Historię tworzą też zwykli ludzie

    Historię tworzą też zwykli ludzie

    Leszek Kalinowski 68 324 88 74 lkalinowski@gazetalubuska.pl

    Gazeta Lubuska

    Aktualizacja:

    Gazeta Lubuska

    Prof. dr hab. Stanisław Nicieja (ur. 4 października 1948 w Strzegomiu, dziś honorowy obywatel tego miasta), historyk i historyk sztuki XIX i XX wieku,

    Prof. dr hab. Stanisław Nicieja (ur. 4 października 1948 w Strzegomiu, dziś honorowy obywatel tego miasta), historyk i historyk sztuki XIX i XX wieku, były rektor Uniwersytetu Opolskiego, senator V kadencji. ©Paweł Janczaruk

    - Nie spodziewałem się, że znajdę w Zielonej Górze kolejne pokolenie Aulichów, tej znanej i poważanej rodziny naukowców, związanej z Politechniką Lwowską - mówi prof. Stanisław Nicieja, autor cyklu "Moje Kresy", który publikujemy w sobotnio-niedzielnych wydaniach "Gazety Lubuskiej".
    Prof. dr hab. Stanisław Nicieja (ur. 4 października 1948 w Strzegomiu, dziś honorowy obywatel tego miasta), historyk i historyk sztuki XIX i XX wieku,

    Prof. dr hab. Stanisław Nicieja (ur. 4 października 1948 w Strzegomiu, dziś honorowy obywatel tego miasta), historyk i historyk sztuki XIX i XX wieku, były rektor Uniwersytetu Opolskiego, senator V kadencji. ©Paweł Janczaruk

    - O Kresach wie pan wszystko. Pewnie tę wiedzę wyniósł już pan z domu?
    - Ale moja rodzina nie ma kresowych korzeni. Rodzice pochodzą z Wadowic. Choć los w czasie wojny matkę rzucił pod Berlin, a ojca pod Wiedeń. Wracali do Polski. I spotkali się w Strzegomiu. Tak się sobie spodobali, że wzięli poniemieckie gospodarstwo i... po kilku latach ja się urodziłem.

    - Wielu ludzi myśli, że musi być pan rodzinnie związany ze Lwowem, skoro tak kocha pan to miasto.
    - Moje pierwsze spotkanie ze Lwowem było w 1977 roku.
    Kończyłem wtedy studia. Kolega zabrał mnie na wycieczkę do Bułgarii. Po drodze zahaczyliśmy o Lwów. Bo miał tam rodzinę. Uległem fascynacji tym miastem. Pojechaliśmy na Cmentarz Łyczakowski. Zrobiłem tysiące zdjęć. I pisałem, pisałem... do szuflady. Przez 12 lat. W końcu mogła się ukazać moja książka o tym miejscu. Rynek był tak chłonny, że 250 tysięcy egzemplarzy sprzedało się na pniu.

    - Długie kolejki ustawiały się nie tylko w Polsce.
    - W 1989 roku pojechałem z książką do Londynu. Na spotkanie ze mną przyszło mnóstwo Kresowiaków. Była też księżna Lanckorońska. Wtedy zobaczyłem, na czym polega magia Lwowa.

    - Skąd się wziął jego mit?
    - Było takie lwowskie powiedzenie: "Lwów nie każdemu zdrów". Były w nim dzielnice biedy, bezrobocia, ludzkich nieszczęść, ale było to nowoczesne, europejskie miasto, czyste, brukowane, skanalizowane, nie mające porównania z miastami w Kongresówce. Jego bogactwo widać na Cmentarzu Łyczakowskim, porównywanym do Highgate w Londynie, paryskiego Pere-Lachaise. Mit Lwowa miał się z czego rodzić.

    - Po 22 latach zdecydował się pan na poszerzone wydanie książki "Lwów - ogród snu i pamięci". Dlaczego?
    - Zmienia się życie. Trzeba inaczej napisać książkę, by sięgnęło po nią także młodsze pokolenie. Przy połowie nazwisk w moim kalendarzu są już gwiazdki, oznaczające, że te osoby odeszły... Ale pamięć o nich wciąż jest żywa. Jak i o innych mieszkańcach Lwowa. W pierwszym wydaniu umieściłem trzy tysiące nazwisk, teraz - 4,8 tysiąca. Ciągle odkrywam nowe historie. Dzięki takim spotkaniom, jak to w Zielonej Górze.

