dźwigają, jak się okazuje, i cały ogród dendrologiczny: palmy, kwiaty, bluszcze oraz inne bliżej niezidentyfikowane rysunki. Dzieci nie są wytatuowane, za to wrzeszczą wniebogłosy. Chłopiec (lat siedem) domaga się dmuchanej piłki, a dziewczynka (lat sześć) chce loda. Mama jest jednak stanowcza i w prostych, acz solidnych słowach, argumentuje: „Nic wam już, k***, nie kupię! Wczoraj rozpi*** jedną piłkę na plaży.”

Rodzina zatrzymuje się przy sklepie. Mężczyzna oznajmia, że idzie kupić piwo. W tym czasie dzieci, nic nie wskórawszy w kwestii ewentualnych zakupów plażowych, wskakują dziarsko do urokliwej fontanny na rynku i z nieukrywaną radością chlapią wodą w starszą panią, która pechowo przysiadła akurat na ławeczce w pobliżu fontanny.

Mama i tak nie widzi – czas oczekiwania na piwo oraz pana wykorzystuje na zapalenie papierosa pod sklepem i przegląd zawartości smartfona.

Obok innej ławki leży rozbita butelka po alkoholu. Nad wypełnionym po brzegi śmietnikiem krążą muchy i osy. Na wierzchu śmietnika zalega czyjaś zaschnięta „treść żołądkowa”, popularnie zwana wymiocinami.

Tymczasem z pobliskiego sklepiku ponownie wychodzi sprzedawczyni. Na rowerze podjeżdża do niej koleżanka. Przekazują sobie „w tajemnicy” najważniejsze wydarzenia minionej nocy. Mówią coraz głośniej, coraz donośniej, niemalże krzyczą: że „idiotka ta Aśka”, że „popalone włosy”, że „ta była z tym Krystianem, który do tamtej będącej z nim w związku to już na pewno nie wróci”, że „Krystian nie jest głupi”; wymieniają się (na całe gardło) również innymi spostrzeżeniami dotyczącymi głównie sfery damsko – męskiej.

Nie wytrzymuje już tego osobnik – dzik. Wolno, statecznie wychodzi na próg domu, z którego słychać nadal wrzaskliwą muzykę. Kieruje się na środek rynku – jak gdyby wykonywał jakiś rytuał. Wytatuowany „młody bóg”, z nagim torsem, ubrany w krótkie, dresowe spodenki, rozgląda się wokół. Dziewczyny – aż zaniemówiły. Nagle kiwa ręką w ich stronę niczym Neron. Koleżanki witają go radosnym: „Hejka, Krystian!”

A więc to jest prawdopodobnie ów Krystian z opowieści….
Nagle z otwartego okna na przeciwległym krańcu rynku słychać krzyk: „Dominika! Mama w sklepie? Powiedz, że przyjdę z jajkami!” W kontekście rzeczonych „jajek” magia Krystiana, niestety, lekko podupada; tym bardziej że „młody bóg” nieco się spocił i perlisty pot kapie mu z torsu na szare płytki ryneczku.

Miejscowy dzik ogarnia wzrokiem ławeczki i siedzących na nich ludzi. Ma się wrażenie, że zaraz zacznie buchtować i przegoni całe to towarzystwo, gdyż ryneczek tak naprawdę jest tylko jego.
Płynie dzień. Sennie toczy się życie. Prawdziwa fala turystów zaleje miasteczko pod wieczór. Teraz panuje tu względny spokój letniej codzienności…

Upalna sobota lipca, godzina 11. Ryneczek niedużego miasteczka (4000 mieszkańców), nad jeziorem, w Niemczech, dziesięć kilometrów od granicy z Polską. Dzień już na dobre się rozpoczął.

Okna małych, kolorowych kamieniczek toną w kwiatach. Kawiarenka tuż przy rynku zachęca do wejścia otwartymi na oścież drzwiami. Z punktu informacji turystycznej wychodzi pani z dwojgiem turystów – wręcza im mapy i pokazuje teren wokół rynku.
Obok przechodzi czteroosobowa rodzina. Niosą koce, dmuchane kółka. Rozmawiają, ale trudno wyłowić choćby jedno słowo – spacerkiem udają się w stronę plaży. Z małego sklepiku z pieczywem raz po raz wychodzą ludzie. Drzwi są zamknięte, lecz mimo to zapach niesie się po całej okolicy.

Jest cicho i jakoś tak prawdziwie „małomiasteczkowo”. Na całym ryneczku poustawiane są tablice informacyjne: z historią miasteczka, z ciekawostkami, ze szlakami turystycznymi. Siedząc na stylowej ławeczce pomalowanej identycznie jak ściany niziutkich kamieniczek, można jednocześnie czytać z tych tablic (po niemiecku i po angielsku) o tym, co miasteczko ma do zaoferowania turystom.

I już wiem, że magia jeziora w takich miejscowościach nie wystarczy. I wiem, że magnesu do przyciągania turystów nie kupi się w żadnym sklepiku z pamiątkami. Reklamę miastom i miasteczkom czynią sami ich mieszkańcy. To od nich w największym stopniu zależy, jak będzie postrzegany ten ich mały świat. Dwadzieścia kilometrów dzieli te dwa miasteczka, ale wspomnienia z pobytu w nich to wspomnienia jak gdyby z różnych światów, które oddzielone są mnóstwem kilometrów ludzkich zachowań, przypadłości, przyzwyczajeń i chyba trochę… narodowej mentalności.

Zobacz również: To już epidemia? Dramatyczny wzrost liczby zachorowań na odrę!

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Bo kojarzą sie u nas z odsiadką
F
Fiołek
Tatuaże w tej historii zostały przedstawione tak, jakby były czymś niegodnym osoby kulturalnej. Dlaczego?
A
Adi
Jakie to prawdziwe... niestety...
Dodaj ogłoszenie