reklama

W Oflagu IIC Woldenberg były igrzyska olimpijskie i kwitła kultura. Dziś jest tu Muzeum Woldenberczyków, jedyne takie w Europie

Zbigniew BorekZaktualizowano 
- To jedyne w Europie muzeum, które pokazuje życie w obozie jenieckim i to życie dokumentuje – mówi Irena Zmaczyńska, kustosz Muzeum Woldenberczyków w Dobiegniewie fot. Zbigniew Borek
Na scenie można było zobaczyć znanego aktora Kazimierza Rudzkiego. Działały trzy chóry i orkiestra symfoniczna, były koncerty fortepianowe i skrzypcowe. Można było posłuchać męskiego kwartetu Rewelersi albo wybrać się do cyrku z woltyżerką, gdzie za konie robiło dwóch przebranych jeńców z kopytami. Były też igrzyska olimpijskie. To wszystko w czasie II wojny światowej, pod okiem uzbrojonych Niemców na strażniczych wieżyczkach, w Oflagu IIC Woldenberg.
Trwa głosowanie...

Czy lubisz zwiedzać historyczne muzea?

- To jedyne w Europie muzeum, które pokazuje życie w obozie jenieckim i to życie dokumentuje – mówi Irena Zmaczyńska, kustosz Muzeum Woldenberczyków w Dobiegniewie.

- Zgromadzone są u nas pamiątki od byłych jeńców, w 90 proc. oryginalne. Muzeum powstało właśnie dzięki Woldeberczykom. Najpierw zbierali oni pamiątki indywidualnie i między sobą, a 1 września 1987 r. zostało otwarte nasze muzeum. Skatalogowanych mamy 2,5 tys. eksponatów, ale cały czas spływają kolejne – już od bliskich, bo ostatni z Woldenberczyków - Józef Bogucki, za drutami podporucznik, zmarł 2 lata temu w wieku 105 lat – mówi kustosz Irena Zmaczyńska.

Oflag IIC Woldenberg: obiekty, jeńcy, a po jeńcach… świnie
Budynek muzealny mieści się dziś w dawnej niemieckiej komendanturze obozu. Ma 400 mkw., do tego są place i cmentarz. Położone wokół niego dawne baraki Oflagu IIC Woldenberg dziś są własnością prywatną. Trudno w to uwierzyć, ale w tym miejscu – w obiektach , w których w czasie wojny był jeniecki obóz - po wojnie powstał Zakład Tuczu Trzody Chlewnej, nazywany popularnie Tuczarnią. Najpierw więc w tych budynkach mieszkała niemiecka załoga oflagu, a potem załoga polskiej Tuczarni, która została wyprowadzona do specjalnie dla niej wybudowanego bloku w mieście. W obiektach, w których więzieni byli polscy jeńcy, po wojnie przez lata tuczono świnie…

Kustosz Irena Zmaczyńska mówi o muzeum w Dobiegniewie i Woldenberczykach:

Obóz zajmował 25 ha. Jego budowa, rozpoczęta na przełomie 1939 i 1940 r., została ostatecznie zakończona w drugiej połowie roku 1941. Obóz budowało około 500 polskich żołnierzy, którzy pomimo ostrej zimy zostali zakwaterowani w drewnianych barakach i pod namiotami. Cały obóz otoczony był podwójnym płotem z drutu kolczastego o wysokości 2,5 m. Dookoła rozmieszczono osiem wież strażniczych z lekkimi i ciężkimi karabinami maszynowymi, ruchome reflektory i aparaty telefoniczne. Części obozu także oddzielał od siebie płot z drutu kolczastego.

„Niemcy sukcesywnie zwozili do Woldenberga polskich jeńców z wielu małych oflagów rozsianych po całym terytorium III Rzeszy i terenach do niej włączonych. Pierwsza grupa Polaków, licząca 495 oficerów i 172 ordynansów, przybyła do obozu 28 maja 1940 r. Koncentracja jeńców trwała do kwietnia 1942 r., kiedy przywieziono 804 oficerów z Oflagu XC Lubeka. Wówczas osiągnięto najwyższy stan osobowy w historii obozu: 6740 jeńców, w tym 5944 oficerów i 796 posiadających niższe stopnie wojskowe. W II połowie 1944 r. w obozie znalazło się 103 oficerów - uczestników Powstania Warszawskiego” – podaje strona internetowa muzeum.

