reklama

Czy ten żołnierz był bohaterem? Wracamy do tragedii sprzed lat

Szymon Kozica, 68 324 88 63, skozica@gazetalubuska.pl
Zuzannę Buzun w Słubicach żegnały tłumy. - Rodziny, najbliżsi, dzieci, żołnierze... - wylicza pan Jerzy. - Kondukt, który szedł ulicami, był ogromny. Obserwowałem go z okna szpitala. Nie byłem na pogrzebie. Nie puścili mnie, bo w ranach po odłamkach wciąż miałem dreny.<br>
Zuzannę Buzun w Słubicach żegnały tłumy. - Rodziny, najbliżsi, dzieci, żołnierze... - wylicza pan Jerzy. - Kondukt, który szedł ulicami, był ogromny. Obserwowałem go z okna szpitala. Nie byłem na pogrzebie. Nie puścili mnie, bo w ranach po odłamkach wciąż miałem dreny.
"Wkładam zapalnik, wyjmuję zawleczkę i strzeli jak z korka. Nie bójcie się" - mówił młodszy chorąży. Granat wybuchł... Zginęło dwóch wojskowych, nauczycielka i uczeń. 14 osób zostało poważnie rannych. - Jerzyk umarł mi na rękach. Jerzyk... Mój najbliższy kolega... Mój najlepszy przyjaciel... - wspomina Jerzy Morawski. Bardziej wiarygodnej relacji nie będzie.

Przeczytaj też:
Pijany kierowca doprowadził do tragedii. Zginął pasażer

Środa, 30 kwietnia 1975. Słubice. Dzień Otwartych Koszar. Jednostkę odwiedza szkolna wycieczka. Wybucha granat. Ginie dwóch żołnierzy, nauczycielka i uczeń. W ostatnich tygodniach o tej sprawie pisaliśmy dwukrotnie, w tekstach: To jest cichy bohater (Magazyn "Gazety Lubuskiej" z 21-22 kwietnia) i Granat nie był ćwiczebny (Magazyn "GL" z 28-29 kwietnia). O tragedii sprzed lat opowiadał nam prokurator wojskowy i byli żołnierze, cytowaliśmy Czytelników i Internautów...

W poniedziałek w Słubicach spotkałem się z Jerzym Morawskim, który jako uczeń był na tej tragicznej wycieczce w koszarach, a także z Lucjanem Jakubowskim i Mirosławem Buzunem, bratem i synem nauczycielki, która wtedy zginęła. - Jeśli ktoś już poruszył tę historię, to niech wie, jak było naprawdę - mówią panowie.

Między hangarami

- Jeśli ma pan trochę czasu, to pokażę miejsce, w którym to się stało - proponuje pan Lucjan.
Jedziemy wzdłuż Odry. Po chwili zatrzymujemy się. - Tu, w tym bloku, na pierwszym piętrze mieszkała siostra z rodziną - mój przewodnik pokazuje okno z widokiem na rzekę. - A tą ulicą szedł kondukt. I potem dalej, aż na cmentarz przy stadionie.

Ruszamy dalej. Kilka skrzyżowań i jesteśmy na miejscu. Koszar już nie ma. Jest za to miasteczko akademickie. Bardzo ładne, kolorowe, przyjazne. - To ulica Piłsudskiego, wtedy Świerczewskiego. A tam 3 Maja, wtedy Żeromskiego - wyjaśnia pan Lucjan. - Tam, gdzie był sztab, jest starostwo. Gdzie kotłownia i mundurówka - urząd miasta i gminy. Gdzie jednostka remontowa wozów bojowych - prokuratura. A gdzie dwa hangary - dwa akademiki. I właśnie mniej więcej między tymi dwoma akademikami to się stało. Tam wojskowi mieli swoje stanowiska, na których prezentowali dzieciom sprzęt. Na otwartym terenie.

Blizny na ramieniu

- Kostka brukowa ta sama, kasztanowce te same... - pan Jerzy patrzy w dal, a wspomnienia wracają. - Miałem 15 lat, chodziłem do Szkoły Podstawowej numer 1 w Słubicach. Tego dnia była ładna pogoda, przyszliśmy do jednostki. Jedni jeździli w czołgu, drudzy w amfibii. Fajna zabawa. W klasie było 37 osób.