    - A czego się pan dowiedział podczas wizyty w Winnym Grodzie?
    - Spotkałem się z rodziną Aulichów. To bardzo znana familia naukowców, związana z Politechniką Lwowską. Część tej rodziny została w mieście, gdy zajęli je Rosjanie i Ukraińcy. Część wyjechała za Bug. Na Cmentarzu Łyczakowskim jest duży grobowiec Aulichów. Nie spodziewałem się, że znajdę w Zielonej Górze kolejne pokolenie tej znanej i poważanej rodziny.

    - Coś jeszcze pana zaskoczyło?
    - Że mój przyjaciel, rektor Uniwersytetu Zielonogórskiego, profesor Czesław Osękowski także ma kresowe korzenie. Jego rodzina była związana z Zaleszczykami. Nie ująłem tego w artykule, ale w książce na pewno ten wątek się znajdzie.

    - Czyli z odcinków, które w sobotnio-niedzielnych wydaniach publikuje "Gazeta Lubuska", powstanie książka?
    - I to nie byle jaka. Zamierzam opisać 200 kresowych miasteczek. I o ile w gazecie jestem ograniczony liczbą znaków, o tyle w książce będę mógł zawrzeć więcej informacji. Ale to przyszłość. Na razie jestem szczęśliwy, że mogę na łamach "Gazety Lubuskiej" spotykać się z Czytelnikami.

    - Dlaczego?
    - Bo gazeta to filtr. Po publikacji otrzymuję wiele listów z Ziemi Lubuskiej, z Zielonej Góry, Gorzowa, Gubina. Ludzie piszą: "Wspomniał pan o mojej rodzinie, o mieście mojego dziadka, ale dlaczego tak krótko?". Poprawiają moje błędy w nazwisku, dodają więcej informacji. Dla mnie to niesamowite źródło wiedzy. Jestem wdzięczny Czytelnikom za te uwagi. Są bezcenne. Bo moja historia to właśnie historia nie tylko ludzi wielkich, ale i tych przeciętnych. Każda na swój sposób jest ciekawa. I oddaje klimat tamtych lat.

    - Opisze pan 200 miasteczek. A o czym przeczytamy w najbliższym czasie?
    - Nie mam żadnego planu. Na moim strychu leży 200 teczek. Wrzucam do nich każdą zdobytą informację, skojarzenie, zdjęcie. Jedne teczki są już bardzo opasłe, inne - puste. Dopiero, jak jestem przekonany, że materiału mam sporo, by snuć jakąś opowieść o danym miejscu, zaczynam pisać.
    - A ludzie chcą to czytać...
    - Przeraziły mnie ostatnie badania czytelnictwa. Wynika z nich, ze 60 procent Polaków nie przeczytało w ciągu roku żadnej książki. Ale z drugiej strony wydajemy cztery miliony "Harrych Potterów". Więc? Uważam, że my, historycy, musieliśmy stracić z młodym pokoleniem kontakt. Moi koledzy się obrażają, gdy mówię, że czas pisać inaczej.

    - Zatem jak pan pisze?
    - Tak, by książkę można było czytać z dowolnego miejsca, od środka czy końca. Takim językiem, by przeczytał ją profesor Osękowski i młody człowiek niezbyt zainteresowany historią. Tak, by obok wielkich wydarzeń i ludzi znalazły się zabawy i romanse zwykłych mieszkańców. Żeby było w niej życie. I żeby dawny Lwów czy Zaleszczyki łączyły się ze współczesną Zieloną Górą i Gorzowem. Bo te rodziny wciąż żyją. I wciąż tworzą historię.