- Polscy jeńcy byli przetrzymywali w 25 barakach mieszkalnych. Były one wprawdzie murowane, ale ściany były zdecydowanie cieńsze niż w barakach Niemców. Ściany miały grubość jednej długości cegły. W mroźne dni temperatura spadała poniżej zera stopni, nie było oczywiście ogrzewania – opowiada kustosz Irena Zmaczyńska.

W 25 barakach przetrzymywanych było prawie 7 tys., jeńców, czyli 360 jeńców w jednym baraku, czyli przypadało 1 mkw. na osobę – tak przez 5 lat... Na 180 osób przypadała jedna toaleta. Jeńcy spali na trzypiętrowych pryczach. Jesienią i zima byli zamknięci w barakach już od 15.00.

Sytuacja była bardzo napięta, bo w takiej ciasnocie nawet przejście po ceglanej podłodze w trepach wywoływało niesłychany hałas. Jeńcy rozmawiali tylko półgłosem.

Wojskowi zawodowi stanowili jedną trzecią jeńców w Woldenbergu, a powołani z rezerwy dwie trzecie. Oficer nie pracował na rzecz wroga, bo to gwarantowała Konwencja Genewska, której w Oflagu IIC Woldenberg Niemcy w tym zakresie przestrzegali. Poniżej stopnia podporucznika było 960 jeńców, którzy pracowali zarówno w obozie, jak poza nim: u niemieckich bauerów czy w mieście.

Oflag II C Woldenberg, czyli państwo za drutami: z bankiem, systemem ubezpieczeń i edukacji
- Polscy jeńcy obozu stworzyli to praktycznie małe państwo – opowiada kustosz muzeum. – Jeśli ktoś przed wojną był wykładowcą, to i w obozie wykładał. Jeśli ktoś był aktorem, to grał w obozowym teatrze. Jeśli śpiewakiem, to śpiewał na scenie, bo w oflagu działały aż trzy chóry. Architekci robili projekty odbudowy kraju po wojnie. Obóz miał też swoje struktury, niczym państwowe.

Zacznijmy od głowy państwa, czyli prezydenta. Był nim najstarszy obozu, który miał dwóch zastępców: starszego obozu wschód i starszego obozu zachód. Był też system bankowy, którzy stworzyli więzieni tu bankowcy. Każdy oficer miał swoje konto, każdy oddawał wypłacany przez Niemców żołd w lagermarkach (marki obozowe). To była waluta wymienialna - jeśli jeniec wysyłał lagermarki poza obóz, do Polski, były one wymieniane w stosunku 1:1. Konto pozwalało wykonywać stałe zlecenia, np. „przelewu” na fundusz wdów i sierot po kampanii wrześniowej roku 1939. – Kiedy jednak Niemcy zorientowali się, że przez ten fundusz przepływały pieniądze na Armię Krajową, to zakazali ich wysyłania – mówi Irena Zmaczyńska.

W obozie można było wykupić polisę, o co zadbali uwięzieni tu pracownicy przedwojennych firm ubezpieczeniowych. - Zakłady ubezpieczeniowe oferowały polisy od złamania, utraty zdrowia, a nawet aresztu. Niczym na wolnym rynku wysokość odszkodowania zależała od wielkości „uszczerbku”, ale też wysokości składek. Działała także obozowa służba zdrowia. – Jeńcy uprawiali zioła, hodowali pszczoły i wyrabiali leki z ziół oraz miodu. Na przedoboziu był lazaret nadzorowany przez niemieckiego lekarza, ale prowadzony przez lekarzy polskich – mówi kustosz.

Był też sąd honorowy, sąd wojenny i sądy koleżeńskie. W maju 1942 r. powołana została Komisja Pocztowa i rozwinął się stały ruch pocztowy. W obozie wychodziła gazeta „Za drutami”, redagowana przez jeńców. Od jesieni 1940 r. wydawano też nielegalnie pismo „Zadrucie”, a także „Dziennik Obozowy”. Obozowa biblioteka oprócz beletrystyki miała działy: naukowe, religijny, rolniczy, obcojęzyczne – razem ponad 15.000 książek.

