Pracownice Jugendamtu przyszły z policją i zabrały dzieci...

    Pracownice Jugendamtu przyszły z policją i zabrały dzieci polskiej rodzinie. Czy ta wojna toczy się o dobro dzieci?

    Zdjęcie autora materiału

    Renata Hryniewicz

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Zarzuty przedstawione w anonimowym donosie nie zawierały nawet źdźbła prawdy - mówią Piotr Kostrz i Irena Kukla

    Zarzuty przedstawione w anonimowym donosie nie zawierały nawet źdźbła prawdy - mówią Piotr Kostrz i Irena Kukla

    Jugendamt, po anonimowym zgłoszeniu, w ciągu tygodnia zabrał trójkę dzieci polskiej rodzinie. Nie było litości i na nic zdało się tłumaczenie rodziców, że zgłoszenie jest wierutnym kłamstwem
    Zarzuty przedstawione w anonimowym donosie nie zawierały nawet źdźbła prawdy - mówią Piotr Kostrz i Irena Kukla

    Zarzuty przedstawione w anonimowym donosie nie zawierały nawet źdźbła prawdy - mówią Piotr Kostrz i Irena Kukla

    O rodzinie tej pisaliśmy miesiąc temu. 26-letnia Irena i 32-letni Piotr od pięciu lat mieszkają w Berlinie. Mają trójkę dzieci: 3,5-letniego Albina, 2-letnią Paulinę i dziesięciomiesięcznego Mikołajka. Kiedy zabierano im dzieci, nie wiedzieli, co się dzieje. Jak twierdzą, nigdy by ich nie skrzywdzili.

    - Zawsze staraliśmy się, żeby były zadbane i najedzone. To jest jakieś straszne nieporozumienie. Jak można nie sprawdzić sytuacji i zabrać dzieci? Jak można?! - pyta matka. - Jestem zszokowany, bo nie mamy tutaj wrogów. Tak mi się przynajmniej wydawało... - dodaje pan Piotr i relacjonuje przebieg wydarzeń.

    Do drzwi zapukały dwie kobiety. Albin się bawił, córka siedziała z rodzicami, a najmłodszego Mikołaja pani Irena karmiła. Kobiety powiedziały, że są z Jugendamtu.

    - Byłem bardzo zdziwiony. Dlaczego one do nas przyszły? Pytałem siebie w myślach. Nigdy nie mieliśmy styczności z takimi instytucjami. Wpuściłem je do środka...

    Wyrwali dzieci z ramion


    Jak twierdzą rodzice, panie, choć nie miały żadnych nakazów, zaczęły kręcić się po mieszkaniu, przeszukiwać szafki, zaglądać do lodówki. Przy wyjściu wyznaczyły na środę termin do stawienia się w urzędzie.

    Para poszła w środę do urzędu. Zabrała ze sobą znajomego tłumacza. Chcieli wszystko dobrze zrozumieć. Wtedy dowiedzieli się, że powodem jest anonimowe zgłoszenie.

    - Powiedziały, że jesteśmy biedni. Co prawda, mieszkamy na Heimie (mieszkania socjalne dla bezdomnych - red.), ale to nie oznacza, że dzieci nie mają co jeść. Mieszka tutaj wiele rodzin z dziećmi. Kobiety mówiły też, że nasze dzieci są bite, że chodzą głodne, że syn, który ma 3,5 roku, nie umie sobie jedzenia zrobić. No nie wiedziałem, czy się śmiać, czy płakać - mówi ojciec. - Później zmieniły trochę ton i powiedziały, że chcą nam pomóc. Kazały podpisać jakieś papiery. Nic nie podpisaliśmy. Wróciliśmy do domu.

    Cztery dni później kobiety przyszły z policją i zabrały dzieci. - To było straszne. Dzieci płakały, wyrwano mi je z ramion - mówi łamiącym się głosem pani Irena. - Myślałam, że mi serce pęknie! Że zwariuję...

    Znaleźli pomoc


    Rodzice telefonowali gdzie się dało. Natrafili na Międzynarodowe Stowarzyszenie Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech, na jego prezesa Marcina Galla, który obiecał pomoc.

    - Sytuacje, w których Jugendamt podejmuje radykalne kroki, czyli zabiera dzieci z domu, staramy się analizować i dowiedzieć się, dlaczego została podjęta taka drastyczna decyzja - mówi Gall. - W tej sprawie od samego początku głównym zarzutem urzędu od spraw młodzieży było to, co wynikało z anonimowego donosu, czyli mówiąc rzeczowo, brak jednoznacznych dowodów na błędy rodzicielskie. Dlatego zdecydowaliśmy się zaufać rodzicom i im pomóc. Warto podkreślić, że my dysponujemy w tej sprawie takimi samymi informacjami, co Jugendamt. Nasza pozycja zdecydowanie różni się od pozycji urzędu, dlatego ostatecznie sąd zdecyduje, kto ma rację w tej sprawie. Jestem przekonany, że w tej sprawie zapomniano o zasadzie, że każdy niepotwierdzony zarzut należy rozstrzygać na korzyść obwinionego - podkreśla Gall.