- Miałem w ręku ten granat. Zielony, z namalowaną białą linią - głos pana Jerzego nagle sprawia, że czuję ciarki na plecach. - Razem z Jerzykiem już odeszliśmy od tego stanowiska, ale chorąży zawołał, żeby zobaczyć zasady działania granatu ćwiczebnego. "Wkładam zapalnik, wyjmuję zawleczkę i strzeli jak z korka. Nie bójcie się".

Granat wybuchł... - I tylko zobaczyłem, jak mój kolega Jerzyk leci mi na ręce. Myślałem, że się wygłupia. Ale zaraz zorientowałem się, że mam na sobie mnóstwo krwi. Jakby ktoś wylał na mnie całe wiadro - opowiada pan Jerzy. - Zobaczyłem jeszcze tuman kurzu i ogromny lej w ziemi. Szeroki gdzieś na trzy metry i głęboki na jakieś półtora. I Zygmunta. Z rozerwanym brzuchem. Widać było wnętrzności... I Alę, gospodarza klasy. Z rozerwaną twarzą... Doznałem szoku i zacząłem biegać wokół jednostki. Dopiero żołnierze mnie złapali i zaprowadzili do izby chorych. Potem karetka zawiozła mnie do szpitala. Leżałem na oddziale dziecięcym. Razem z Mirkiem, który chyba miał uszkodzone oko.

Pan Jerzy na chwilę milknie, podwija prawy rękaw i pokazuje dwie solidne blizny na ramieniu. - Jerzyk umarł mi na rękach. Dwa odłamki przebiły mu serce i zatrzymały się tu, na moim ramieniu - po kolei dotyka blizn. - Jerzyk... Mój najbliższy kolega... Mój najlepszy przyjaciel... Jego mama robiła takie długie, modne swetry. Miałem wtedy taki na sobie. W szpitalu lekarz dał mi szczypce, żebym sobie z tych dziur po odłamkach nitki powyciągał.

"Zula nie żyje..."

- Była dwunasta w południe i nagle zawyły syreny - wspomina pan Lucjan. - A potem szwagier dzwoni: "Zula nie żyje...". Pojechaliśmy do szpitala, na oddział ratunkowy. Ordynator chirurgii powiedział, że ciało siostry jest już w prosektorium, że nie udało się, że nawet nie zdążyli operować. Widziałem ciała całej czwórki.

- Ja miałem wtedy 16 lat, a mój brat Piotr 15 - dodaje pan Mirosław. - Chodziliśmy do Zespołu Szkół Samochodowych. Akurat mieliśmy zajęcia w warsztatach. W trakcie wszedł kierownik i... Nie, nie powiedział nam, co się stało. Tylko jakby dał do zrozumienia, że niby coś zbroiliśmy i trzeba jechać do domu. Pojechaliśmy. Ja, brat, kierownik warsztatów i instruktor zawodu. Przed domem było już mnóstwo ludzi. Od ojca dowiedzieliśmy się, co się stało. I najpierw niedowierzanie, a potem szok... Mój ojciec już wcześniej chorował na serce. Ten wypadek go dobił. Zmarł w wieku 51 lat. W 1983 roku.

- W 1968 roku przez tydzień jako żołnierz czekałem w pełnej gotowości, gdyby trzeba było jechać do Czechosłowacji. Tu czekałem, na tym placu - podkreśla pan Lucjan. - Na szczęście, nas nie wysłali. Bo gdybym pojechał, nie byłbym na pogrzebie matki. W 1972 roku zmarła moja siostra w Sopocie. Miała 33 lata, zachorowała na raka. W 1975 roku zginęła druga siostra. Miała 37 lat. Ja miałem wtedy 28 lat i na swój sposób jakoś to przeżyłem. Ale nie mówię już nawet o moim ojcu, który w tak krótkim czasie musiał pochować żonę i dwie córki...