Jak w każdym państwie, tak w obozowym działał też system edukacji. Obejmował szkołę powszechną, czyli podstawową, szkoły zawodowe oraz ogólniaki i średnie szkoły ekonomiczne, miał też uczelnię. Szkoła powszechna była tajna, bo szeregowym za drutami nie wolno było się uczyć. - Organizowano to np. w ten sposób, że uczeń sprzątał czy obierał ziemniaki, a przy nim pod jakimś pretekstem krążył nauczyciel, który mu wykładał lekcję albo go egzaminował – opowiada Irena Zmaczyńska. - Były też inne ograniczenia, w tych warunkach oczywiste: w zawodówce spawalnictwa uczono na sucho. Podobnie przygotowano do egzaminu na prawo jazdy. Zawód krawca już był jednak nauczany praktycznie, bo była pracownia krawiecka, która szyła m.in. na potrzeby obozowego teatru.

Uniwersytet Woldenberski kształcił 1500 studentów na wielu kierunkach: nauczycielskim, ekonomicznym, językowym, historycznym, archeologicznym. Było też leśnictwo, prawo czy architektura.

Zajęcia trwały regularnie przez trzy lata, obowiązywały plany zajęć i wykładów, oczywiście też egzaminy, a dyplomy obozowego uniwersytetu były uznawane po wojnie. W obozie było 80 nauczycieli akademickich. Szefem komisji kulturalno - oświatowej, która zatwierdzała i nadzorowała realizację programu studiów, był uznany już przed wojną prof. Kazimierz Michałowski, twórca polskiej szkoły archeologii. W ramach utworzonego przez siebie w oflagu Instytutu Orientalistycznego prowadził seminarium egiptologiczne. Uczelnia starała się nadążać za potrzebami „rynku pracy”. Gdy np. okazało się, że wśród uwięzionych szerzy się próchnica, a wśród jeńców za mało jest stomatologów, postanowiła przyuczać do tego zawodu studentów weterynarii. - Poziom uczelni był niezwykle wysoki – pani kustosz pokazuje projekty stworzone przez studentów i wykładowców architektury. – Dziś takie powstają w komputerze, a oni mieli tylko linijkę i ołówek.
Ostatnia sesja egzaminacyjna była w czasie ewakuacji obozu, w styczniu 1945 r.

Kultura w Oflagu IIC Woldenberg: teatry, chóry, orkiestra i męski kwartet Rewelersi
W obozie działały dwa teatry dramatyczne i teatr kukiełkowy. Założycielem jednego z nich był niebywale znany i popularny aktor Kazimierz Rudzki, na scenie można było zobaczyć także np. Sławomira Lindnera, Janusza Ziejewskiego i Jana Koechera. - Role kobiece odgrywali ucharakteryzowani młodzi mężczyźni. Charakteryzacją i scenografią zajmowali się architekci i pracownie krawieckie. Na początku wykorzystywali papier i koce, a potem w paczkach przychodziły do obozu normalne kostiumy z materiałów. Powstawały piękne suknie i dekoracje – opowiada Irena Zmaczyńska.

Teatry to nie koniec obozowej oferty kulturalnej. W Woldenbergu działały trzy chóry, orkiestra symfoniczna, zespół mandolinistów czy akordeonistów. Były koncerty fortepianowe i skrzypcowe.

Można było posłuchać męskiego kwartetu Rewelersi albo wybrać się do cyrku z woltyżerką, gdzie za konie robiło dwóch przebranych jeńców z kopytami.

Można też było uprawiać poezję (wydawano nawet tomiki obozowych wierszy), malarstwo czy grafikę, pracownię rzeźbiarską prowadził prof. Stanisław Horno – Popławski, którego Madonna w kamieniu stoi dziś w kościele parafialnym w Dobiegniewie (tym samym, którego prawą nawę zajmuje ołtarz poświęcony Woldenberczykom).