    A teraz porozmawiajmy szczerze… O co chodzi? Pan Piotr lubi słuchać głośnej muzyki i robi to nawet nocą. Czasami wypije parę piw, ale - jak twierdzi - zawsze wtedy, kiedy dzieci już śpią. Panie z Jugendamtu też nie zarzucały tego, że w domu był nadużywany alkohol. Takiego sygnału nie miały. Oboje, w momencie, kiedy zabierano im dzieci, nie pracowali. - Miałem wcześniej swoją firmę, ale upadła. Później nie podjąłem pracy - mówi pan Piotr. Pani Irena nie pracowała, bo ktoś musiał się zająć małymi dziećmi. Nigdy natomiast nie sięgała po alkohol. Nawet w czasie różnych świąt i uroczystości od niego stroni. - Nie lubię alkoholu - mówi.

    Podjęli pracę


    - Sytuacja rodzinna rodziców dzieci uległa zmianie, ponieważ obydwoje podjęli się pracy, co nas, jako stowarzyszenie, cieszy - mówi prezes Gall. - Brak pracy w Niemczech nie jest powodem do zabrania dzieci. Tutaj bardzo dobrze działa prawo socjalne, dające zabezpieczenie finansowe rodzinie. W ich sytuacji wpłynie to pozytywnie z punktu ekonomicznego, gwarantując dzieciom lepsze warunki rozwoju.

    Na początku stycznia odbędzie się pierwsza rozprawa. Wtedy zostanie podjęta decyzja, czy dzieci wrócą do domu.

    Skontaktowaliśmy się z ambasadą. - Sprawa rodzinna państwa Ireny Kukli i Piotra Kostrza jest nam znana, a polski konsul pozostaje w kontakcie z organami niemieckimi prowadzącymi postępowanie oraz z wnioskodawcami - mówi rzecznik ambasady Dariusz Pawłoś. Rzecznik tłumaczy jednak, że urząd konsularny nie może przekazywać osobom trzecim szczegółowych informacji dot. indywidualnych spraw prowadzonych w ramach działalności konsularnej. Informacje uzyskiwane w ramach postępowań w sprawach rodzinnych mają często bardzo intymny charakter i podlegają szczególnej ochronie.

    W ubiegłą niedzielę pan Piotr i pani Irena spotkali się z dziećmi. Pierwszy raz od trzech tygodni.

    - Były szczęśliwe, jak nas zobaczyły. Myślały, że wracają do domu. Żona się popłakała, chociaż miała być twarda, żeby nie widziały, że coś złego się dzieje. Albin rozmawiał z babcią przez telefon. Pytał, czy może do niej jechać... - mówi pan Piotr i ociera łzy. Tymczasem na nasze pytania dotyczące sprawy nie odpowiedział ani Jugendamt, ani berliński ratusz.

    Nie ma co panikować?


    Po naszej publikacji na ten temat odezwało się do nas parę osób mieszkających w Niemczech z dziećmi.

    - Jako studentka, nie będąc matką, nie miałam doświadczenia - opowiada kobieta. - Uważałam w domu na krzyk, płacz, a trafiwszy do szpitala z chorą córką, zapytałam lekarza, czy nie zgłosi nas do Jugendamtu? Zrobił wielkie oczy i powiedział, że wpadam w paranoję. Pani dziecko jest chore, pani o nie dba. Boże, kto tak panią nastraszył? Pytał mnie.

    Kobieta wspomina, że teraz często znajomi z Polski pytają ją, jak tam jest, bo „chcą wyjechać, ale się boją, że zabiorą im dzieci”.

    - Trzeba choć trochę uczyć się języka, chodzić z dziećmi do lekarzy, dbać, nie wolno krzyczeć, szarpać, nie daj Boże bić i błagam, nie pić, nie pić w domu - podkreśla nasza rozmówczyni.

    Obecnie kobieta zastanawia się, czy nie podjąć pracy dla Jugendamt. Miałaby zostać rodziną zastępczą. Jest już po kilku spotkaniach w tej sprawie.

    - Dużo było rozmów, jak trudna to praca, że nie wolno odcinać dziecka od rodziców, że zawsze są spotkania - jeśli jest ono odebrane. Odebranie dzieci jest w sytuacji poważnych podejrzeń, ale nie jest na zawsze! Chyba że w trakcie rozprawy okaże się, że zarzuty były bardzo poważne i dzieci nie mogą wrócić do rodziny.

    Jak donosi Deutsche Welle, Federalny Urząd Statystyczny w Wiesbaden, w 2017 r. Jugendamty objęły opieką 61,4 tys. dzieci. Podstawą do interwencji była w 58 proc. przypadków własna ocena urzędów lub innych służb socjalnych.