Mam wątpliwości

Pan Lucjan pokazuje wycinek z "Gazety Zielonogórskiej" (dawna "Gazeta Lubuska") z 2 maja 1975. I 28-wersową notatkę pt. "Tragiczny wypadek w Słubicach". Pierwszy akapit: "30 kwietnia br. zdarzył się w Słubicach tragiczny wypadek. W wyniku wybuchu granatu ponieśli śmierć na miejscu por. WP Andrzej M(...), chor. WP Eugeniusz W(...), nauczycielka Szkoły Podstawowej nr 1 Zuzanna Buzun i uczeń Jerzy S(...). 14 uczennic i uczniów odniosło poważne obrażenia". W oryginale podane były nazwiska wszystkich ofiar.

Pan Mirosław otwiera opasłą teczkę z dokumentami. Pokazuje kartę zgonu mamy. Rubryka "przyczyna zgonu wyjściowa - pierwotna", wpis "rany postrzałowe mózgu".

Ostatni akapit notatki z "Gazety Zielonogórskiej" z 2 maja 1975: "Bohaterska postawa chor. Eugeniusza W(...), który własnym ciałem nakrył źródło eksplozji, uratowała życie wielu dalszym osobom, które znajdowały się w pobliżu miejsca wybuchu".

Pan Mirosław delikatnie wyjmuje z teczki dokument datowany na 20 maja 1975. To pismo z Prokuratury Okręgu Wojskowego we Wrocławiu, której prokurator kpt. mgr Krzysztof Henner "postanowił: śledztwo w części dotyczącej mł. chor. Eugeniusza W(...), podejrz. o przestępstwo z art. 136 § 1 pkt 3 i § 2 kk tj. o to, że w dniu 30 kwietnia 1975 r. około godz. 12,00 na terenie parku wozów bojowych Jednostki Wojskowej Nr. 2959 w Słubicach nieumyślnie sprowadził zdarzenie zagrażające życiu ludzi mające postać eksplozji materiałów wybuchowych przez to, że demonstrując młodzieży szkolnej działanie granatu bojowego F-1 - i będąc przekonany, że jest to granat ćwiczebny - doprowadził do jego eksplozji, w następstwie czego on sam oraz Zuzanna Buzun, Jerzy S(...) i por. Andrzej M(...) ponieśli śmierć, a 14 osób doznało poważnych obrażeń ciała, wobec śmierci podejrzanego - u m o r z y ć".

- Nie wiem, czy tego chorążego powinno nazywać się bohaterem. Ja mam wątpliwości. Gdyby przeżył, zostałby postawiony w stan oskarżenia - nie ukrywa pan Lucjan. - Służyłem w wojsku w latach 1967-1969, trochę tych granatów wyrzuciłem. Każdy żołnierz wie, że gdy uzbroi się granat, wyciągnie zawleczkę i usłyszy charakterystyczny dźwięk, to są jeszcze trzy, cztery sekundy, zanim nastąpi eksplozja.

Wyobraźmy sobie tamtą sytuację. Dwa hangary. Między nimi chorąży z odbezpieczonym granatem. Obok grupka dzieci. Gdyby rzucił ten granat na dach któregokolwiek hangaru, najprawdopodobniej nie doszłoby do tragedii. Wtedy byłby bohaterem. Cóż, zrobił jak zrobił...

I jeszcze jeden cytat z "Gazety Zielonogórskiej" z 2 maja 1975: "Rodziny ofiar i poszkodowanych otoczono także troskliwą opieką". - Tak, szwagier jeszcze przez rok przyjmował wojskowych emisariuszy, którzy chcieli "załatwić" sprawę odszkodowania... - pan Lucjan patrzy porozumiewawczo.

Nieruchomości z Twojego regionu

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 24

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

E
EPA

Witam ! Po pierwsze - nie bylo zadnej dziury po wybuchu , granat podobno wybuchl na stole na ktorym prezentowano uzbrojenie a po drugie on byl bohaterem bo przykryl wlasnym cialem ten przeklety granat bo inaczej ofiar byloby wiecej .

A
Alicja

Tak,Chorąży byl bohaterem!!!