Igrzyska olimpijskie w Woldenbergu
W 1940 r. letnie igrzyska olimpijskie miały się odbyć w Tokio. Wybuch II wojny światowej pokrzyżował te plany. Wydawało się, że idea olimpijska przegrała z przemocą. Ostatecznie kolejne igrzyska odbyły się po 12-letniej przerwie, jaka powstała pomiędzy zawodami w Berlinie (1936) a Londynem (1948). Ciągłość igrzysk uratowali polscy żołnierze w obozach jenieckich. 31 sierpnia 1940 r. w stalagu XIIIA Langwasser pod Norymbergą rozpoczęły się konspiracyjne igrzyska olimpijskie, które trwały dziewięć dni. Z kolei w 1944 r. igrzyska, już za zgodą władz obozowych, zorganizowano w dwóch oflagach: IID Gross-Born i właśnie IIC Woldenberg.

- Międzynarodowy Komitet Olimpijski nigdy nie uznał igrzysk rozgrywanych w obozach jenieckich za oficjalne, ale upamiętnił je, zachowując numerację następnych tak, jakby te wypadające na czas wojny zostały rozegrane normalnie. Igrzyska w Berlinie oznaczone były numerem XI, a pierwsze powojenne, rozegrane w Londynie w 1948 roku uznano za czternaste - mówił „Dziennikowi Bałtyckiemu” dr Janusz Trupinda, kierownik Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku.

Za drutami oflagu IIC przebywało aż 20 przedwojennych olimpijczyków, funkcjonowało pięć drużyn piłki nożnej (Pogoń, Warta, Cracovia, Kresy, Polonia), zespoły siatkówki, koszykówki, boksu. W roku olimpijskim 1944 zorganizowano obozowe igrzyska. Były „obudowane” konkursami (np. konkurs na plakat olimpijski wygrał prof. Jerzy Staniszkis, który zaprojektował pomnik Polski walczącej przy Sejmie, poświęcony podczas odsłonięcia przez papieża Jana Pawła II).

„W czasie igrzysk za drutami rozegrano kilka konkurencji. Było m.in. kolarstwo, skoki w dal czy pchnięcie kulą. Oczywiście wszystko to w improwizowanych warunkach obozów jenieckich. Wyścig kolarski uprawiano na unieruchomionej między dwoma krzesłami ramie rowerowej z prędkościomierzem (wygrywał kolarz z najlepszym czasem), łuki wykonano z witek brzozowych, kulę do pchnięcia imitowała kostka brukowa, a w dal skakano przez rów melioracyjny” – pisał „Dziennik Bałtycki”.

W oflagu II C Woldenberg treningi bokserskie prowadził od 1941 r. kpt. Kazimierz Laskowski, szermierz i bokser, medalista z Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie z 1928 r. Mimo że uczył podstaw tego wymagającego sportu walki, to

ciężkie życie obozowe nie pozwoliło na rozegranie pełnego turnieju olimpijskiego w boksie. Źle odżywiani jeńcy masowo odnosili kontuzje - wielu połamało ręce, a zaplanowany na 60 walk turniej przerwano po 31 walkach.

- To było coś więcej niż sportowa zabawa - pisał o olimpiadzie za drutami Woldenberga jej uczestnik Kazimierz Rudzki, cytowany przez „Dziennik Bałtycki”. - Była symbolem wiary w wartości olimpijskie na przekór wszystkiemu. Przypomnieliśmy, że jest taki sztandar, który zawsze był symbolem walki, a nigdy nie splamił się krwią.

Zobacz wideo o wystawie "Igrzyska za drutami":

W marcu 1942 r. Niemcy odkryli podkop w baraku 24B, przygotowywany od kilku miesięcy przez grupę 66 oficerów i szeregowych. Podkop wykonywano na głębokości 4 m, zaopatrzono w oświetlenie elektryczne, szalunki i wentylację. Ze względu na groźbę zastosowania odpowiedzialności zbiorowej, jako organizatorzy podkopu ujawniło się ośmiu oficerów, wybranych losowo. Ponieśli oni odpowiedzialność jedynie za zniszczenie mienia (m.in. deski na szalunki z prycz) w postaci obostrzonego aresztu. W 1943 r. miała miejsce największa próba ucieczki. Wykopano tunel z najbliższego baraku w stronę drutów. Około 150 oficerów było przygotowanych do ucieczki, niestety tunel został odkryty na kilka metrów przed ukończeniem.