    Bo mama nie zna języka...


    Skontaktowała się z nami też Aneta Hanysz z Berlina. Pojechała do Berlina, bo znajomy obiecał jej pracę. Jak się okazało na miejscu, pracy nie dostała. Nie miała też pieniędzy na mieszkanie. Trafiła z dziećmi do domu dla matki i dziecka opłaconego przez Jugendamt. Tam zarzucono jej nieprzestrzeganie przepisów tego domu i następnie stwierdzono, że musi go opuścić, a dzieci zabierają. Jakie przepisy naruszyła i czego dotyczyły, jej nie wyjaśniono. Dzieci trafiły do niemieckiej rodziny zastępczej. Kobieta ułożyła sobie życie. Została w Berlinie, żeby być blisko dzieci, podjęła pracę, znalazła mieszkanie. Sprawa o odzyskanie dzieci ciągnie się jednak już osiem lat, bo dzisiaj przeszkodą jest bariera językowa między matką a dziećmi. Pani Aneta nie zna języka niemieckiego, a dzieci nie mówią po polsku.

    - Mieszkam tu już tyle lat, ale nie mam kompletnie predyspozycji do nauki języka obcego. Dziś, nawet jak się zobaczę z dziećmi, nie potrafimy rozmawiać. Nauczono je tylko języka niemieckiego - mówi kobieta.

    - Smutne w tej sprawie jest to, że nikt nie wziął pod uwagę pochodzenia dzieci. To w interesie Jugendamtu powinno leżeć, żeby dzieci obywateli innych narodowości zachowały informacje o swoim pochodzeniu, języku czy kulturze danego kraju - komentuje Marcin Gall. - Każdy specjalista zajmujący się tymi sprawami wie, że niezachowanie tych ważnych kwestii znacznie rozluźnia więzi pomiędzy dzieckiem a biologicznymi rodzicami. Dlatego można odnieść wrażenie, że urząd celowo prowadzi politykę wynaradawiania dzieci obcokrajowców. Urzędnicy zdecydowanie nie powinni prowadzić w sprawach dzieci polityki nacjonalistycznej swojego kraju, bo ona po prostu szkodzi i nie ma nic wspólnego z dobrem dzieci. Sprawa pani Anety jest tego ewidentnym przykładem. Dzisiejsze Niemcy są krajem bardzo otwartym na ludzi innych narodowości, czyli wielokulturowość. Problem tego typu dotyczy tylko Jugendamtu, nad czym ubolewam.

    Deutsche Welle podaje, że w Polsce głośne były sprawy rozwiedzionych Polaków mieszkających w Niemczech, którzy skarżyli się, że niemieckie instytucje uniemożliwiały im posługiwanie się językiem polskim nawet w czasie nadzorowanych spotkań z dziećmi. Podobne problemy zgłaszali też rodzice z Francji i Włoch.

    Co na to polskie Ministerstwo Sprawiedliwości? „Zawsze wtedy, gdy naruszenie dobra małoletnich obywateli polskich za granicą zostaje zgłoszone, natychmiast są podejmowane działania, by pomóc przede wszystkim dziecku. Sprawy związane z sytuacją polskich obywateli przebywających za granicą regulują przepisy prawa Unii Europejskiej i prawo krajowe każdego z jej członków. Staramy się nie tylko zmieniać polskie prawo tak, by szczególnie chroniło ono najmłodszych obywateli, lecz także zabiegać, by przepisy unijne możliwie najlepiej dbały o interesy najmłodszych” - odpowiada na naszego mejla biuro prasowe ministerstwa. „7 grudnia 2018 r. na wniosek Polski jednomyślnie zatwierdzono zmiany w Rozporządzeniu Bruksela II a. Dzięki temu w całej Unii Europejskiej obowiązywać będzie jednolita zasada poszanowania tożsamości narodowej, kulturowej, religijnej i językowej dziecka, gdy trafia ono do rodziny zastępczej. Ta zasada ma teraz priorytet, jeśli dzieci obywateli krajów UE są kierowane do rodzin zastępczych” - czytamy w dalszej części.

    Słowem, w tej chwili Jugendamt polskie dzieci może skierować jedynie do polskiej rodziny zastępczej. Teoretycznie jest to bardzo dobre, ale jak będzie wyglądało w praktyce? Czas pokaże. Do losów rodziny państwa Ireny i Piotra wrócimy...

    Czytaj treści premium w Gazecie Lubuskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    GazetaLubuska.pl poleca:

    Pracuj u nas - Seco Warwick zaprasza!

    Pracuj u nas - Seco Warwick zaprasza!

    Rezolutne przedszkolaki o świętach Bożego Narodzenia

    Rezolutne przedszkolaki o świętach Bożego Narodzenia