A
Alicja

Czytajac ten artykuł płakałam jak małe dziecko,niektórzy uważają,ze lepiej nie poruszac tego tematu,ja uwazam inaczej gdyz to tkwi w nas i bardzo boli tak bedzie juz do konca.Gdy sie porozmawia o tym jest lzej ból pozostaje ale naprawde jest lzej psychicznie.Jestem jedną z tych najbardziej poszkodowanych uczennic kl VII c i mysle ze dgyby to sie nie wydarzyło moje zycie teraz napewno wyglądało by inaczej,marzylam aby zostac pielęgniarką złozyłam dokumenty do Liceum Medycznego w Zielonej Gorze lecz zostały odrzucone ze wzgledu na stan zdrowia,w wypadku stracilam ponad 50 procent zdrowia.Wmoim zyciu spotkało mnie wiele nieprzyjemnosci z powodu mojego kalectwa ktore powstalo w skutku tego wypadku przez moja glowe przechodziły rozne mysli nawet te najgorsze.Lecz nie o to mi chodzi,nie chce sie tu uzalac nad soba jest jak jest i trzeba sie z tego cieszyc.Chodzi mi o te wspomnienia,ja od chwili wybuchu mało pamiętam sa to tylko urywki po wybuchu mialam ogromny szum w uszach bylam cała zakrwawiona, gdzies uciekałam wiem ze podbiegł do ,mnie jakis żołnierz ja tylko powiedzialam ze juz nie moge i czulam jak osuwam sie na ziemie on wzial mnie na rece i biegł ile mial sil nie wiem chyba do karetki i pozniej w szpitalu wiem ze kladli nas z tymi noszami chyba na podlodze lekarze biegali i krzyczeli ten pierwszy tutaj natychmiast tamowac krew i chyba podeszli do kolegi do Jurka Morawskiego ja nic nie widzialam ale poznałam jego glos chcieli sie nim zajac a on odpowiedzial,ze on zaczeka sa bardziej ranni,dziekuje Tobie kolego za tak wspaniała postawe.To co wszyscy przezylismy nie da sie opisac,jest prawdą,ze przez pewien czas bylismy otoczeni opieka obiecywano sanatoria lecz ja akurat z kolezanka bylismy na normalnej koloni letniej.Mielismy wtedy po 14 lat decyzje podejmowali rodzice,te decyzje musieli podjac bardzo szybko i podjeli ale takie ktore byly odpowiednie do danej chwili szkoda,ze nikt nie pomyslal co bedzie dalej z tymi dziecmi jak dorosna, jakie beda wtedy skutki tego wypadku.Nie moge juz pisac bo rece mi drżą i widze to wszystko jak by bylo wczoraj,ja chcialabym tylko,aby uwiecznic pamięć tych 4 osób to byli wspaniali ludzie CZEŚĆ ICH PAMIĘCI.