Rozstrzelania jeńców i ewakuacja Woldenberga
Głód, robactwo, zimno, brak ubrań, szykany – to był obozowy dzień powszedni. – Jeńcy stalagu nie byli mordowani jak w obozie zagłady. Niemcy nie robili tego z obawy, że ich synowie, ojcowie i bracia, którzy też byli uwięzieni w obozach jenieckich, zginą w odwecie – mówi kustosz obozowego muzeum. – Często trafiali tu prosta z pola bitwy, w podartych mundurach i dziurawych butach. Potrafili z niczego stworzyć mnóstwo rzeczy, nade wszystko jednak przygotowywali się do budowy po wojnie nowej Polski.
Architekci i leśnicy zaprojektowali w Woldenbergu polski trak do przecierania drzewa na deski. Okulista prof. Witold Starkiewicz stworzył prototyp aparatu do mierzenia zeza. Powstawały projekty odbudowy wsi ze świetlicami, był konkurs na projekt domu mieszkalnego czy zagród z kanalizacją i elektrycznością …

Podchorążego Starca, którego imię nosi teraz główny plac w Dobiegniewie, Niemcy po kolejnej ucieczce zastrzelili. Franciszka Tomasza Płanetę i Zdzisława Jędrzejewskiego zabili 5 lutego 1943 r. Otworzyli ogień, gdy wśród jeńców wybuchła radość po klęsce hitlerowców pod Stalingradem...

Niemcy ewakuowali obóz w dwóch grupach: 25 stycznia 1945 r. jeńców z obozu Zachód, a po tej dacie z obozu Wschód. Ci drudzy zostali wyzwoleni 30 stycznia przez wojska radzieckie w majątku Dziedzice pod Barlinkiem. W czasie oswobadzania jeńców przez Armię Czerwoną doszło do tragedii. Czołg z radzieckiej czołówki pancernej oddał strzał do stodoły, w której przebywała grupa jeńców. Od wybuchu rozpryskowego pocisku poległo i zostało rannych około 50 osób. Większość z nich spoczywa na cmentarzu w Dziedzicach oraz w Barlinku i Gorzowie.

Upamiętnienie Woldenberczyków
W centrum Dobiegniewa znajduje się plac im. ppłk Starca, jeńca zastrzelonego w oflagu. W 1979 r. na placu stanął pomnik Czynu Żołnierskiego. W 1987 r. z inicjatywy byłych jeńców zostało otwarte w Dobiegniewie „Muzeum Oflagu IIC Woldenberg”. Od 1994 r. działa w Dobiegniewie Fundacja Woldenberczyków. Imię Woldenberczyków noszą szkoły podstawowe w Dobiegniewie i Dziedzicach. We wrześniu 2008 r. w Dobiegniewie odbył się się I Zjazd Rodzin Woldenberczyków, a we wrześniu 2009 roku postawiono na dobiegniewskim rynku Pomnik Woldenberczyka.

[b]Tu przeczytasz o zjeździe dzieci Woldenberczyków: [/b]
Dzieci Woldenberczyków zjechali by uczcić pamięć rodziców [ZDJĘCIA]

Tu przeczytasz o szkolnym konkursie poezji z Woldenberga
LUBUSKIE. DOBIEGNIEW. Ponad 1000 uczniów recytowało już poezję z oflagu Woldenberg. Sprawdź listę zwycięzców (zdjęcia)

Muzeum Woldenberczyków: dojazd, kontakt, godziny otwarcia
Muzeum Woldeberczyków mieście się przy ul. Gorzowskiej 11, nieopodal drogi krajowej nr 22 (od strony Strzelec Kraj. i Gorzowa przed Dobiegniewem skręca się w prawo, jest drogowskaz).

Kontakt:
Telefon: tel. 95 76 11 095
e-mail: muzeum@dobiegniew.pl
www.muzeum.dobiegniew.pl

Godziny otwarcia:
pn. - pt. od 9.00 do 16.00
sobota i niedziela od 10.00 do 14.00
Prosimy przed planowanym przyjazdem o wcześniejszy kontakt telefoniczny pod numerem: 95 761 10 95 – czytamy na stronie internetowej muzeum.

ZOBACZ FILM - ROSJANIE ZNÓW ZDOBYLI BUNKRY W MIĘDZYRZECZU

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Kazimierz Rudzki, nie "Rucki", na litość boską ! Wstyd !

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3