    - Jak wnuczek ze Skierniewic?
    - Choćby on. Na Cmentarzu Łyczakowskim znalazłem tabliczkę, na której był tylko napis: Generał Leopold Terenkoczy. I data: 1918. Gdzie ja nie szukałem informacji o nim? Ale śladu nie było ani w archiwum państwowym, ani wojskowym. Jednak to nazwisko umieściłem w książce. No i odezwał się wnuczek z pytaniem: "Dlaczego napisał pan o dziadku tylko jedno zdanie?".

    - Bo nic więcej pan o nim nie wiedział?
    - No właśnie. Ale dzięki wnuczkowi i zachowanym dokumentom ułożyła się ciekawa historia. Leopold Terenkoczy był Węgrem, ukończył medycynę. A że w czasie studiów korzystał ze stypendium wojskowego, był zmuszony do odpracowania przyznanych mu funduszy w charakterze lekarza wojskowego. Wyszło mu to w sumie na dobre. Po wybuchu I wojny światowej awansował bowiem na generała i objął funkcję szefa sanitarnego 5. Armii Austro-Węgierskiej. Wcześniej uzyskał już opinię wybitnego laryngologa.

    - I z sympatią patrzył na działalność Piłsudskiego?
    - Nawet gościł marszałka w swej willi w Abacji. W czasie, gdy powstawały Legiony Piłsudskiego, był przychylny tej inicjatywie i należąc do kierownictwa armii austro-węgierskiej, ułatwiał zdobywanie przydziałów broni dla słynnej I Brygady. Sądził, że miał dostateczne zasługi i gdy Józef Piłsudski objął stanowisko naczelnika państwa, udał się do Warszawy z nadzieją, że zostanie przyjęty jako oficer do Wojska Polskiego i otrzyma funkcję szefa sanitarnego armii polskiej. Tak się nie stało. Terenkoczy w drodze powrotnej do Lwowa dostał w pociągu zawału serca. Został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim. Żona wyjechała do córki do Warszawy. W czasie II wojny światowej ukrywała Żyda. Gdy wpadło do niej gestapo i rozpoczęło rewizję, spojrzeli na zdjęcie generała. Zapytali, kto to. Odpowiedziała, że mąż. Niemcy bardzo przepraszali i wycofali się z mieszkania.

    - Chyba jednak nie wszyscy na Kresach byli przychylni marszałkowi?
    - Baronowa Turnau miała piękny pałac w Zaleszczykach. Była kobietą z charakterem. Kiedy weszli biali Rosjanie, usunęli Austriaków i zrabowali jej majątek zgromadzony w pałacu. Ona pojechała z obstawą do domu generała. Nie zastała go, więc zwróciła się do jego żony: "Pani mąż okradł mój pałac. Tak się nie godzi arystokracji. Proszę oddać moje rzeczy". No i... oddali! A kiedy do Zaleszczyk przyjechał Józef Piłsudski i zamieszkał w willi sąsiadującej z ogrodem baronowej Turnau, adiutant przyszedł zapytać, kiedy marszałek mógłby złożyć pokłon właścicielce pałacu, odparła: "Nigdy! Za wysokie progi dla tego socjalisty i zamachowca!".

    - Takich ciekawych historii znajdziemy więcej w pana książkach.
    - Takie historie ma każda rodzina. Dlatego pytam moich studentów, skąd pochodził pana dziadek? I mówię, że to wstyd, gdy nie wiedzą. Że o nich też potomkowie nie będą pamiętać. A w życiu to ważne, skąd jesteśmy, dokąd zmierzamy, pisząc dalsze losy naszych rodzin. Za każdym razem powtarzam też: "Podpisujcie zdjęcia. Bo niepodpisana fotografia jest jak człowiek z Alzheimerem. I trudno zarzucić kotwicę pamięci"...

    - Dziękuję.


    Nieruchomości z Twojego regionu

    Czytaj treści premium w Gazecie Lubuskiej Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    GazetaLubuska.pl poleca:

    Już 25 kwietnia w ramach światowej trasy koncertowej wystąpi grupa 12 Tenors!

    Już 25 kwietnia w ramach światowej trasy koncertowej wystąpi grupa 12 Tenors!

    Hakerzy kradną dane ze smartfonów, zabezpiecz je.

    Hakerzy kradną dane ze smartfonów, zabezpiecz je.