R
Rene
Tak, nie wszystko jest prawdą w tym co opisuje pan Jerzy.
Plącze fakty z tego zdarzenia z jakimiś historiami prawdopodobnie zasłyszanymi z innego.
Byłem naocznym świadkiem tamtych tragicznych wydarzeń.
Pracowałem w tej jednostce.
W chwili wybuchu byłem razem z kwatermistrzem jednostki po drugiej stronie garażu.
Pół godziny wcześniej z porucznikiem Andrzejem, który zginął jadłem śniadanie w kantynie.
Jaki to byl makabryczny obraz zaraz po wybuchu niech zaświadczy fakt, że w momencie kiedy wybiegłem wraz z kwatermistrzem (wyższy oficer WP) z za garażu i na widok jaki ujrzeliśmy on zemdlał.
Andrzej biegł w kierunku izby chorych z krzykiem "Alarm dla izby chorych"
Zdążył dobiec do słupa energetycznego na skraju garażu.
Przy nim się osunął i już nie wstał.
Miał rozerwana tętnicę szyjną.Gdy zanieśliśmy go na izbę chorych (pomagał mi żołnierz z izby chorych) lekarz stwierdził, ze nie żyje.
Nie było żadnego leja w bruku z kostki bazaltowej.
Po paru minutach plac między garażami był pusty.
Pozostał na nim tylko rozerwany chorąży.
Jako jedyna osoba w tym momencie podszedłem do niego.
Wiedziałem, że nie żyje.Nie mogę i nie chcę pisać jaki to był widok.
Czy chorąży był bohaterem?????
Tak w stu procentach bohaterem!!!!
Czy mógł odrzucić granat gdy posłyszał trzask spracowania zapalnika na dach???
Tak, mógł to zrobić - chociaż dach miał za plecami.
Mógł też zostawić ten granat i zacząć uciekać bo jako żołnierz zawodowy doskonale wiedział, że za chwilę granat wybuchnie i co się stanie!!!
Właśnie ta świadomość spowodowała to, że w ułamku sekundy podjął decyzję zmniejszenia skutków wybuchu - przykrywając granat własnym ciałem!!!!
CZY TO NIE JEST CZYN BOHATERSKI???? to do tych co w to powątpiewają!!!
P.S.
Cała ta historia opisywana na łamach gazety, jej forma, sens i cel jest dla mnie mocno niezrozumiała!!!!
Serdecznie dziękuję Panu za opublikowanie faktów -prawdy, byl Pan dzielny niosąc pomoc , byl świadkiem tragedi która nie powoinna się zdarzyć ,ale zdarzyła się. Chorąży był Bohaterem!!! .Wiedział co się wydarzyło i jakie mogą być skutyki!!Wiedział ,że są to jego ostatnie chwile zycia ,były to jego ostatnie 2 sekundy. Cześć jego Pamięci oraz wszystkich ,którzy polegli w tej tragedii.!!
A
Arija
Przeczytałem i nie znalazłem epitetów w stosunku do Twojej osoby, którymi ty mnie obrzucasz.
Jetem taką osobą, dla której kłamstwo powtarzane wielokrotnie nie staje się prawdą.
Musisz dotrzeć ze swoimi wywodami do "ciemnego ludu"

Pozdrawia otoczony betonem na co dzień.

Przeczytałem i nie znalazłem epitetów w stosunku do Twojej osoby, którymi ty mnie obrzucasz.
Jetem taką osobą, dla której kłamstwo powtarzane wielokrotnie nie staje się prawdą.
Musisz dotrzeć ze swoimi wywodami do "ciemnego ludu"

Pozdrawia otoczony betonem na co dzień.

mnie nigdy nie skrzywdził "żołnierz " jak to napisałeś ... w stosunku do Ciebie nie użyłam epitetów ... a Ty owszem.... nie znam "ciemnego ludu" i nie zamierzam do niego docierać...
nie interesują mnie Twoje frustracje.... życzę miłego dnia ... w jakimkolwiek otoczeniu się znajdujesz... oraz mniej emocji...pa
G
Gość
ano właśnie w Twoim wykonaniu.... poczytaj co piszesz....stare przysłowie pszczół mówi ; pomyśl zanim powiesz ( napiszesz).....miłego dnia....

Przeczytałem i nie znalazłem epitetów w stosunku do Twojej osoby, którymi ty mnie obrzucasz.
Jetem taką osobą, dla której kłamstwo powtarzane wielokrotnie nie staje się prawdą.
Musisz dotrzeć ze swoimi wywodami do "ciemnego ludu"

Pozdrawia otoczony betonem na co dzień.
A
Arija
Widzę Arija, że wymuszona elokwencja została zastąpiona chamstwem i prostactwem.

Widzę Arija, że wymuszona elokwencja została zastąpiona chamstwem i prostactwem.

ano właśnie w Twoim wykonaniu.... poczytaj co piszesz....stare przysłowie pszczół mówi ; pomyśl zanim powiesz ( napiszesz).....miłego dnia....
G
Gość

Widzę Arija, że wymuszona elokwencja została zastąpiona chamstwem i prostactwem.

A
Arija
Jak sama napisalaś, odlamki granatu F1 ( kilka szt. i pył ) lecą do góry pod skosem. Granat wrzucony na gruby betonowy dach mógłby razić wyłącznie młodych chłopców w służbie zasadniczej, kadrę oraz pracowników cywilnych siedzących na drzewach !
Jeśli jedna iskra jest w stanie wysadzić w powietrze całą jednostkę wojskową to oznacza, że sto iskier jest w stanie unicestwić Polską Armię. Arija czy któryś z oficerów WP w mlodości zrobił Ci straszną krzywdę ?

Jak sama napisalaś, odlamki granatu F1 ( kilka szt. i pył ) lecą do góry pod skosem. Granat wrzucony na gruby betonowy dach mógłby razić wyłącznie młodych chłopców w służbie zasadniczej, kadrę oraz pracowników cywilnych siedzących na drzewach !
Jeśli jedna iskra jest w stanie wysadzić w powietrze całą jednostkę wojskową to oznacza, że sto iskier jest w stanie unicestwić Polską Armię. Arija czy któryś z oficerów WP w mlodości zrobił Ci straszną krzywdę ?

ignorancja to nie zbrodnia.... poczytaj sobie o F-1 , przypomnij sobie z fizyki także parę pojęć o zapłonie i kumulacji wybuchu... takie tam....granat to nie fajerwerki i konfetti... betonowy dach to widzę nie jedyny Twój problem ...beton towarzyszy Twojemu zyciu na co dzien....
275 weigneta

Jak sama napisalaś, odlamki granatu F1 ( kilka szt. i pył ) lecą do góry pod skosem. Granat wrzucony na gruby betonowy dach mógłby razić wyłącznie młodych chłopców w służbie zasadniczej, kadrę oraz pracowników cywilnych siedzących na drzewach !
Jeśli jedna iskra jest w stanie wysadzić w powietrze całą jednostkę wojskową to oznacza, że sto iskier jest w stanie unicestwić Polską Armię. Arija czy któryś z oficerów WP w mlodości zrobił Ci straszną krzywdę ?

A
Arija
Ja nie nazywam, ani nie neguję bohaterstwa żołnierza. Nie oceniam też sytuacji jaka miała tam miejsce. Odnoszę się tylko do tego, że 60 g trotylu, który służy do rozerwania skorupy i nadania pędu odłamkom, nie jest w stanie pozostałą swoją energią uszkodzić grubego betonowego dachu.

Jak widzę i czytam , dalej nie masz pojęcia o czym mówisz. Co ma dach do kilkuset odłamków ? Granat F-1 wyrzuca odłamki po skosie w górę. Wrzucony na dach raziłby nie hamowany przez naturalne przeszkody . Odłamki mogłyby zranić wiele osób. W jednostce wszędzie byli młodzi chłopcy w słuzbie zasadniczej , kadra , pracownicy cywilni , o dzieciach pewnie nie zapomniałeś? Zbiorniki z paliwem , magazyny... Jedna iskra i... gdyby doszlo do detonacji , pożaru itp. strach się bać....Chorąży zebrał na siebie większość odłamków. On jest Bohaterem. Niezmienia to faktu , że cały ten pokaz był w pomyśle i wykonaniu kretynizmem , za który zapłacili niewinni. A do osoby piszącej o imprezie alkoholowej oficerów ,dnia poprzedniego....człowieku w wojsku od zawsze (nie tylko w LWP także przed II wojną) w kasynach oficerskich wódka , szampan lały się strumieniami ...i tak jest do dzisiaj. To specyficzna grupa społeczna ... Jesli nigdy nie byłeś blisko wojska (szarży) - nie zrozumiesz... Nie pochwalam ale....to taki "dyskretny urok dekadencji"...jeśli rozumiesz o co mi chodzi...
J
JAN SZOŁTUN Słubice
Jestem pod wrazeniem tych opowiesci ale niestety nie wszystko jest prawda.Opowieści pana Jerzego są mocno przesadzone pisze on o leju po wybuchu granatu o wymiarach 3m na 1.5m taki lej może być po wybuchu dużej bombu lotniczej a nie po granacie.Nie było żadnych jazd czołgiem ani amfibią .No i z tymi wnętrznościami które widział to już horor.

Jestem pod wrazeniem tych opowiesci ale niestety nie wszystko jest prawda.Opowieści pana Jerzego są mocno przesadzone pisze on o leju po wybuchu granatu o wymiarach 3m na 1.5m taki lej może być po wybuchu dużej bombu lotniczej a nie po granacie.Nie było żadnych jazd czołgiem ani amfibią .No i z tymi wnętrznościami które widział to już horor.

Tak, nie wszystko jest prawdą w tym co opisuje pan Jerzy.
Plącze fakty z tego zdarzenia z jakimiś historiami prawdopodobnie zasłyszanymi z innego.
Byłem naocznym świadkiem tamtych tragicznych wydarzeń.
Pracowałem w tej jednostce.
W chwili wybuchu byłem razem z kwatermistrzem jednostki po drugiej stronie garażu.
Pół godziny wcześniej z porucznikiem Andrzejem, który zginął jadłem śniadanie w kantynie.
Jaki to byl makabryczny obraz zaraz po wybuchu niech zaświadczy fakt, że w momencie kiedy wybiegłem wraz z kwatermistrzem (wyższy oficer WP) z za garażu i na widok jaki ujrzeliśmy on zemdlał.
Andrzej biegł w kierunku izby chorych z krzykiem "Alarm dla izby chorych"
Zdążył dobiec do słupa energetycznego na skraju garażu.
Przy nim się osunął i już nie wstał.
Miał rozerwana tętnicę szyjną.Gdy zanieśliśmy go na izbę chorych (pomagał mi żołnierz z izby chorych) lekarz stwierdził, ze nie żyje.
Nie było żadnego leja w bruku z kostki bazaltowej.
Po paru minutach plac między garażami był pusty.
Pozostał na nim tylko rozerwany chorąży.
Jako jedyna osoba w tym momencie podszedłem do niego.
Wiedziałem, że nie żyje.Nie mogę i nie chcę pisać jaki to był widok.
Czy chorąży był bohaterem?????
Tak w stu procentach bohaterem!!!!
Czy mógł odrzucić granat gdy posłyszał trzask spracowania zapalnika na dach???
Tak, mógł to zrobić - chociaż dach miał za plecami.
Mógł też zostawić ten granat i zacząć uciekać bo jako żołnierz zawodowy doskonale wiedział, że za chwilę granat wybuchnie i co się stanie!!!
Właśnie ta świadomość spowodowała to, że w ułamku sekundy podjął decyzję zmniejszenia skutków wybuchu - przykrywając granat własnym ciałem!!!!
CZY TO NIE JEST CZYN BOHATERSKI???? to do tych co w to powątpiewają!!!
P.S.
Cała ta historia opisywana na łamach gazety, jej forma, sens i cel jest dla mnie mocno niezrozumiała!!!!
G
Gość

Ja nie nazywam, ani nie neguję bohaterstwa żołnierza. Nie oceniam też sytuacji jaka miała tam miejsce. Odnoszę się tylko do tego, że 60 g trotylu, który służy do rozerwania skorupy i nadania pędu odłamkom, nie jest w stanie pozostałą swoją energią uszkodzić grubego betonowego dachu.

G
Gość

Były żołnierzu, nie podawaj nieprawdy. Granat rozrywa się na kilka dużych kawałków i drobny pył, wikipedia. Materiał wybuchowy to tylko 60 gram trotylu, którego większość energii idzie na rozerwanie skorupy. Gdzie energia, która może uszkodzić gruby betonowy dach ?

b
były żołnierz
Traktujesz ten granat jak małą bombę atomową. Taki granat ma po wybuchu kilkadziesiąt odłamków metalu różnej wielkości, które po wybuchu lecą przeważnie w górę. Wrzucenie go na dach hangaru, nie spowodowało by nawet jego poważnego uszkodzenia.
Widzę ,że nie masz ,,zielonego pojęcia" o sile rażenia granatu F-1, bo piszesz bzdury!! Granat F-1 ma promień rażenia do 200m ,a rozrywa się na 400 skutesznch w polu rażenia o promolu 200m./coś poplątałeś ze sztucznymi ogniami/. W hangarach i na terenie koszar stacjonował sprzęt bojowy z amonicją pokładową/ oraz pełnymi zbiornikami paliwa!!!Sprzęt był w pełnej gotowości bojowej bo Pułk wchodził w skład 5 Dywizji ,który był gotowy do walki ,,na pierwszej lini frontu.Chorąży był Bohaterem, a pozostałe osoby zginęły tragicznie ,nie z ich winny i też im się należy pamięć i tablica pamiątkowa.Winni tragedii żyją lub zmarli !!
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3